Rząd ogranicza prawa organizacji ekologicznych. Ciebie to nie dotyczy?  Skoro teraz ekolodzy, dlaczego nie ograniczyć też organizacji konsumenckich? Albo praw pacjenta? Konstytucja gwarantuje nam wolność tworzenia i funkcjonowania organizacji pozarządowych. I Trybunał Konstytucyjny powinien zablokować taką ustawę. Dziś jednak nie mamy co na to liczyć. Jakie są tego konsekwencje?
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Adam Wajrak: Niedawno światło dzienne ujrzały przygotowywane przez ministerstwo  środowiska  projekty ustaw zakładające ograniczenie  roli organizacji ekologicznych w postępowaniach środowiskowych. Organizacje musiałyby istnieć co najmniej  rok,  być stowarzyszeniem i utrzymywać się wyłącznie ze składek, mieć naukowców w zarządzie…

Dr Marcin Stoczkiewicz*: To jest w praktyce wyeliminowanie organizacji ekologicznych. Jeśli ten projekt wejdzie w życie, to te organizacje będą mogły zajmować się tylko edukacją, która jest, owszem, bardzo potrzebna, ale nią samą nie uda się skutecznie walczyć ze szkodliwymi inwestycjami ani o jakość wody albo powietrza. Chodzi o to, by tym organizacjom „wyrwać zęby” i sprowadzić do pozycji oszołomów, którzy nie mają wpływu na rzeczywistość.

Jeśli projekt wejdzie w życie, to prawne możliwości sprzeciwu zostaną wyeliminowane?

- Takie działania jak w przypadku Rospudy czy Puszczy Białowieskiej będą tylko sporami politycznymi. Ani administracja, ani sądy nie będą się nimi zajmować, bo w praktyce nie będzie nikogo, kto miałby legitymację procesową, by podważyć legalność działań przeciwko środowisku. W Polsce jest około 3 tys. organizacji ekologicznych. Znaczna ich część to fundacje, którym teraz zamierza się zabrać uprawnienia procesowe. Kolejne zostają wykluczone przez wymaganie, by zrzeszały wyłącznie osoby fizyczne, przez co wyłączone zostaną  związki stowarzyszeń i organizacje parasolowe, które przecież zrzeszają osoby prawne. Następnie wprowadza się wymóg finansowania działalności statutowej wyłącznie ze składek członkowskich. Wystarczy więc, że stowarzyszenie otrzyma grant z Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska lub z funduszy UE i już ma związane ręce. Jest sprawą powszechnie znaną, że organizacji, które spełniają wszystkie te wymagania, jest znikoma liczba. Być może Polski Związek Łowiecki spełnia te wymagania, ale nie jestem pewien, bo może otrzymywać jakieś granty na działalność statutową. Jest to więc nałożenie wymagań prawie niemożliwych do spełnienia.

Może to dobrze, żeby w organizacjach byli specjaliści?

- Organizacje korzystają z wiedzy specjalistów i często są lepiej merytorycznie przygotowane niż agendy rządowe, ale wymaganie, by organizacja posiadała co najmniej pięciu członków, którzy ukończyli studia w zakresie nauk chemicznych, przyrodniczych, technicznych, rolniczych lub leśnych, to naruszenie konstytucyjnej zasady równości obywateli.

Organizacja, która nie ma takiej kadry, nie będzie mogła uczestniczyć w konsultacjach społecznych?

- Nie może się też odwołać od decyzji dotyczącej środowiska ani złożyć skargi do sądu. Wynika z tego, że według tego projektu dzielimy obywateli na mądrzejszych i głupszych, tych, którzy mają określone wykształcenie, i tych, którzy - nie będąc specjalistami - nie mają prawa sprzeciwiać się decyzjom środowiskowym. Pracuję w organizacji skupiającej prawników działających na rzecz środowiska. Współpracujemy z wieloma ekspertami i wiem, że osoby z wykształceniem środowiskowym nie muszą znać się na prawie ochrony środowiska w stopniu wystarczającym, by móc ocenić, czy jakieś działanie jest zgodne z prawem, a tym bardziej odnaleźć się i skutecznie prowadzić postępowanie administracyjne bądź sądowe. Sprowadzając rzecz do absurdu, to trochę tak jakby prawami człowieka mieli zajmować się tylko lekarze i psycholodzy, bo tylko oni mają odpowiednie wykształcenie z zakresu wiedzy o człowieku.

Wielu będzie zadowolonych. O, rząd powstrzymał tych wrażych ekologów!

