Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

Ikona designu, szyku, popkultury. Zapach "pięknej ekstrawagancji". Kropla luksusu. Symbol Francji. Kiedyś towarzyszył narodzinom współczesnej kobiety, dziś to nobliwy i z lekka spatynowany klasyk. Nawet jeśli nie potrafisz wymienić żadnych innych perfum, je na bank znasz.

Chanel N° 5.

Najsłynniejsza piątka świata. Ta od Coco

 

***

Biografia Gabrielle "Coco" Chanel jest równie legendarna jak jej ulubiony zapach i podobnie pełna mitów i przekłamań. Urodziła się 19 sierpnia 1883 roku (później odejmowała sobie tak z dekadę) w miasteczku Saumur w zachodniej Francji jako druga nieślubna córka Alberta Chanel oraz Jeanne Devolle. Albert ostatecznie poślubił Jeanne i spłodził z nią kolejną trójkę dzieci. Gdy Gabrielle miała 12 lat, bieda, harówka i gruźlica zabrały jej matkę. Ojciec nie był sentymentalny: synów zaraz oddał do pracy na farmie, córki do klasztornego sierocińca, a sam ruszył w świat. Coco opowiadała, że pojechał zbić fortunę w Ameryce, a dzieci zostawił u ciotek.

To klasztor w Aubazine, jego surowe piękno i prosta, ascetyczna architektura, dowodzi autorka "Sekretnego życia Chanel N° 5" Tilar J. Mazzeo, ukształtował gust późniejszej projektantki. Stąd wzięło się jej upodobanie do minimalizmu, prostoty, czystości linii. A znane z Aubazine zapachy - szarego mydła, bielizny gotowanej w wodzie z dodatkiem suszonych korzeni irysów, bieliźniarek wyłożonych werbeną, przyklasztornych kwiatów - znalazły się w kompozycji Chanel N° 5.

Perfumy są jak pocałunek. Rozmowa z Audrey Tautou, która zagrała Coco Chanel

 

***

W klasztorze Gabrielle nauczyła się szyć i ta umiejętność utrzymywała ją, gdy jako 18-latka zaczęła samodzielne życie. Francuzi nazywali takie jak ona "gryzetkami" - trochę ekspedientkami, trochę szwaczkami, kokieteryjnymi młodymi dziewczętami, które lubiły się zabawić, ale nie za bardzo miały za co. Chanel dorabiała cerowaniem oficerskich bryczesów, a mundurowi klienci chętnie zabierali ładną ciemnowłosą dziewczynę na kawę, do operetki, do kabaretu.

Prowincjonalnemu Moulins daleko było do Paryża, ale rozrywek nie brakowało. Gabrielle szybko znudziła się praca ekspedientki. Uznała, że ma - jak wspominała - "seksowne, drobne ciałko", i może zrobić z niego lepszy użytek, niż stojąc za ladą. Konkretnie: śpiewając i tańcząc.

Wtedy taki wybór determinował całe życie; przekroczenie granicy między "uczciwą kobietą" a, no cóż, tą lekkich obyczajów. Zawód aktorki był bowiem niewiele wyżej od profesji prostytutki. Coco weszła do półświatka, a to w oczach mieszczańskich Francuzów naznaczyło ją na zawsze. "Nieważne, że wyznaczyła styl całego pokolenia" - zawsze ciągnął się za nią kabaret, pokątna aborcja i status utrzymanki bogatych mężczyzn.

Poza tym szybko się okazało, że ciałko to niestety za mało, wypadałoby mieć jeszcze głos. Chanel go nie miała. Za to dzięki dwóm numerom - "Qui qu'a vu Coco" oraz "Ko Ko Ri Ko" - zyskała przydomek, pod którym zasłynie: umarła Gabrielle, niech żyje Coco. Braki wokalne nadrabiała energią, entuzjazmem i kokieterią. Miała powodzenie - i potrafiła je wykorzystać. Już jako 23-latka porzuciła niepewne życie kabaretowej artystki na rzecz "posady" drugiej stałej kochanki (pierwszą była słynna kurtyzana Émilienne d'Alençon) przystojnego przemysłowca Etienne'a Balsana. Została u niego sześć lat.

Balsan był bogaty, lubił się bawić, przyjmować gości - i lubił kobiety. Z każdej klasy społecznej. Mieszkanie z nim było dla modystki o chłopskich korzeniach szkołą życia.

