Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Stephen Clarke to brytyjski dziennikarz, który na początku lat 90. przybył do Paryża, by pracować dla francuskiego koncernu medialnego. Po dziesięciu latach w Paryżu postanowił napisać złośliwy portret tego miasta. Książkę wydrukował własnym sumptem w nakładzie 200 egzemplarzy.

W pierwszej wersji książka była podpisana nazwiskiem głównego bohatera Paula Westa i udawała jego pamiętnik. Ku zaskoczeniu autora stała się bestsellerem we Francji, więc kolejne wydanie Clarke firmował już własnym nazwiskiem. Twierdzi, że wszystko jest w niej prawdziwe "na 60 proc.".

Książka "Merde! Rok w Paryżu" ukazała się w Polsce nakładem W.A.B.

Wojciech Orliński: Czy po napisaniu książki "Merde! Rok w Paryżu" wyszydzającej Paryż i paryżan musiał pan opuścić to miasto i żyć w ukryciu?

Stephen Clarke: A skąd. Francuzi uważają Paryż za centrum świata, a jeśli zakładasz, że jesteś w centrum świata, to godzisz się na to, że będziesz też obiektem krytyki. Francuzi przyjęli książkę dość entuzjastycznie. Jedynym przykładem "represji" była konfiskata egzemplarzy u pewnego bukinisty na głębokiej prowincji. Nadgorliwy policjant uznał, że skoro słowo "merde" na okładce pokolorowane jest w barwy flagi francuskiej, doszło do jej znieważenia, skonfiskował książki i wysłał je do procureur général. Ten jednak uznał to za kompletną głupotę i kazał książki zwrócić.

Zastanawiałem się nad odwrotną sytuacją - złośliwą książką paryżanina o Londynie. Brytyjczycy potrafią się świetnie śmiać sami z siebie...

- Ale właśnie dlatego nie życzymy sobie, żeby robili to obcy. Podobna książka o Londynie zostałaby przyjęta z lodowatą wrogością - kim jest ten facet, żeby uważać, że wyśmieje nas lepiej od naszych komików?

Czyli jednak woli pan Paryż?

- To jednoznacznie wynika z mojej książki. Mój bohater w końcu przecież zostaje w Paryżu.

Co konkretnie pana tu zatrzymało?

- Zakochałem się głęboką, namiętną miłością w koncepcji 35-godzinnego tygodnia pracy. Z zawodu jestem dziennikarzem, a praca dziennikarza w Londynie to 70 godzin w tygodniu z komórką, która dzwoni nawet w nocy. Tutaj tych 35 godzin przestrzega się rygorystycznie, a samo poruszanie w weekend spraw służbowych w rozmowie jest grubym towarzyskim nietaktem. A weekend zaczyna się tu już w piątek w południe.

Więc zdradził pan Brytanię dla odrobiny lenistwa?

- Nie ma nic bardziej brytyjskiego od marzenia o mieszkaniu we Francji. Niedawno był sondaż, z którego wynikało, że 20 proc. Brytyjczyków żałuje, że nie urodziło się Francuzami, a cała reszta marzyłaby przynajmniej o mieszkaniu we Francji przez jakiś czas. Podejrzewam wprawdzie, że znaczna część uczestników sondażu nie zrozumiała pytania albo automatycznie założyła, że każdy rodowity Francuz nabywa z urzędu prawo do posiadania zameczku z winnicą, bo takie marzenie jest u nas najsilniejsze.

A teraz, kiedy jest pan zawodowym pisarzem, nie lepiej byłoby się właśnie przenieść gdzieś na południe?

- Nie. Bardziej mi odpowiada relaksujący styl życia w Paryżu.

(za oknem właśnie rusza młot pneumatyczny)

No, ale teraz jesteśmy w centrum miasta. Tu nikt normalny przecież nie będzie mieszkać. W samym Paryżu są jednak zakątki bardzo ciche i spokojne - w 20 dzielnicy zachowała się na przykład autentyczna wieś. A jednocześnie wszystkie uroki wielkiego miasta ma się w zasięgu półgodzinnej jazdy metrem czy nawet pieszego spaceru, bo Paryż to miasto geograficznie dużo mniejsze od Londynu. Stąd zresztą bierze się ta słynna paryska arogancja.

Jak to?

