Gwarne piwiarnie i knajpki zapraszają na flamandzkie dania główne: wołowinę na piwie, krwiste befsztyki, małże, krewetki. Kuchnia flamandzka nie jest zbyt wyrafinowana, ale - jak wszędzie we Francji - biesiady trwają godzinami.
Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Z wiaduktu im. Le Corbusiera widać wyrastające z chodnika ogromne kolorowe kwiaty nakrapiane niczym muchomory. Popartowskie dzieło "Tulipany z Shangri La" zaprojektowała dla Lille Japonka Yayoi Kusama w 2004 r., gdy miasto było Europejską Stolicą Kultury. Od tej pory są jego wizytówką - w przewodnikach, na pocztówkach, w internecie. Tulipany witają i żegnają wszystkich przybyszy.

***

Stąd już tylko dwa kroki do bezszelestnie rozsuwających się szklanych ścian dworca Lille-Europe. W tej północnej, najnowocześniejszej dzielnicy - Euralille - stal i szkło otaczają nas ze wszystkich stron. Zza dworca wychyla się 20-piętrowy wieżowiec Tour du Crédit Lyonnais w kształcie litery L, dzieło Christiana de Portzamparca z 1995 r. Ma symbolizować milowy krok w przyszłość, ale mieszkańcy nazywają go "butem narciarskim" lub "automatem do gry w bilard".

Zaczyna się weekend. Pociągami TGV można błyskawicznie przenieść się do Paryża, Brukseli lub Londynu. Lille wcale jednak nie pustoszeje. Przeciwnie. Mieszkańcy wylegają tłumnie na ulice, a kolorowi turyści falami wylewają się z Lille-Europe na rozległy plac Mitteranda. Równie często jak francuski i flamandzki słychać język angielski. Pociągi Eurostar mknące od 1994 r. tunelem pod kanałem La Manche skróciły dystans między Londynem a Lille. Animozje angielsko-francuskie dawno poszły w niepamięć. "Welcome you! We invite you!" - przekrzykują się gościnne napisy w witrynach sklepów i restauracji w Lille.

Weekendowy tłum krąży handlowym szlakiem niczym w transie. Niektórzy przepadają z kretesem w przepastnym centrum handlowym obok dworca z dziesiątkami modnych butików. Inni pospiesznie opuszczają Euralille, bo wolą handlowe ulice wśród XIX-wiecznych kamienic. Wystarczy przeciąć skrzyżowanie na wprost Dworca Europejskiego i minąć zabytkowy Dworzec Flamandzki (stąd pierwsza linia kolejowa połączyła Lille z Paryżem w 1846 r.), by przenieść się w mieszczański świat bogatych kupców i przemysłowców.

Na krzyżujących się deptakach Rue Neuve i Rue de Béthune pełno eleganckich sklepów i domów towarowych. Raj zakupoholików rozciąga się też na ulicach oplatających trzy główne place: Rihour, Grand Place i Teatralny.

***

Docieramy do placu Teatralnego. W jego narożniku nad imponującym gmachem Izby Handlowej (Chambre Commerce et d'Industrie) wznosi się 76-metrowa neoflamandzka wieża z czerwonej cegły z jasnymi geometrycznymi obramowaniami. Sławi potęgę przemysłowców i kupców z przełomu XIX i XX w. Przez okrągły rok odbywają się w niej prestiżowe imprezy handlowe. We wnętrzu, od przepychu marmurów, rzeźbionych boazerii, kryształowych żyrandoli i mitologicznych malowideł może zakręcić się w głowie.

Co roku w pierwszy weekend września miasto zamienia się w gigantyczny uliczny targ Braderie (tradycja sięga średniowiecza). Kto żyw wylega na ulice i handluje: obrazami, antykami, meblami i wszystkim, czego chce się pozbyć. A właściciele knajpek i piwiarni prześcigają się w szczególnej konkurencji - kto usypie najwyższy pagórek ze skorupek małży, których całe hałdy pokrywają tego dnia ulice. Placem Teatralnym włada niepodzielnie Apollo wśród muz na szczycie białej neoklasycystycznej opery sąsiadującej z Chambre Commerce. Trudno oderwać oczy od ogromnego rzeźbiarskiego reliefu, dzieła Hippolyta Lefébrve'a.