Coco Chanel: Widziałam śmierć luksusu

 

***

Belle époque trochę poluzowała wiktoriański gorset, ale nie zatarła podziału na kobiety porządne i upadłe. Te pierwsze nie malowały się, nie farbowały włosów, nie nosiły jaskrawych kolorów. I pachniały różą lub fiołkiem, broń Boże piżmem, jaśminem czy tuberozą. Dla grzecznych dziewczynek były zapachy zwiewne, delikatne, niewinne - i nudne. Dla niegrzecznych - ciężkie, duszne, zwierzęce; zmysłowe, ale też wulgarne.

Chanel przełamała tę dystynkcję. Chciała zapachu czystego, ale i zmysłowego. Seksownego, ale z klasą. Zatarcia granicy między zapachem dla skromnej dziewczyny i dla uwodzicielki.

- Chcę dać kobietom sztuczne perfumy. Sztuczne jak sukienka, coś, co zostało wykonane. Nie chcę róży ani lilii, chcę perfum, które są kompozycją. Kobieta powinna pachnieć jak kobieta, a nie jak kwiat - deklarowała.

Stworzyła je w 1921 roku.

W tak zwanym międzyczasie zmieniła protektora: zakochała się w jednym z przyjaciół Etienne'a, Angliku Boyu Capelu ("pachniał skórą, końmi, lasem i mydłem do skór"), a Balsan, prawdziwy dżentelmen, ustąpił. Panowie dogadali się nawet co do wspólnego finansowania sklepu z kapeluszami, który w 1909 roku otworzyła Coco. Niedługo później do kapeluszy dołączyły bluzki i sukienki, w tym słynna mała czarna.

Potem wybuchła Wielka Wojna, kobiety poszły do pracy, a proste i wygodne kolekcje Chanel - jej główny konkurent Paul Poiret nazywał jej styl "biedą deluxe" - sprzedawały się jak świeże bułeczki. - Wojna mi pomogła. Obudziłam się w 1919 roku bogata - wspominała.

W tymże 1919 Coco postanowiła stworzyć własne perfumy. Jej życie osobiste właśnie legło w gruzach. Boy ożenił się z "porządną dziewczyną", angielską arystokratką. Nie przeszkadzało mu to sypiać z Chanel - ba, przedstawił ją młodej żonie - ale pokazał, gdzie jest jej miejsce.

Długo się małżeńskim gniazdkiem nie nacieszył - w grudniu zginął w wypadku samochodowym na drodze do Cannes. Chanel była niepocieszona. Rzuciła się w wir pracy.

***

Wersji powstania Chanel N° 5 jest kilka. Romantyczna głosi, że ich bazą miała być sekretna receptura perfum Marii Medycejskiej. Ponoć usłyszała o niej przyjaciółka Chanel, słynna Misia Sert, muza pisarzy i artystów (Coco mówiła, że "gdzie Misia kochała, nie rośnie już trawa"). Tyle że rewolucyjny zapach zawdzięczał oryginalność dopiero co odkrytym związkom chemicznym, aldehydom, których w szesnastowiecznym przepisie być nie mogło.

Wersja awanturnicza dowodzi, że projektantka posunęła się do szpiegostwa przemysłowego i zakupiła recepturę wykradzioną swojemu głównemu konkurentowi François Coty.

Tak naprawdę kształt wizji Chanel nadał jednak uchodźca z bolszewickiej Rosji.

Na początku lat 20. Francja pełna była rosyjskich arystokratów, którzy co prawda mieli więcej szczęścia od cara, ale poziom życia obniżył im się dramatycznie. Jednym z nich był kuzyn Mikołaja II wielki książę Dymitr Pawłowicz, osławiony udziałem w zabójstwie Rasputina. W ramach kary car wysłał go za granicę, dzięki czemu Dymitr przeżył rewolucję. Na Riwierze on i Coco zostali kochankami.

Jeśli dla Chanel zapachem dzieciństwa było klasztorne mydło, to magdalenką Dymitra była Rallet N° 1, popularna na dworze woda kolońska o zapachu róży i jaśminu. Traf chciał, że Ernest Beaux, przed wojną perfumiarz w moskiewskiej perfumerii Rallet, też zbiegł do Francji. Okrężną drogą, bo przez Daleką Północ - ostatnie lata wojny spędził w okolicach Archangielska, gdzie zachwycił go zapach Arktyki: świeżość powietrza, morska bryza, śnieg i zamarznięta ziemia.