- Tu nie chodzi o ekologów, ale prawa wszystkich Polaków. Konstytucja w art. 12 gwarantuje nam wolność tworzenia i funkcjonowania organizacji pozarządowych. Ten projekt odbiera istotne uprawnienia jednej z kategorii tych organizacji, mianowicie organizacjom ekologicznym. A więc formalnie możemy zakładać organizacje ekologiczne, z tym że nie będą one miały prawa walczyć  o ochronę przyrody i czyste, zdrowe środowisko dla człowieka. To tak jakby zmienić uprawnienia związków zawodowych w ten sposób, że nie mają one prawa do organizacji strajków. Kolejnym krokiem może być pozbawienie organizacji konsumenckich prawa do walki o prawa konsumentów albo organizacji ochrony praw lokatorów upominania się o ich prawa. W normalnej sytuacji Trybunał Konstytucyjny unieważniłby te przepisy. Niestety, jako obywatele nie możemy już liczyć na ochronę ze strony Trybunału.

Dla statystycznego Polaka na pozór nic się nie zmieni. Po pewnym czasie przekona się jednak, że nie może założyć stowarzyszenia lub fundacji, która mogłaby zakwestionować np. lokalizację chlewni przemysłowej w sąsiedztwie.

- Zorientuje się, że nie ma nic do gadania w sprawie smogu, odoru i hałasu. Przepisy przyznające tzw. zainteresowanej społeczności uprawnienia do kwestionowania decyzji wpływających na środowisko funkcjonują obecnie we wszystkich krajach cywilizacji zachodniej. W krajach anglosaskich mają charakter actio popularis, czyli skargi w interesie publicznym, która przysługuje każdemu. Uznaje się bowiem, że środowisko jest dobrem wspólnym, zatem każdy obywatel może i powinien je chronić. W krajach Europy kontynentalnej prawa te przysługują organizacjom ekologicznym, bo przyjęto, że każdy może łatwo założyć organizację ekologiczną.  Uprawnienia te wprowadzono, by ucywilizować protesty, przenieść je z ulic do urzędów oraz by zapewnić każdemu obywatelowi możliwość realnego wpływu na to, co dzieje się w jego otoczeniu. Jeśli uprawnienia organizacji ekologicznych zostaną zniesione, to ludziom nie pozostanie nic innego jak protestować na ulicach. Pojawią się blokady, sittingi, nieposłuszeństwo obywatelskie i inne formy demonstrowania sprzeciwu, które mogą napotkać sankcje karne, czyli to, co  miało miejsce w końcówce lat 80. w Polsce.

Może być podobnie, bo projekt wprowadza także karę do 3 lat więzienia za blokowanie inwestycji.

- Istotnie, według projektu ten, kto korzysta ze swoich praw proceduralnych i „podejmuje nieuzasadnione działania w celu uniemożliwienia lub utrudnienia realizacji przedsięwzięcia”, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.

Ten przepis to kuriozum!

- Także prawne. Osoba, która odwołuje się od decyzji dotyczącej np. spalarni śmieci pod swoim domem, argumentując, że spowoduje ona ponadnormatywną emisję zanieczyszczeń do powietrza, oczywiście zmierza do uniemożliwienia lub co najmniej utrudnienia realizacji inwestycji, choćby postulując zastosowanie nowoczesnych filtrów. Według tego przepisu będzie dochodzić do sytuacji, gdy Kowalski będzie mieć prawo do wniesienia odwołania, ale jednocześnie skorzystanie z tego prawa będzie zakazane i obarczone sankcją w postaci kary więzienia (za uniemożliwianie lub utrudnianie). Projekt wprowadza co prawda kategorię różnicującą „nieuzasadnione działania”, ale jest ona tak nieostra, że nie sposób ocenić, które działania mają być uzasadnione, a które nie. Ten sam brak precyzji sankcji karnej w normalnej sytuacji zostałby uznany za niekonstytucyjny przez Trybunał. Jeśli ten przepis wejdzie w życie, to Rzeczpospolita Polska złamie konwencję z Aarhus w sprawie uprawnień społeczeństwa w zakresie środowiska z 1998 r. Ta ratyfikowana przez Polskę umowa międzynarodowa stanowi w art. 3 ust. 8, że osoby korzystające z praw gwarantowanych konwencją (np. do wniesienia odwołania od decyzji środowiskowej) nie będą w żaden sposób karane, prześladowane lub szykanowane. 

Zabawię się w adwokata diabła. Może to dobrze. Ograniczymy prawa ekologom i społecznościom lokalnym, ale za to gospodarka będzie hulać, bo nikt już nie stanie na drodze. inwestycjom.