Każdy plac w centrum przenosi nas w inne czasy. Najmniejszy, Place Rihour, zajmuje surowy ceglasto-szary pałac Rihour. To dawny gotycki zamek książąt Burgundii, którzy przejęli na sto lat rządy w Lille należącym najpierw do Flandrii. Z nazwy miasta i starych dokumentów można wnosić, że zamek pierwszych właścicieli stał na wyspie (Lille wywodzi się od l'isle - wyspa) w ramionach rzeki Deule. W XVII w. pałac Rihour również przestał być siedzibą dworu - do początku XX w., kiedy strawił go pożar, mieścił się w nim ratusz. Ocalała jedynie klatka schodowa z gotyckim sklepieniem i kamienne schody, prowadzące do kaplicy (dziś nowoczesne centrum turystyczne).

Lille nie boi się śmiałych architektonicznych kontrastów. Z pałacu Rihour wychodzi się wprost na szklaną piramidę nad stacją metra, klon tej z paryskiego Luwru. Trzy centralne place niemal się łączą. Na środkowym - Grand Place - kręci się karuzela z wagonikami. Nas bardziej jednak nęci perła flamandzkiego baroku Vieille Bourse - giełda z lat 1652-53 z flandryjskimi lwami prężącymi się nad frontowym wejściem. Choć architekt Julien Destrée zbudował ją z 24 identycznych kamieniczek na planie kwadratu, robi wrażenie jednolitej budowli o kremowej elewacji z czerwonymi ornamentami (flamandzka architektura jest niewiarygodnie kolorowa!). Podcienia arkadowego dziedzińca okupują bukiniści. Ściany kapią od barokowych girland rzeźbionych kwiatów, owoców i natłoku symbolicznych postaci - król Midas z oślimi uszami ostrzega przed ślepą miłością do złota...

Nad Grand Place czuwa aż pięciu patronów, w tym cztery kobiety. "La Déesse" na kolumnie (dzieło Théophile'a Bra) upamiętnia obronę miasta w 1792 r. przed Austriakami. Trzy rozplotkowane złocone gracje obserwują z dachu życie towarzyskie w ogródku kawiarni przy redakcji "La Voix du Nord". Symbolizują prowincje regionu du Nord: Artois, Flandres i Hainaut. Piątym patronem jest generał Charles de Gaulle, prezydent Francji w latach 1958-69 (Grand Place nosi jego imię). Miasto traktuje go z wielką estymą, bo tu się urodził 22 listopada 1890 r. w domu dziadków na ulicy Princesse 9, dość daleko od centrum. Jego matka specjalnie na tę okazję przyjechała z Paryża do rodziców, zamożnych przemysłowców Julii i Jules-Emile'a Maillot. W ich jednopiętrowym domu o XIX-wiecznych mieszczańskich wnętrzach mieści się dziś muzeum i fundacja imienia de Gaulle'a.

Gdy mały Charles spędzał wakacje u dziadków, podobno chętnie odwiedzał sławną cukiernię Meert na ulicy Esquermoise 27, tuż obok Grand Place. Idziemy w jego ślady. Cukiernia z ponad 200-letnią tradycją wciąż wabi zapachem waniliowych gofrów, czekoladek ręcznej roboty i bajecznym XIX-wiecznym wystrojem: kolorowe marmury, ażurowe metalowe zdobienia z inicjałami firmy, finezyjnie stylizowane medaliony i roślinne ornamenty.

W chłopięcych latach Charles musiał słuchać flamandzkiej kołysanki "P'tit quinquin" ("Śpij, mój mały") skomponowanej w 1853 r. przez legendarnego poetę i pieśniarza Alexandre'a Desrousseaux. W Lille wychowały się na niej całe pokolenia. Na skwerze Focha zaskakuje nas jej pomnik przedstawiający młodą kobietę kołyszącą do snu dziecko.