Dymitr przedstawił Ernesta kochance.

***

Pod koniec 1920 roku Beaux pokazał efekty swojej pracy: dziesięć oznaczonych numerami fiolek. Ich bazą był aromat róży majowej i jaśminu z nutami ylang-ylang (mniej romantycznie - jagodlinu wonnego), drzewa sandałowego, kwiatu pomarańczy oraz rewolucyjnych cząsteczek.

Aldehydy to związki organiczne proste, bo zbudowane z atomów węgla oraz wodoru, a jednocześnie reaktywne, innymi słowy - łatwo wchodzące w interakcję z innymi substancjami. Mogą mieć wiele zapachów - wosku, wypalonych zapałek, jaśminu, ale także gnijących owoców i palonej gumy. Te używane dziś w przemyśle chemicznym odpowiadają za świeży, "czysty" zapach proszku do prania, antyperspirantu czy szamponu. Te stosowane w perfumach wydobywają woń innych składników. Albo, jak chce biografka N° 5, "upodabniają Chanel N° 5 do bąbelków schłodzonego szampana rozpryskujących się w naszych zmysłach".

Według legendy do jednej z fiolek, tej oznaczonej numerem 5, asystent laboratoryjny przypadkowo wlał zbyt stężony roztwór aldehydu. Chanel wybrała piątkę. I od razu umieściła ją w nazwie, jako że pięć było jej szczęśliwą liczbą.

Opakowanie było równie jak receptura ascetyczne - i równie legendarne. W czasach, w których flakony na perfumy przewyższały ozdobnością dzisiejsze kreacje Marca Jacobsa, Coco postawiła na minimalizm. Jej flakon, prostokątny, przezroczysty, bez zbędnych detali, miała zainspirować karafka do whisky Boya. - Elegancja - powiedziała kiedyś - to odmowa.

***

Początkowo Coco postawiła na reklamę szeptaną. W 1921 roku zaprosiła przyjaciół do restauracji na wystawny obiad i spryskała powietrze nowym zapachem. Zrobił furorę. 5 maja w butiku przy rue Cambon w Paryżu, i tylko tam, pojawiły się charakterystyczne buteleczki. Beaux nie nadążał z produkcją.

Pierwsza prasowa reklama to dzieło Georges'a Goursata. Wzięty karykaturzysta nie był wielkim fanem Chanel - uważał ją za parweniuszkę wdrapującą się na szczyt po plecach kochanków - ale dostrzegł zjawisko: każda kobieta chciała pachnieć N° 5. Narysował więc chłopczycę w modnej krótkiej sukience wpatrzoną z utęsknieniem w wielki flakon. Narodziła się legenda.

Okazało się jednak, że zarządzanie legendą, a zwłaszcza jej produkcją i dystrybucją na dużą skalę, przerasta możliwości projektantki. W 1924 r. za 10 procent akcji zrzekła się praw do N° 5 na rzecz braci Wertheimerów, właścicieli Bourjois, zastrzegając, że pod etykietą Chanel mają być sprzedawane "produkty pierwszej jakości".

Później bardzo tej decyzji żałowała. Procesowała się z Wertheimerami, z pochodzenia Żydami, od lat 30., a na negocjacje wysyłała swojego ówczesnego kochanka, znanego antysemitę Paula Iribe'a (którego poglądy zresztą podzielała).

***

W czterominutowym promocyjnym filmiku "For the first time" jest zdjęcie z 1944 roku przedstawiające kolejkę amerykańskich żołnierzy przed butikiem na rue Cambon. Stali po najsłynniejszą butelkę perfum, pamiątkę z wyzwolonej Francji, dla żon i narzeczonych. Firma jednak nie wspomina, że od 1940 roku przez cztery lata również stała tam kolejka, tyle że żołnierzy Wehrmachtu.

Sama z niemieckimi okupantami bardzo dobrze żyła; z młodszym o 13 lat dyplomatą i szpiegiem Hansem Güntherem von Dincklage dzieliła nawet apartament w Ritzu. Pytana o niego po wojnie odparła cierpko, że kobieta w jej wieku nie patrzy kochankowi w paszport.

Hitlerowski kochanek to pół biedy. Gorzej, że Chanel wykorzystała znajomości, żeby odebrać prawa do N° 5 Wertheimerom. Ci jednak byli sprytniejsi: zanim uciekli do USA, sprzedali udziały rodowitemu Aryjczykowi (odzyskali je po wojnie). Wysłali też swojego przedstawiciela z nieledwie szpiegowską misją zdobycia zapasu francuskiego jaśminu i kontynuowali produkcję w Stanach.

***

25 sierpnia 1944 r. wojska sprzymierzonych przedefilowały Polami Elizejskimi. Francuzi tańczyli na ulicach - i golili głowy "kolaborantkom horyzontalnym", kobietom, które sypiały z Niemcami. Do apartamentu w Ritzu też zapukali alianccy żołnierze i wzięli Chanel na przesłuchanie.

Ale długo w areszcie nie zabawiła; według jednych źródeł miał ją uwolnić sam Churchill, tyleż ze względu na ich trwającą od lat 20. znajomość, co wiedzę Coco - byłej kochanki księcia Westminsteru - o pronazistowskich sympatiach angielskiej arystokracji. Druga wersja jest jeszcze lepsza: w przebłysku geniuszu Chanel miała nakazać rozdawanie N° 5 amerykańskim szeregowcom, a ich sympatia służyła za tarczę przed gniewem rodaków. Tak czy siak, pozwolono jej wyjechać do Szwajcarii. Z niemieckim kochankiem.

Wróciła do Paryża w latach 50. Dogadała się ze spadkobiercą Wertheimerów - to znaczy tak go wymęczyła, że zgodził się na wszystko - i dostała 2 procent zysków ze sprzedaży perfum, co uczyniło ją jedną z najbogatszych kobiet świata. Co więcej, Pierre Wertheimer miał opłacać wszystkie jej rachunki; na starość znów została więc kimś na kształt utrzymanki bogatego mężczyzny, ale bez zobowiązań.

Zmarła w 1971 roku, we śnie.

***

Wydawało się, że N° 5 długo nie przeżyją swojej twórczyni. Po pół wieku przestały być ekscytującą nowością; przesunęły się do kategorii babcinej ramotki, do tego powszechna dostępność odarła je z nimbu luksusu. Deklaracja Marilyn Monroe, że do spania ubiera się wyłącznie w parę kropli Chanel N° 5, pomogła, ale na krótko. Dopiero na początku lat 70. młody dyrektor artystyczny marki Jacques Helleu dał im nowe życie.

Aby odświeżyć wizerunek perfum, zatrudnił Catherine Deneuve, aktorkę nie tylko piękną, ale też znaną z prowokacyjnych filmów takich jak "Piękność dnia". N° 5 miały znów symbolizować jednocześnie klasę i wyzwoloną seksualność. Jednocześnie wycofał charakterystyczne flakony z drogerii i supermarketów - kupowanie perfum znów miało być rytuałem, luksusem.

Poskutkowało.

W kolejnych dekadach N° 5 zyskiwały twarz najbardziej pożądanych kobiet filmowanych przez najlepszych reżyserów. W latach 80. była to Carole Bouquet w obiektywie Ridleya Scotta. Dekadę później Luc Besson ubrał modelkę Estellę Warren w strój Czerwonego Kapturka; przed wilkiem broni jej zapach. W 2003 r. Buzz Luhrmann skanibalizował własny "Moulin Rouge", z tą różnicą, że w finale Nicole Kidman nie umiera, tylko pachnie. 11 lat później ten sam reżyser nakręcił love story z N° 5 i Gisele Bündchen w roli głównej. A niedawno marka ogłosiła, że twarzą perfum będzie 17-letnia Lilly Rose Depp, córka Johnny'ego Deppa i Vanessy Paradis, modelka i aktorka głównie znana z udziału w kampanii LGBT.

Coco Chanel zapewne nie zaaprobowałaby tego ruchu - o homoseksualistach wyrażała się z podobną sympatią co o Żydach - ale marka udowadnia, że trzyma rękę na pulsie i otwiera się na szerszą definicję "wyzwolonej seksualności". W końcu, jak pisze Mazzeo, przez ostatnie stulecie "Chanel N° 5 okazały się zdumiewająco odporne. Będąc trwałym pomnikiem, uniknęły skostnienia".

Dalej to robią.

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji , Grecji i Argentyny. W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.

Od połowy marca biografia Tony'ego Halika będzie dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.