Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

OLGA WOŹNIAK: Byłeś dzisiaj w lesie?

ADAM WAJRAK: Staram się codziennie wyskoczyć chociaż na dwie godziny. Idę sprawdzić, czy się coś nie wydarzyło, może spotkam jakieś zwierzę. Najfajniejsze zdjęcia zrobiłem przez przypadek.

Co może się dziać codziennie w lesie?

– No właśnie nigdy nie wiesz! To mnie najbardziej rajcuje. Każdy dzień jest inny.

I sam tak chodzisz?

– Czasem z moją żoną Nurią. Ale najczęściej sam.

To ucieczka przed ludźmi?

– Coś ty! Ja uwielbiam ludzi. Lubię balangować.

W Puszczy masz chyba mało okazji.

– Teraz mało, ale jak się coś trafi, to jest nieźle. Wiesz, do mnie nie trafia taki wybór między samotnictwem a towarzystwem, wsią a miastem. Wyznaję zasadę, że ma być fajnie i nieważne gdzie.

Ale teraz sam siedzisz w domu.

– Odkąd Nuria została szefową grupy badającej niedźwiedzie i zajęła się projektami naukowymi, musiała się przenieść do Krakowa. I tak mieszkamy na dwa domy.

Czy niedźwiedź i Polak mogą żyć w jednym domu?

Czujesz się samotny?

– Bardzo brakuje mi Nurii. Ale teraz dużo jeżdżę, spotykam się z czytelnikami. Choć nie lubię wyjeżdżać z Teremisek. Tu nie ma samotności. Samotność to dla mnie taki stan ducha – całkowita pustka – tak mi się wydaje, choć nigdy tak się nie czułem. A tu, w Puszczy, wszystko kipi, zmienia się, nic nie jest wieczne, coś wciąż umiera i odżywa. Nawet jak się coś wielkiego wywali, to zawsze coś na tym miejscu wyrośnie. Zawsze jest nadzieja. Wszystko jest takie obfite, że nie jesteś w stanie odczuwać żadnej pustki.

Nie boisz się, że kiedyś zginiesz wśród tych żubrów albo drzewo cię przywali?

– Moi przeciwnicy w sprawie Puszczy Białowieskiej mieliby straszną radość, gdyby spadło na mnie jakieś spróchniałe drzewo zabite przez kornika. Jakoś trzeba umrzeć, ja najbardziej bym chciał tak jak przyrodnik i fotograf Włodzimierz Puchalski. Filmował pingwiny i umarł na zawał serca. Robił rzeczy, które lubił, bach i po nim.

Jesteś uzależniony od Puszczy.

– Mój kolega alkoholik mówi, że jestem, a on się na tym zna. Trudno się nie uzależnić, skoro to permanentna przygoda. Jakbym wskoczył do filmu przyrodniczego. Ale nie zastępuję sobie ludzi zwierzętami. Jestem najszczęśliwszy wśród przedstawicieli swojego gatunku, zresztą podobnie jak te zwierzaki.

Nigdy nie miałeś potrzeby trzymania ich w domu, oglądania z bliska?

– Mieliśmy kiedyś małe centrum rehabilitacji dzikich zwierząt, trochę szpital, trochę sierociniec. Straszny zapierdziel, musisz się nimi ciągle zajmować – a do tego to masa tragedii. Te zwierzaki nie są szczęśliwe. Ale ludzie znosili mi różne stworzenia, a ja je przyjmowałem, jednak robiłem to bardziej dla tych ludzi niż dla zwierzaków. Bo uważam, że dzikie zwierzęta mają prawo do swojej śmierci. Jeżeli to nie człowiek wywołał ich cierpienie, nie powinien im pomagać. To naturalne, że umiera mały wilk czy mały niedźwiedź, że bociany wyrzucają słabe młode z gniazda. Miałem w życiu wiele zwierząt, ale im dłużej je obserwowałem, tym bardziej rozumiałem, że trzymanie ich w niewoli to dla nich tragedia.

Czasem ludzi cieszą różne zachowania zwierząt, bo ich nie rozumieją. Tak było na przykład z naszą kruczycą, którą nazywaliśmy Kura.

Kura?

– Była oswojona przez ludzi, nie dało się jej wypuścić. Gdakała jak kury sąsiadów albo szczekała jak nasz pies Misio Perełka. Wszyscy się zachwycali, że tak potrafi. Potem ktoś przyniósł inną kruczycę znalezioną ze złamanym skrzydłem i wybitym okiem. Wpuściliśmy ją do klatki do Kury i ona nagle przestała gdakać. Przeszła na kruczy język. Zrozumieliśmy wtedy, że gdakała i szczekała, bo szukała kontaktu z kimkolwiek, żeby pogadać. I jak ta jej samotność dotarła do nas, to było to po prostu przerażające.

