Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ledwie dwa lata temu kelnerzy przemeblowali rząd Rzeczypospolitej, potoczyły się ministerialne dymisje, niczym główki kapusty wpadające do szatkownicy. Również w światowej polityce czynnik gastronomiczny ma swoją siłę. Unia Europejska od czasu aneksji Krymu próbuje rzucić na kolana Rosję przez odcięcie od dostaw prosciutto i toskańskiej oliwy. Kiedy w 2003 r. słodka Francja nie poparła wojny w Iraku, Stany Zjednoczone ogłosiły bojkot wyrafinowanych serów i win ze starego świata. Ostentacyjnie wylewano do ulicznej kanalizacji galony burgunda i bordeaux, opowiadano głośno o obrzydzeniu, jakie budzą pokryte pleśnią camembert i brie. Jak policzyli wówczas eksperci, przyniosło to Francji straty w wysokości co najmniej 112 mln dolarów.

Niedawno potomkowie Karola Młota znaleźli się w jeszcze trudniejszej sytuacji. Stolicę światowej gastronomii, centrum kulinarnych mód oskarżono o skłonność do barbarzyństwa, z którego uratowane zostało przez Sarmatów. "Polacy pokazali Francuzom widelec" - zawistował jeden z polskich wiceministrów, nawiązując do legendy o tym, że to w Krakowie francuskie książątko obrane królem Rzeczypospolitej po raz pierwszy zapoznało się z rogatym sztućcem.

Ruch w paryskich restauracjach zamarł, zbladły, a następnie zaczęły chorobliwie migotać gwiazdki Michelina

Sommelierzy donoszą, że skokowo zwiększyła się ilość win korkowych, a zamiast lekkich sufletów z francuskich pieców wychodzą wyłącznie zakalce. Jak żyć? Jak gotować, gdy hańba francuskiego stołu okazała się tak ewidentna?

Kiedy zajrzymy do źródeł, opowieść o polskim odkryciu króla Henryka Walezego, we Francji znanego jako król Henryk III, nie wygląda na całkowicie niewiarygodną. W inwentarzach paryskiego dworu widelec pojawia się po raz pierwszy w roku 1574, czyli w chwili, gdy Walezjusz uciekł z Polski, by objąć liliowy tron. Ale czy rzeczywiście widelec ujrzał dopiero w Polsce? Jak wieść niesie, instrument ten przywiozła na Wawel wraz z innymi włoskimi dziwactwami księżniczka Bari, późniejsza polska królowa Bona. Italia była wówczas liczącą się eksporterką błękitnej krwi w dorodnych dziewczęcych ciałach, więc Walezy na kontakt z włoską kulturą nie musiał czekać aż do wyboru na władcę Rzeczypospolitej. Jego matką była florencka księżniczka, a późniejsza królowa Francji Katarzyna Medycejska, więc kultury nie musiał się uczyć u Słowian.

Inna sprawa, czy umiejętność posługiwania się sztućcami należała wówczas do dobrego tonu.

Noże, szpikulce, łyżki były przyborami kuchennymi, a nie stołowymi. W Azji zasada ta obowiązuje do dzisiaj, gdyż zgodnie z mądrościami Konfucjusza narzędzia zbrodni należy trzymać z dala od biesiadników. Porcje kroi się w kuchni, a przy stole posługuje pałeczkami, których użycie przypomina czułość, z jaką ptaki karmią swoje pisklęta. Tymczasem europejskie ostrza noży czy zęby widelców budzą krwawe skojarzenia. Wielkie widelce, znane w kuchniach od czasów Bizancjum, pomagały w obróbce produktów i nie przez przypadek ich nazwa w języku polskim kojarzy się z widłami. Analogicznie jest też w języku francuskim, gdzie "fourchette" to zdrobnienie od "fourche", czyli wideł. Były to masywne narzędzia do przenoszenia dużych połci mięsa. Proces ich miniaturyzacji i oswajania przez ucztujących trwał bardzo długo.

Jeszcze w XVIII w. w kręgach konserwatywnego duchowieństwa widelec uznawano za atrybut piekielny, wiązany z Arma Christi, czyli narzędziami Męki Pańskiej

Posługiwanie się nim było fanaberią oświeceniowych fircyków. Człowiek stateczny i nieuganiający się za bezbożnymi modami do jedzenia potrzebował noszonej za cholewą łyżki i chleba, którym zagarniał tłuszcz czy sos. Osoby o wyższym statusie używały też noża, którego końcówką wkładano do ust smakowite kąski.

Prof. Waldemar Kuligowski, antropolog kultury z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, zwraca uwagę, że widelec jest charakterystyczny dla Europy. W kulturach mniej wojowniczych od naszej jada się nadal rękoma. Jest to powszechny zwyczaj w Afryce, wśród ludów tubylczych Ameryki Południowej oraz w Indiach, gdzie w tym celu używa się wyłącznie prawej dłoni. Ręką formuje się z manioku, kuskusu czy ryżu małe grudki. Zanurza się je następnie w rozmaitych ragout i zawiesistych potrawkach, które w ten sposób transportowane są do ust.

Kulinarni trendsetterzy coraz częściej zwracają ostatnio uwagę na szczególną radość jedzenia dłońmi. Bez pośrednictwa metalowych czy plastikowych narzędzi zbrodni potrawy smakują bardziej naturalnie, a przede wszystkim - działają bardziej zmysłowo. Namawia się współczesnych konsumentów do bezpośredniego sięgania palcami po frytki, kawałki owoców i warzyw, kąski pieczystego, fragmenty ryb czy skorupiaków. Wiktoriańskie z ducha wielkie komplety sztućców, często o trudnym do rozszyfrowania zastosowaniu, lądują w lamusach. Wyzwolenia ze staroświeckich konwenansów szukamy również w sposobie jedzenia. I dlatego #forkgate, czyli wojna widelcowa, wydaje się dziś czymś nieco anachronicznym...

W kolejne weekendy marca „Wyborcza” zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony’ego Halika: Meksyku, Francji, Grecji i Argentyny. W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.

Od połowy marca biografia Tony’ego Halika dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl i Publio.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.