***

Dawna stolica zagłębia węglowego (kopalnie na dobre zamknięto w latach 80. XX w.) ma dziś szansę stać się zagłębiem sztuk. Przy reprezentacyjnym placu Republiki z kąpiącymi się w fontannie kamiennymi postaciami stoi XIX-wieczny Palais des Beaux Arts (Pałac Sztuki) - drugie najważniejsze muzeum Francji po Luwrze. Z bogatej kolekcji Rubensa najgłębiej porusza dramatyczne "Zdjęcie z krzyża" z 1617 r . Długo kontemplujemy "Pejzaż zimowy" Breugela Młodszego z tłumem intrygujących postaci, piękną martwą naturę "Srebrny puchar" Jeana Chardina, "Młodą kobietą czytającą list" Francisca Goi, "Sen" Puvisa de Chavannes, który inspirował Picassa w okresie błękitnym i impresjonistyczną wersję "Londyńskiego Parlamentu" o zmierzchu Claude'a Moneta.

***

Wracamy więc na starówkę w najstarszej, północno-zachodniej części miasta. Przy wąskich uliczkach gąszcz galerii, sklepików, warsztatów. Przez szybę podpatrujemy malarza w pracowni zamaszyście kończącego płomienne płótno. W sąsiedniej witrynie cukiernik przygotowuje typowy flamandzki deser ceufs a'la neige - małe beziki, których nie piecze się, lecz gotuje na mleku.

Gwarne piwiarnie i knajpki zapraszają na flamandzkie dania główne: wołowinę na piwie, krwiste befsztyki, małże, krewetki. Kuchnia flamandzka nie jest zbyt wyrafinowana, ale - jak wszędzie we Francji - biesiady trwają godzinami, wspierane przez wspaniałe francuskie wina i belgijskie piwa.

Przysmaki stołu rezerwujemy sobie na później. Teraz malowniczym pasażem wychodzimy na plac katedralny z XIX-wieczną neogotycką katedrą Notre-Dame de la Treille i kaplicą św. Joanny d'Arc wewnątrz. W milenijnym 2000 r. podczas renowacji starą fasadę zastąpiono nowoczesną z marmurowych płyt.

Na sąsiedniej ul. La Monnaie kamienna brama pod nr 12 prowadzi do jednego z najstarszych zabytków miasta - Hospice Comtesse z 1237 r. Dawny szpital fundacji księżniczki Jeanne de Constantinopole zamieniono w muzeum sztuki i rzemiosła flamandzkiego (Musée de l'Hospice Comtesse). Witrażowe okna, ciemne belkowane stropy z drewna kontrastują z jasnymi ścianami. Szafy z czasów hiszpańskich Niderlandów wypełnia niebieska porcelana z Delft. Miejskie pejzaże Arnoulda de Vuez oraz Louisa i François Watteau przenoszą nas w klimat XVII-XVIII-wiecznego Lille podczas dworskich parad.

I na kolacji pozostajemy w tamtej epoce. Spotykamy się w kultowej restauracji Le Jardin du Cloitre w hotelu Aliance, w zrekonstruowanym niedawno z pietyzmem XVII-wiecznym klasztorze. Biesiadujemy na arkadowym dziedzińcu (dawnym wirydarzu) otoczonym grubymi ceglanymi murami i osłoniętym szklanym dachem, przez który zaglądają gwiazdy. Pianista przy białym fortepianie gra jazzowe standardy.

***

Południową, uniwersytecką część miasta poznajemy następnego dnia. Po Paryżu i Nantes Lille jest największym ośrodkiem akademickim i naukowym we Francji. Mnie zawsze kojarzyło się z Louisem Pasteurem (1822-95), genialnym chemikiem i mikrobiologiem, badaczem fermentacji i odkrywcą szczepionek przeciw wściekliźnie i wąglikowi. Jeszcze w szkole zaczytywałam się w jego biografii. A teraz stoję na placu Philippe Lebon pod pomnikiem Pasteura i patrzę, jak z monumentu demonstruje doświadczalną butelkę. Może tę, w którą na szczycie Mont Blanc chwycił łyk najczystszego powietrza, by udowodnić sceptykom, że nie będzie w nim bakterii.

Młody uczony prowadził w Lille, mieście bogatych przemysłowców browarników, badania nad fermentacją alkoholu. Prosili go o to, gdy produkcja spadła, a zyski zaczęły topnieć. Po mikroskopowych badaniach Pasteur dowiódł, że przyczyną fermentacji są żywe organizmy. To była światowa sensacja, bo nikt wówczas nie wierzył w niewidoczne gołym okiem bakterie. Od jego nazwiska wzięła nazwę pasteryzacja zabezpieczająca przed psuciem przetworów, wina i piwa.

Pasteur spędził w Lille zaledwie kilka lat jako dziekan wydziału przyrodniczego, ale miasto nigdy o nim nie zapomniało. W 1894 r. zwróciło się do niego z prośbą, by przy bulwarze Ludwika XIV założył Instytut Naukowy (dziś jego imienia). W labiryncie korytarzy i sal nie pozwala nam się zagubić Francis Wallart, dyrektor Public Relations. Prowadzi nas przez laboratoria do niewielkiego muzeum (wstęp po rezerwacji, tylko w środy - bez) z probówkami i wypchanymi królikami sprzed wieku. - Do dziś eksperymentujemy na królikach - zdradza. Na pamiątkowych zdjęciach Pasteur i prof. Albert Calmette, rekomendowany przez niego pierwszy dyrektor Instytutu, wynalazca m.in. surowicy przeciw ukąszeniu jadowitych węży. Instytut rozrósł się w ogromne europejskie centrum mikrobiologii i toksykologii. Prowadzi badania nad rakiem, alergiami, narkotykami, szczepionkami.

***

Kiedy wracamy na Grand Place, niespodziewanie wyrasta przed nami ratusz z lat 1924-32, dzieło profesora miejscowej Akademii Sztuk Emile Dubuissona. Znów neoflamandzka wieża o czerwonej elewacji, z wnętrzami w stylu art déco. Niegdyś była cudem techniki - pierwszą tak wysoką (105 m) konstrukcją żelbetonową, która konkurowała z nowojorskimi drapaczami chmur. W 2005 r. wpisana została na listę europejskiego dziedzictwa kulturowego UNESCO razem z 17 innymi wieżami północnej Francji.

Z narożników ratuszowej wieży wychylają się dwaj herosi - Lyderic i Phinaert. Legenda mówi, że w VII w. Lyderic zabił okrutnego Phinaerta i został założycielem dynastii hrabiów Flandrii, którzy zbudowali miasto. A naprawdę pierwszy znany hrabia Flandrii miał na imię Baldwin i żył w IX w. I to jego następca - Baldwin V - był założycielem Lille.

Ratusz otacza dawna przemysłowo-robotnicza dzielnica Saint Sauveur, całkowicie przebudowana. Nowe komfortowe domy wystylizowano na XVII-wieczną flamandzką architekturę. Już z daleka widać charakterystyczne spadziste dachy i trójkątne schodkowe szczyty elewacji z czerwonej cegły w różnych odcieniach, dekorowanych jasnym piaskowcem lub mozaikami.

Naprzeciw nich rozpiera się kremowa monumentalna brama Porte de Paris, z zupełnie innej bajki. Właściwie to łuk triumfalny wzniesiony w XVII w. ku chwale króla-słońce Ludwika XIV, który w 1667 r. zwyciężył Hiszpanów i przyłączył Lille do Francji. Król spogląda ze szczytu, a dwa anioły obok dmą co sił w trąby, by obwieścić światu jego triumf.

Śmiejące się słońce, symboliczny znak Ludwika XIV, spotykamy w różnych punktach miasta. Najbardziej rzuca się w oczy na Grand Place i na bramie cytadeli zbudowanej przez marszałka Vaubana w latach 1667-70. Nadal stacjonuje w niej wojsko, więc na pożegnanie z Lille pozostaje nam spacer pod murami imponującej "królowej cytadel".

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji , Grecji i Argentyny. W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.

Od połowy marca biografia Tony'ego Halika będzie dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl

icon/Bell Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie
Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi
Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich.
Komentarze
Zaloguj się
Chcesz dołączyć do dyskusji? Zostań naszym prenumeratorem