- Mogłoby się wdawać, że wyeliminowanie z gry społeczności lokalnych i ekologów przyspieszy inwestycje. To taka sama iluzja jak próba przyspieszania inwestycji ze środków publicznych przez likwidację procedur przetargowych. Będzie wprost przeciwnie. Zarówno przeprowadzenie publicznego przetargu, jak i przeprowadzenie oceny oddziaływania na środowisko, której koniecznym elementem jest włączenie ekologicznych organizacji pozarządowych, to standardy wymagane przez prawo unijne. Wspomniana konwencja z Aarhus została ratyfikowana także przez Unię. W wyniku tego w prawie unijnym wprowadzono szereg uprawnień dotyczących tzw. środowiskowych praw proceduralnych, np. prawo dostępu do informacji o środowisku czy do udziału w konsultacjach w sprawie przebiegu autostrady czy budowy elektrowni. Unijna dyrektywa w sprawie oceny oddziaływania na środowisko stanowi, że organizacje pozarządowe mają prawo do kwestionowania decyzji dotyczących inwestycji przed sądem. Orzecznictwo Trybunału Luksembuskiego wyraźnie wskazuje, że wymagania prawa krajowego nie mogą wykluczać i dyskryminować różnych rodzajów organizacji działających na rzecz ochrony środowiska.

Co się stanie, jeśli w Polsce wprowadzone zostaną reguły dotyczące ocen oddziaływania na środowisko, które naruszają prawo UE?

- Komisja Europejska zablokuje nam wypłatę funduszy strukturalnych na wszystkie inwestycje, dla których wykonywane są  oceny. A te muszą być przeprowadzone przy każdej większej inwestycji budowlanej, poczynając od autostrad i linii kolejowych, poprzez gazoporty, oczyszczalnie ścieków, a na aquaparkach kończąc. Komisja ma bowiem obowiązek wstrzymać wypłaty, gdy w wyniku realizacji inwestycji mogłoby dojść do naruszenia prawa unijnego. Taka sytuacja miała już miejsce w latach 2005-06, gdy w Polsce zmieniono przepisy dotyczące ocen oddziaływania na środowisko wbrew prawu UE. W wyniku zablokowania wypłaty funduszy strukturalnych doszło wtedy do ekspresowej zmiany ustawy. Polska straciła jednak wiele miesięcy. Nie warto popełniać tych samych błędów.

Minister Jan Szyszko - jak przyznał w liście do premier Szydło - chce też likwidacji Generalnej i Regionalnych Dyrekcji Ochrony Środowiska. Część z ich kompetencji ma trafić do Lasów Państwowych. Chodzi mu - jak twierdzi - o ograniczenie biurokracji.

- Po pierwsze, likwiduje się system Regionalnych Dyrekcji Ochrony  Środowiska, który został wprowadzony głównie po to, by usprawnić  przeprowadzanie ocen oddziaływania na środowisko. Te instytucje działają fachowo, procedury inwestycyjne są sprawne, dzięki czemu Polska ma sukcesy w zakresie wykorzystania funduszy unijnych. Ich likwidacja i powierzenie ich kompetencji komu innemu spowolni proces wydatkowania tych funduszy.

A po drugie?

- Kompetencje regionalnych dyrektorów ochrony środowiska dotyczące nadzoru nad przestrzeganiem przepisów o ochronie przyrody przez nadleśnictwa mają zostać przekazane dyrektorom regionalnych dyrekcji Lasów Państwowych. Na przykład plany ochrony terenów Natura 2000 będą uzgadniane przez dyrektora regionalnego Lasów Państwowych. Lasy Państwowe będą w takich sprawach wydawać decyzje we własnej sprawie. To taka sytuacja, jakby firma budująca autostrady wydawała sobie pozwolenia na ich budowę.

Ten projekt wzmacnia pozycję Lasów Państwowych.

- Praktycznie wszystkie działania mające wpływ na lasy w Polsce mają w takiej lub innej formie być uzgadnianie przez Lasy Państwowe. W państwach o gospodarce rynkowej oddziela się gospodarkę państwa (tzw. sfera dominium) od funkcji regulacyjnych państwa (tzw. sfera domium). Państwowe Gospodarstwo Leśne „Lasy Państwowe” będą też decydować o prawach i obowiązkach innych osób, jeśli sprawa dotyczy lasów. Lasy Państwowe staną się więc spotykanym w PRL-u tworem hybrydowym: przedsiębiorstwem-organem państwa. Jest oczywiste, że to może prowadzić do nadużyć.

*Marcin Stoczkiewicz – doktor nauk prawnych, członek zarządu fundacji ClientEarth Prawnicy dla Ziemi

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem