Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- Ikaryjczycy nie zmienili się jak reszta Greków. Nie interesują nas pieniądze. Nigdy nie było tu podziału na klasy. Nie było posiadaczy i posiadanych. Wszyscy byli i do dziś są równi - mówi narrator filmu "Moja Ikaria", pszczelarz z małej wioski Raches na zachodzie wyspy.

Na oko ma sześćdziesiąt pięć lat. - Nawet jeśli ktoś jest nieco bogatszy, nie będzie tego pokazywał. Nie kupi sobie nagle droższych ciuchów i nie będzie się ze swoimi pieniędzmi afiszował. Ludzie są szczęśliwi, gdy mogą się spotykać, spędzać razem czas, razem pić, jeść i tańczyć. To nasza tradycja, na którą składa się także wielka solidarność. Nie możemy tego zatracić.

Okej, Irena zgadza się, że to lekka przesada. Ikaria to żadna utopia, a film należy oglądać z przymrużeniem oka i traktować jako dokument, ale - powiedzmy - baśniowy.

***

Pokaz zorganizowało Towarzystwo Przyjaciół Grecji w Warszawie. Jest piątek, marcowy deszczowy wieczór. W sali może ze trzydzieści osób - większość to fanatycy greckich wakacji. Po wyświetleniu trailera Irena robi wstęp. Od razu przeprasza, że pewnie się rozgada, ale o Ikarii to ona by mogła godzinami. Mamy przerwać, gdy będziemy mieli dość.

Opowiada, że reżyser filmu Spiros Teskos rownież jest Ikaryjczykiem, choć większość życia spędził w Atenach. Jego rodzina, tak jak narrator filmu, pochodzi z Raches, a Raches to faktycznie zupełnie inny świat.

- Do dziś na przykład, co zresztą za chwilę zobaczycie na filmie, sklepy w Raches otwierają się dopiero późnym wieczorem. Powód jest prosty - tłumaczy Irena. - Wszyscy mieszkańcy to rolnicy. Uprawiają oliwki, winorośl, ziemniaki, zboża. Całe dnie spędzają na polach: plewią, podlewają, orzą, młócą. W międzyczasie karmią jeszcze zwierzęta i gotują jedzenie. Czas na załatwienie spraw jest dopiero po zachodzie słońca - mniej więcej od dziewiętnastej do pierwszej - drugiej w nocy. Wtedy na spokojnie można wybrać się na zakupy, na kawę z sąsiadem, po chleb. To w Raches jest ta słynna piekarnia, która otwiera się po zmroku i zostaje czynna prawie do rana. Piekarz wie, która rodzina ile czego potrzebuje. Pakuje chleby do siatek, siatki podpisuje i wiesza na hakach przy drzwiach. Ludzie przychodzą, odwieszają torby, zostawiają pieniądze. A jeśli ktoś nie zapłaci, znaczy, że nie miał. Odda innym razem, przy okazji.

Raches to także jedyne miejsce na wyspie, a być może w całej Grecji, gdzie urządza się wielkanocne mnimosino - wspomnienie zmarłych. Wszyscy mieszkańcy przygotowują wielką ucztę - jedni przynoszą miód, inni wino, inni domowy chleb lub warzywa, jeszcze inni mięso. Sztuki baraniny i jagnięciny lądują w wielkim kotle i gotują się od rana. Po południu przychodzi brodaty pop i święci jedzenie. Rodziny schodzą się do świetlicy około siedemnastej. Po zmroku, gdy zrobi się chłodniej, zaczynają się tańce. Na pierwszy ogień zawsze idzie miejscowe kariotiko .

***

Na podobnych zasadach urządza się panigiria - lokalne odpusty. Największe panigiri na Ikarii co roku odbywa się 17 lipca, bo tego dnia (w 1912 roku) wyspa uzyskała niepodległość. Na chwilę nawet ogłosiła się samodzielnym państwem i zdążyła zamówić u pewnego kompozytora z Wysp Jońskich własny hymn oraz zaprojektować własne znaczki pocztowe. Po pięciu miesiącach włączono ją do Grecji.

Pozostałe odpusty połączone są z imieninami świętego patrona danej miejscowości. Za jedzenie i wino płaci się więcej niż w najdroższej restauracji, choć są niewyszukane - gotowane lub pieczone mięso i tłusta, rzadka zupa - wywar po baraninie.

- Ludzie chętnie przepłacają - mówi Irena - bo wiedzą, że pieniądze będą dobrze wykorzystane. Dzięki nim powstały wszystkie lokalne drogi i wodociągi. Przez całe dziesięciolecia kolejne rządy w Atenach nie bardzo interesowały się odległą Ikarią, a fundusze na inwestycje płynęły głównie zza oceanu. Wszyscy wyspiarze, tych osiem tysięcy osób, mają rodziny w Ameryce - emigranci się dorabiali i podsyłali krewnym dolary albo wracali po latach, z wysokimi emeryturami, i stawiali domy albo otwierali minibiznesy, napędzając w ten sposób lokalną gospodarkę. Tak jak wujek i ciotka Ireny, kucharz i kelnerka, którzy połowę życia spędzili w Nowym Jorku.

***

Pracowali w knajpach i na statkach. Gdy zbliżali się do siedemdziesiątki, postanowili wrócić na Ikarię. Myśleli, że mają przed sobą kilka lat wygodnego życia opłacanego z wysokiej amerykańskiej emerytury. Tak samo myślała ich firma ubezpieczeniowa - że już długo dziadki nie pociągną. Ale czas leciał wolno i spokojnie, jak to na Ikarii. Kiedy wujek z ciotką dobili do dziewięćdziesięciu pięciu, firma uznała, że coś jest nie tak, i wysłała na Ikarię kontrolerów. Do sprawdzenia było zresztą więcej staruszków - kilkanaście osób z taką samą historią. Amerykanie myśleli, że mój wujek z ciotką i pozostali już dawno nie żyją, a chciwa rodzina nielegalnie pobiera pieniądze.

Przyjeżdżają kontrolerzy, pukają do drzwi. Moja ciotka otwiera.

- Tak, ja to ja. Zgadza się. Dobrze macie napisane. Napijecie się państwo kawy?

- Możemy prosić o dowód, który potwierdzi, że pani to pani?

- Ależ proszę.

- Uhm. Zgadza się. A mąż? Bo nam tu wynika, że jesteście z mężem w takim samym wieku. Zastaliśmy może męża?

- Niestety, mąż jest w polu.

- Jak to w polu?

- Poszedł nakopać ziemniaków. Wróci za jakąś godzinę. Proszę siadać. Może jednak zrobię kawy?

Wujek, gdy wrócił z ziemniakami, strasznie się wściekł. Że jak oni śmią?! Że to nieludzkie tak sprawdzać człowieka, czy żyje. On sobie przecież na tę emeryturę zapracował ciężką harówką.

Ciotka zmarła trzy lata temu, ich syn w zeszłym roku. A wujek żyje, ma sto trzy lata i jest w całkiem niezłej formie.

I właśnie po tej aferze na Ikarii pojawili się amerykańscy naukowcy, którzy chcieli odkryć sekret długowieczności.

Ostatnia część opowieści Ireny dotyczy położenia Ikarii względem innych wysp (że blisko Mykonos, Samos i Chios), klimatu, ukształtowania powierzchni, wieku ikaryjskich gór oraz tego, jak pięknie niektóre z tych starych skał wietrzeją. Bo Irena jest doktorem geografii i wykłada na Uniwersytecie Warszawskim. Jest specjalistką od ikaryjskich skalnych tarasów, a po godzinach uczy greckich tańców.

 

Fragment książki ''Grecja. Gorzkie pomarańcze'' Dionisiosa Sturisa, Wydawnictwo W.A.B. nominowanej do Nagrody im. Ryszarda Kapuścińskiego za Reportaż Literacki 2014

 

Dionisios Sturis - urodzony w Salonikach (rocznik 1983), wychowany w Polsce. Pracuje w Radiu TOK FM, gdzie zajmuje się zagranicą. Stypendysta Fundacji Rządu Greckiego, dzięki której w latach 2009-2010 obserwował rozwój sytuacji społeczno-politycznej w tym kraju. Jako korespondent polskich mediów relacjonował protesty, demonstracje i działania ruchów społecznych w Grecji. W 2012 roku był nominowany do Nagrody PAP im. Ryszarda Kapuścińskiego (kategoria reportaż prasowy) i do nagrody Grand Press w kategorii reportaż radiowy (za audycję o greckich neofaszystach ze Złotego Świtu). "Gorzkie pomarańcze" to jego książkowy debiut.

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi 
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.