Zwierzęta też umieją mówić: paszczą, zapachem, kolorem

Nie hodujesz dzikich zwierząt, ale masz psa.

– Na „zwykłe” zwierzęta, jak psy i koty, byłem zawsze uczulony i w zasadzie ich nie miałem. Teraz mamy Lolka, który przybłąkał się do warsztatu, gdzie robiliśmy przegląd samochodu. Wyglądał jak półtora nieszczęścia. Długo go oswajaliśmy, ale do dziś boi się wchodzić do domu, śpi na werandzie. Nie chciałem mieć psa, po tym jak odeszła od nas Antonia. Ona była wyjątkowa. Pod koniec życia, kiedy chorowała, nauczyłem się, że do lasu mogę iść najwyżej na trzy godziny, bo muszę pomóc Antonii. Wynieść ją na dwór. Nie mogłem się z nią rozstać.

Co było w niej takiego niezwykłego?

– Jest bohaterką mojej książki „Wilki”. Trafiła do nas za sprawą Nurii, która przygarnęła szczeniaczka ze złamaną nogą. Ten kundelek to był najwspanialszy, najmądrzejszy pies na świecie. Antonia pomagała Nurii w badaniach.

W jaki sposób?

– Nuria zajmowała się wtedy padliną. Szukała jej w lesie, ale to nie było łatwe. Aż tu nagle się okazało, że nasza suczka, wtedy czteromiesięczna, już za pierwszym razem – bez żadnego szkolenia – bach, bach, nos do góry, nos do dołu i wskazała nogę jelenia. A potem Antonia wychowała wydrę – Julka. Gdy on się u nas pojawił, nasza suczka miała akurat ciążę urojoną i uznała, że to jest jej szczeniak. Na początku baliśmy się, że zaliże go na śmierć, ale później wychowywanie szło jej naprawdę nieźle.

Mieliśmy wtedy jeszcze dwa psy, które Nuria przywiozła z Hiszpanii. Misia Perełkę, zwariowanego kundelka, i cocker spaniela Trapo, kanapowca. Tylko kota jakoś nigdy nie mieliśmy poza jednym, przechodnim.

Teremiski to twoje miejsce na ziemi?

– W Polsce tak. Drugie jest daleko stąd, na północ od koła podbiegunowego. Gdzie indziej cały czas zależysz od kogoś. Musisz jechać z kimś samochodem, z przewodnikiem. A w Arktyce jest wolność. Mogę wziąć narty i sanki i pójść w cholerę. Tylko karabin zabieram, żeby mnie misiek nie zjadł, bo rzadko, ale niedźwiedzie polarne atakują ludzi w celach konsumpcyjnych.

Ty i karabin? Zabiłbyś zwierzę?

– W obronie własnej – bez mrugnięcia okiem. I takie, które się męczy. Kiedyś zabiłem sarnę nożem. Była we wnyku, miała przeoraną czaszkę. Zabiłem w życiu masę zwierząt. Kuny, wydry, bociany nie jedzą marchewki, nie są jaroszami, a ja musiałem je nakarmić . Choć uważam zabijanie zwierząt za okropną rzecz, która ryje mózg. Nigdy nie zabiłbym zwierzęcia dla przyjemności. Dlatego nie rozumiem myśliwych. Jak można w wolnym czasie pójść sobie pozabijać?

Nie ma dnia, żeby puszcza brzmiała tak samo

Twój stosunek do zwierząt jest bardzo osobisty.

– Bo one niewiele się różnią od ludzi. Lubię Spitsbergen, mam tam swoje kieszonkowe miejsca. Jak siedziałem na przykład w chatce polarników pod Górą Wrzasku, to wszystkich znałem: liski, gęsi, wydrzyki, mewy. Wiedziałem, który lisek jest odważny, a który nieśmiały. Tak samo znam puszczańskie żubry. One mnie chyba też, bo jak długo mnie nie ma, to czekają pod domem. To oczywiście przypadek, ale jest mi bardzo miło.

I żadnych zwierząt się nie brzydzisz?

– Jedynie mdli mnie na widok martwych i zgniłych, co było pewnym problemem, jak Nuria robiła doktorat z padliny.

Komary?

– Trochę upierdliwe, ale ich larwy są fantastyczne i filtrują wodę.

Kleszcze?

– Nawet do kleszczy się przekonałem, kiedy się dowiedziałem, jak nas namierzają za pomocą specjalnych receptorów na łapkach, które wychwytują dwutlenek węgla.

A karaluchy?

– O, karaluchy bardzo chciałem hodować, jak byłem dzieckiem, bo fascynowała mnie ich odporność i wydają mi się ładne. Nawet prawie namówiłem mamę, żeby mi kupiła takie egzotyczne, ale sprzedawca w sklepie na Nowym Świecie w Warszawie powiedział jej, żeby się stuknęła w głowę, bo jak zwieją, to nigdy się ich nie pozbędziemy.

No, OK, czasami mnie denerwują muchy.

Bzyczeniem.

Ludzie cię nie denerwują?

– Tylko niektórzy politycy. Ale ludzie są dla mnie ważni. Jestem ukształtowany przez bardzo wielu różnych ludzi. Przez przyszywanego wujka Janusza Kłucińskiego, który opowiadał o Afryce. I przyszywanego wujka Lechosława Herza, który opowiadał o wędrówkach i o tym, że najfajniejsze rzeczy możesz spotkać za rogiem, i zabierał nas na takie wycieczki. I przyszywaną ciocię Ankę Ostrowińską. I mojego tatę, który brał mnie do lasu, i Jacka Kuronia, który tłukł mi do głowy zasadę, że zawsze trzeba być po stronie słabszych. I profesora Macieja Luniaka, do którego chodziłem jako dzieciak, bo chciałem zostać ornitologiem. I Bogumiłę Olech, która zabierała mnie na obrączkowanie jastrzębi.

Chciałeś być naukowcem?

– O tak! Ale zamiast pójść na studia, zacząłem pisać do gazety, i tak legła w gruzach moja kariera naukowa. Jako dzieciak chodziłem na zajęcia do sekcji ornitologicznej Polskiego Towarzystwa Zoologicznego i jeździłem na obrączkowania. A jak byłem w liceum, to dostałem od prof. Luniaka za zadanie policzenie ptaków w części Żoliborza. Po kilkunastu latach wyszła z tego książka. Nazywa się „Ptaki Warszawy” – jestem tam wspomniany.

Tak sobie myślę, że w ogóle poznaję ludzi dzięki temu, że jestem w odpowiednim miejscu i czasie i jestem dość bezczelny. Nie mam oporów. I cały czas mam fart.

I w czym ci się tak przyfarciło na przykład?

– Kiedy pierwszy raz pojechałem na Wyspę Niedźwiedzią. Łomotałem naszego wicenaczelnego, żeby mi gazeta dała na to pieniądze, ale oni nie byli zachwyceni, bo z czego miałbym tam robić relacje? Ze śniegu i lodu? Nuda. Ale podczas jednej rozmowy przechodzi obok Ryszard Kapuściński i mówi do mnie przy wicenaczelnym: „Nie chcą panu dać pieniędzy, to niech pan do mnie przyjdzie. Ja panu dam”. I poszedł.

On dał i gazeta dała. Do tej pory mam maszynkę do gotowania za kasę od Kapuścińskiego. W życiu bym nie pojechał w Arktykę, gdyby nie on. Ale też gdybym nie spotkał Marcina Węsławskiego, dziś wybitnego naukowca, polarnika. Czy Wojtka Moskala, który – jak zacząłem z nim jeździć – właśnie zdobył biegun północny z Markiem Kamińskim. I mu się chciało ze mną jechać.

Stan wojenny polarników. Czyli wojna o Spitsbergen, której nie było

Dlaczego właściwie ta Arktyka tak cię ciągnęła?

– W 1993 roku pojechałem do Estonii i dowiedziałem się, że tam pływają foki w Bałtyku. W kolejnym roku, w maju, pojechałem tam z ludźmi od fok i oni zostawili mnie na maleńkiej wysepce, która miała kilkaset metrów długości. Tam była góra lodu z morza. Siedziałem przy tej górze i myślałem: „Kurde, ale to fajne!”. Naczytałem się Centkiewiczów, było super: wokół pływały foki i jakieś gęsi. Wróciłem i mówię koleżance z gazety Ani Białej, która jest z wykształcenia oceanografem, że muszę jechać w tę Arktykę. Ania na to: „Masz telefon do Marcina Węsławskiego, powołaj się na mnie”. A on, poważny naukowiec, mówi: „Wybieramy się na Wyspę Niedźwiedzią, to pojedziesz z nami”. I to była moja pierwsza wyprawa do Arktyki, a potem były kolejne. I będę tam wracał.