- Paryż to miasto, w którym nie wystarcza miejsca dla wszystkich. W restauracji, na ulicy, w agencji nieruchomości - wszędzie czujesz, jaki tu jest tłok. Dlatego paryżanie mają do obcych mniej więcej taki stosunek: jeśli nie wiesz, co tu robisz, to będziemy ci wdzięczni, jeśli będziesz to robił gdzie indziej. Taka postawa jest zaskakująca zwłaszcza dla Anglika, bo u nas grzeczność wymaga, żeby się zbytnio nie narzucać, na przykład w restauracji czekać, aż kelner sam nas zauważy. W paryskiej knajpie można tak czekać do śmierci głodowej. Ale to ma uzasadnienie - jeśli brakuje miejsca, to cały system może działać tylko pod warunkiem, że każdy wie, czego chce. To samo dzieje się na paryskiej ulicy - tutaj kierowca, który nie jest pewien, dokąd jedzie, jest zagrożeniem dla otoczenia.

Pański bohater mówi w książce, że najlepszym sposobem na znalezienie mieszkania w Paryżu jest uwiedzenie paryżanki i wprowadzenie się do niej. Uważa pan tak na serio?

- Absolutnie! Ale nie zabierajcie się ze swoimi bagażami do najbliższego pubu, licząc na to, że wyjdziecie z kochanką. Chodzi raczej o to, że tak trudno jest odnieść sukces w agencji nieruchomości, a nie, że tak łatwo o podryw.

Śledząc przygody pańskiego bohatera, można ulec złudnej nadziei, że jednak o ten podryw w Paryżu całkiem łatwo.

- W odróżnieniu ode mnie mój bohater jest młody, przystojny i bogaty. Jak na jego możliwości, to i tak idzie mu raczej opornie. Bo może i jest łatwo, ale nie dla wszystkich.

Pokusiłby się pan o przedstawienie poradnika podrywania w Paryżu "dla opornych"?

- Pewnie. Otóż na początek, jeśli ktoś tak formułuje pytanie, już jest na straconej pozycji. W Paryżu podstawą sukcesu w jakiejkolwiek dziedzinie jest głęboka wiara w siebie. Nie możesz siebie zaliczać do opornych, przeciwnie - musisz szczerze wierzyć, że jesteś mistrzem w tym, co robisz. Musisz sobie mówić: "Jestem najważniejszą osobą na świecie. Wyświadczam zaszczyt waszej restauracji, że zechciałem uświetnić ją swoją obecnością, a ty, kochanie, masz szczęście, że dziś wieczorem podrywa cię ktoś taki jak ja".

Zasada druga: Francuzi nienawidzą banału. Włóż w ten podryw jakąś inwencję, coś artystycznego. Nie musisz zaraz pisać wierszy, skup się na tym, co ci dobrze wychodzi, i obmyśl jakąś oryginalną randkę albo prezent. Jak bukiet kwiatów, to nie byle co z kwiaciarni, tylko bukiet o jakimś głębokim symbolicznym znaczeniu, i tak dalej.

Trzecia wreszcie jest taka, że tutaj niemile widziani są ludzie niekontrolujący swojego zachowania. W sobotę wieczorem w Londynie wręcz wypada się upić, zataczać się i bełkotać. Jeśli ktoś tego nie robi, podejrzewamy, że się źle bawił i w ogóle jest nudziarzem, więc ludzie czasem nawet udają, że się spili. W Paryżu tak nie wolno. Jeśli chcesz mieć jakiekolwiek szanse u francuskich kobiet, musisz pić z umiarem.

A czy kwestie niewierności traktuje się tak lekko jak w pańskiej książce?

- Przecież to widać po ich języku potocznym - mają określenia "cinq a sept" (dosł. "od piątej do siódmej") na nazwanie kochanki, z którą zdradzasz żonę zaraz po pracy, albo "baise-en-ville" (dosł. 'ruchanie na mieście') na nazwanie małej torby podróżnej, takiej tylko z ręcznikiem i zmianą bielizny.

Opowiem anegdotę jeszcze z moich dziennikarskich czasów. Siedzieliśmy w większym gronie i rozmawialiśmy o pewnym artyście, który przed chwilą nas opuścił. Jedna z koleżanek zachwycała się nim tak bardzo, że rzuciłem w typowo brytyjskim stylu: "Mówisz to tak, jakbyś chciała z nim uprawiać seks". Ona jednak całkiem serio odparła: "Oczywiście, gdyby tylko wyraził na to ochotę, od razu bym z nim poszła do łóżka". Właśnie czekaliśmy na jej narzeczonego, więc powiedziałem: "Za dziesięć minut będzie tu twój chłopak. W jakim świetle stawia go taka publiczna deklaracja?". Na co ona odpowiedziała wzruszeniem ramion i charakterystycznym pfff, czyli paryskim gestem oznaczającym: "To nie mój problem".

Właśnie, pomówmy o tym geście - pański bohater uczy się go od szefa i z książki wynika, że dopiero wtedy zaczyna sobie radzić w Paryżu.

- Nikt w Paryżu nie zacznie cię szanować, dopóki nie nauczysz się wzruszać ramionami. Dopiero gdy zademonstrujesz wszystkim swój arogancki egocentryzm, możesz komuś okazać życzliwe zainteresowanie. Bo dopiero wtedy twoje zwykłe "Jak minął dzień?" może zabrzmieć jako "O rety!". Tak bardzo ważna osoba, kwitująca najważniejsze problemy świata wzruszeniem ramion, zainteresowała się tym, jak mi minął dzień!".

Francuscy politycy opanowali do mistrzostwa tę technikę. Fascynuje mnie ten paradoks, że Francja nigdy nie jest skłonna kiwnąć palcem w obronie kogokolwiek, ale wystarczy, że Chirac od czasu do czasu wygłosi przemówienie, i już Francuzi wychodzą na największych obrońców demokracji, a Brytyjczycy - na imperialistów. Jakbyśmy to my urządzali masakry w koloniach!

Dziewczyna głównego bohatera zrywa z nim pod wpływem podobnego sporu - rzeczywiście, romansując z paryżanką, trzeba unikać krytyki Chiraca?

- Nie, to było raczej nieporozumienie innego rodzaju. Dla Brytyjczyka "ciężkie" tematy, takie jak religia i polityka, nie nadają się na konwersację przy stole, bo wiemy, że one dzielą ludzi, że i tak nikt nikogo nie przekona. Francuzi odwrotnie, dla nich im temat cięższy, tym lepszy do towarzyskiej pogaduszki. Przecież tu, gdy na kolacji spotykają się dwa małżeństwa, głównym tematem od razu jest głęboka psychoanaliza obu związków na tle całej erotycznej przeszłości wszystkich zgromadzonych.

Jak w filmach?

- Dokładnie tak jak w filmach. Bardzo łatwo więc o taką brytyjsko-francuską gafę towarzyską, że Francuz na serio porusza ciężki temat, zaskoczony Brytyjczyk próbuje obrócić rozmowę w żart, czym rani uczucia Francuza, który odsłonił serce nie po to, żeby ktoś z niego kpił, i potem już tylko trzaskają drzwi. Nie wiem, jak komfortowo czują się Polacy w ciężkich tematach, ale o tym też trzeba pamiętać przy podrywie.

Nasz narodowy rysownik Andrzej Mleczko wykonał kiedyś rysunek przedstawiający przepis na orgię po polsku. Potrzebne są duża wanna, piękne panie i zapas szampana. Napełniamy wannę szampanem, panie do niej wchodzą i się sobą zajmują, a my możemy się zamknąć w kuchni i gadać o polityce...

- Quel horreur! Proszę nigdy nie podrywać paryżanki na ten dowcip. Tutaj pierwszym odruchowym skojarzeniem jest pytanie o temperaturę szampana. Jeśli jest należycie zmrożony, no to przecież jest zbrodnia wobec tych pięknych pań. A jeśli jest ciepły, no to fu! - cały ten dowcip jest wtedy ohydny, proszę sobie wyobrazić obrzydzenie Francuza na wizję wanny pełnej przegrzanego szampana. Pułapka polega na tym, że Francuz równie poważnie jak o polityce będzie rozmawiać o jedzeniu czy o winie, więc tu każdy dowcip może nas wprowadzić na pole minowe.

Czy w takim razie cudzoziemiec w ogóle może się uchronić przed gafami?

- Przyjeżdżając do Francji, trzeba się pogodzić z tym, że się przyjechało do Francji, i nie zachowywać się jak ktoś, kto przyszedł na orgię i chce zostać w ubraniu. Najgorszą możliwą gafą jest rozpoczęcie rozmowy od: "Do you speak English?". Francuzi (nie bez jakiejś tam racji) uważają, że każdy na świecie zna podstawowe grzecznościowe zwroty typu "bążur", "pardą" czy "mersi" i jeśli ktoś ich nie chce używać, odbierają to jako złośliwą arogancję i odpowiadają tym samym. Tysiąc razy lepiej jest zacząć rozmowę od "bonjour", nawet jeśli następnym zdaniem już będzie: "Przepraszam, ale tylko tyle umiem po francusku". Jeśli zrobisz jakikolwiek wysiłek, Francuzi to docenią.

W restauracji robisz fatalne wrażenie w oczach miejscowych, jeśli zaczynasz się domagać po angielsku swoich ulubionych potraw. Ta restauracja ma jakiegoś swojego szefa kuchni, który skończył specjalną szkołę, włożył wysiłek w zaproponowanie jakiegoś "dania dnia", wypisał je kredą na tablicy i tak dalej. Przekreślając to wszystko i domagając się po angielsku omleta z keczupem, obrażasz francuską kulturę.

Moją książkę Francuzi przyjęli dość dobrze, bo widać w niej mój wysiłek włożony w zrozumienie ich kultury.

To powiedzmy na koniec coś miłego o Francji i Paryżu.

- Bardzo mi odpowiada francuski styl życia. W Wielkiej Brytanii człowiek żyje pod nieustanną presją gromadzenia dóbr. Kupno domu czy kupno luksusowego samochodu wyznaczają kolejne etapy awansu na drabinie społecznej. Francuzi tymczasem przypisują temu małe znaczenie, wolą jak najwięcej wydawać na swój styl życia, miarą awansu jest zaś raczej załapanie się na tak zwany HLM, czyli wynajętą nieruchomość o czynszu regulowanym przez władze. Samochód w Paryżu jest w ogóle zbędny, a jak już ktoś go kupuje, to chętnie wybiera coś niedrogiego rodzimej produkcji. Dlatego Francuz, pracując 35 godzin w tygodniu, może i tak żyć na wyższej stopie od Brytyjczyka pracującego 70 godzin. Jest jeden aspekt kultury francuskiej, w którym bezapelacyjnie dominuje ona nad resztą świata - to kultura pracy. Ja tylko za to mogę im wszystko inne wybaczyć.

JAK BYĆ W PARYŻU I PRZETRWAĆ - PORADY NA PODSTAWIE STEPHENA CLARKE'A

1. Nie zaczynaj rozmowy od: "Do you speak English?". Naucz się kilku podstawowych zwrotów (patrz niżej). Gdy przestaną wystarczać, daj rozmówcy szansę przejścia na angielski z jego inicjatywy.

2. Jeśli w restauracji zamówisz "l'eau minerale" ("wodę mineralną"), dostaniesz buteleczkę Perrier za dziesięć euro. Zamiast tego zamów "une carafe d'eau" (dosł. "karafkę wody") - dostaniesz gratis dzban smacznej kranówki.

3. Nie zamawiaj po prostu piwa ("one beer, ein Bier, une biere"), bo dostaniesz litrowy dzban. Małe piwo to "połówka" ("un demi"), a duże to "poważne" ("un serieux").

4. Kawa ("un cafe") jako taka w zasadzie nie istnieje. Czarna to "un express", biała to "un creme". Inne też mają swoje nazwy ("un deca", "un noisette", "un allonge"), ale jeśli po prostu powiesz: "Un cafe au lait", uznają cię za naiwnego turystę i dostaniesz coś dziwnego z ogromnym rachunkiem.

5. Nie licz na to, że kelner sam z siebie do ciebie podejdzie, ale też nie wołaj głośno: "Garcon!" - jak na starych filmach. Pamiętaj, że Francja to ojczyzna Marcela Marceau - złap kelnera wzrokiem i spróbuj gestem pokazać: "Jestem już gotów zamówić", "Jeszcze raz dwa razy to samo" albo "Rachunek, proszę".

6. Z tego samego powodu nie licz na to, że jakiś samochód uprzejmie się zatrzyma, gdy będziesz stał na przejściu. Po prostu krokiem mima samobójcy śmiało wkrocz na asfalt.

7. Pij, ale się nie upijaj. Francuzom obca jest sympatia, jaką Polacy czy Brytyjczycy żywią wobec tych, którzy się "dobrze bawią". W miejscu publicznym (także w restauracji czy klubie) od każdego oczekuje się kontroli nad swoim zachowaniem.

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji , Grecji i Argentyny. W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.

Od połowy marca biografia Tony'ego Halika będzie dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.