A gdzie najbardziej byś chciał pojechać?

– Na Wyspę Wrangla w Arktyce rosyjskiej.

Dlaczego akurat tam?

– Bo to jedna z ostatnich wysp, na której żyły mamuty. A poza tym jest tam wszystko.

Wszystko?

– W Arktyce jest tak, że pewne rzeczy są tu, inne tam – woły piżmowe na Grenlandii, ale nie na Spitsbergenie. W Kanadzie, na Syberii są sowy śnieżne, a na Spitsbergenie ich nie ma. A na małej Wyspie Wrangla są morsy, niedźwiedzie polarne, sowy śnieżne – wszystko. Tylko że jest tam też strefa wojskowa i pewnie mnie nie wpuszczą. Bardzo też marzy mi się, aby pójść na nartach za białymi arktycznymi wilkami w kanadyjskiej Arktyce.

Do Australii cię nie ciągnie? Tam żyją naprawdę dziwne zwierzęta.

– W Australii byłem cztery dni. Było bardzo fajnie. W te cztery dni napisałem jeden z najlepszych tekstów – o projektach klonowania wilka tasmańskiego. Ale to nasza europejska perspektywa, że gdzieś jest dziwnie. To u nas jest dziwnie.

Czy zaginiony wilk tasmański powróci sklonowany?

Co może kogoś zdziwić w Polsce?

– Mojego kolegę z Niemiec zadziwiło to, że miał na szybie mnóstwo rozbitych owadów. Jego zdaniem to świadczy o tym, że mamy w miarę zdrową przyrodę.

A najdziwniejsze zwierzę jakie widziałeś?

– Chyba rzęsorki rzeczki w akcji – jak zabijały żaby.

Co to są rzęsorki rzeczki?!

– Są trochę podobne do ryjówki – to w zasadzie takie wodne ryjówki. To jedyny w Polsce jadowity ssak. Ma toksyczną ślinę, którą paraliżuje ofiary. Mieszkają w Puszczy.

Myślałam, że wymienisz jakieś zwierzę z Afryki. Byłeś tam niedawno…

– E, tam byłem przygotowany na to, że wszystko jest inne. Choć jest zwierzę, do którego bardzo bym chciał wrócić – to sorkonos czarno-rdzawy. Zaczaiłem się na niego na Zanzibarze, ale nie udało mi się zrobić zdjęcia. To taka ryjówka wielkości świnki morskiej i w anarchistycznych kolorach – czerwono-czarna.

Afryka zachwyca?

– Trochę znałem Afrykę z opowieści Ryszarda Kapuścińskiego. To się bardzo zmieniło. Przyroda jest coraz bardziej zamykana w parkach narodowych. Wyobraź sobie, że polskie sarny, łosie i jelenie są już tylko w parku narodowym.

Ludzie zabierają zwierzętom ziemię?

– Nie tylko miejscowi. Europejskie firmy mają tam olbrzymie fermy kwiatów. One są przewożone na giełdę w Amsterdamie, a potem na stragan w Warszawie. To było dość wstrząsające odkrycie. Róże przylatują do nas z Kenii albo Tanzanii. Holandia, największy producent i dystrybutor kwiatów w Europie, większość kwiatów – w tym aż 80 proc. róż – sprowadza właśnie z Afryki.

Przywozimy je samolotami. Jakby ktoś nie wiedział, skąd się bierze globalne ocieplenie, to również z tego.

Kenia. Róże podlewane potem

Martwi cię stan naszej planety?

– Jestem przerażony tym, jak bardzo nieprzyjemne czasy sobie szykujemy. Idziemy na czołowe zderzenie z klimatem. Pytanie tylko, czy uderzymy w ścianę z szybkością 120 km czy 50 km na godzinę. Wystarczy popatrzeć, jak szybko dwutlenek węgla się zbiera w atmosferze, jak znikają kolejne gatunki, jak bardzo dzielimy planetę na kawałki, jak bardzo ją nawozimy – bardzo słabo to wygląda. Ja żyję sobie w bańce Puszczy Białowieskiej, ale to jest malutka banieczka. Może się nią pocieszę do końca mojego życia, ale już następne pokolenia będą miały bardzo słabo.

A przecież mamy takie możliwości, żeby to zmienić.

Co możemy zrobić?

– Musimy stawiać na energię odnawialną! Za chwilę zjemy wszystko, tymczasem wciąż jesteśmy jak ten łowca mamutów, który myśli, że za górką jest kolejne stado, tymczasem w Afryce wymierają słonie, żyrafy, ogromnie dużo małych stworzeń, których nie widzimy. Będą też narastać takie zjawiska jak susze, które wywołały wojnę w Syrii, jak gwałtowne zjawiska atmosferyczne i coraz trudniej będzie nam się produkowało żywność. W skali globalnej jestem pesymistą.

Jakie gatunki zwierząt pożarliśmy?

OK, to zejdźmy do skali lokalnej. Jak ty w ogóle trafiłeś do tych Teremisek?

– Kiedy poznałem Nurię, która przyjechała do Polski na stypendium, to pomyśleliśmy, że dla kogoś, kto ma robić doktorat z drapieżników, i kogoś, kto pisze o zwierzętach, Białowieża będzie idealnym miejscem. Wynajmowaliśmy tam domek, potem zdecydowaliśmy się kupić dom, jedyny do kupienia w tym czasie. Dzisiaj, jak o tym myślę, to uważam, że po raz kolejny miałem fart. Mnie się wszystko udaje fartem. Jestem strasznym leniem, a ten dom to zbawienie: te wszystkie żubry same tu do mnie przychodzą. W życiu bym tego nie miał w Białowieży.

Rodzina nie protestowała, że wyprowadzasz się na taką wiochę?

– Mama i tata byli przerażeni. Uważali, że dziennikarz może robić karierę tylko w mieście.

Idą święta, to zapytam: a czy ty gadasz ze zwierzętami?

– Zwierzęta mówią swoim językiem. Można próbować je wabić. Jak czasem wabię sóweczkę, to gwiżdżę. Ale myślę, że ona to odbiera jak jakiś bełkot, jak gdyby ktoś się darł na ulicy. Człowiek też wtedy wyjrzy z zainteresowaniem, co się dzieje. Parę razy udało mi się wywabić wilki, które pewnie się dziwiły: „Rany, jakiś koleś coś bełkocze, chodźmy zobaczyć, co się dzieje”.

Strasznie zapuszczona ta twoja Puszcza.

– Taka powinna być. Mój irlandzki kolega Declana jest zwariowanym biologiem. Tak zwariowanym, że ochrzciliśmy jego imieniem naszego najbardziej stukniętego bociana. Odbywał praktyki studenckie w Białowieży i za każdym razem, gdy wychodził z Puszczy, krzywił się okropnie i mówił: „To po prostu nie do pomyślenia! Ogromny ciemny las pełen dzikich zwierząt, robaków i grzybów. Na szczęście w Irlandii już dawno się tego pozbyliśmy!”. Mówił to oczywiście z przekąsem, bo kocha przyrodę. A w Irlandii najdzikszym stworzeniem jest owca.

Mój kolega Maciek Zaremba też czasem powtarza, że nie wie, czy chciałby chodzić do lasu, który przypomina o śmierci i przemijaniu.

A ty jak to znosisz?

– Nuria mi uświadomiła, że przyroda to wieczne pulsowanie – raz jest tu, raz tam, raz tak, raz inaczej. Jak jest źle, to zaraz będzie dobrze. Puszczę można chyba porównać do kosmosu – wszystko się tu kłębi i nie wiadomo, w którą stronę zmierza, wciąż się zmienia, nie ma nic stałego. To oczywiście może przerażać ludzi, którzy lubią stabilizację. Ale mnie bardzo pociąga ta nieprzewidywalność, to, że każdy dzień jest inny. Wszystko się tak odkłada w głowie i kiedy będę umierać, to sobie pomyślę: wow, ale miałem fajne życie!

* Adam Wajrak – obrońca przyrody, dziennikarz, fotograf; nie lubi mówić o sobie ekolog. Jego przyrodnicza pasja sięga dzieciństwa, kiedy z tatą wędrował po lesie, przygarniał chore i porzucone zwierzęta, interesował się ptakami. Od 1997 roku razem z Nurią Selvą Fernandez, naukowcem hiszpańskiego pochodzenia, badającą życie dużych ssaków, mieszka w Teremiskach w Puszczy Białowieskiej, skąd pochodzą jego liczne korespondencje przyrodnicze i niezwykłe zdjęcia polskiej przyrody. Często angażuje się w akcje ochrony przyrody, w 2006 roku zainicjował zbieranie podpisów pod petycją w sprawie obrony Doliny Rospudy. Walczy o zachowanie w stanie naturalnym Puszczy Białowieskiej

Najnowsza książka Adama Wajraka "Umarły Las" już w sprzedaży!

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.