Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

- W moim CV nie napisałem, że jestem księdzem. Zamiast seminarium wpisałem osiem lat studiów filozoficznych. Zamiast misji w Afryce - szkolenie. Zanim dostałem pracę, musiałem iść na sześciomiesięczny kurs. Gdybym w dokumentach rekrutacyjnych napisał, że jestem księdzem, nie przyjęliby mnie. Na pewno natknąłbym się na kogoś, kto nie lubi księży i Kościoła.

Ksiądz Hervé Billaudel mieszka w nieczynnej od 20 lat plebanii w Ivry-sur-Seine pod Paryżem. Wspinamy się po drewnianych, skrzypiących schodach. W salonie wiszą afrykańskie maski i obrazy przedstawiające czarnoskóre kobiety w jaskrawych bubu. Zza ściany słychać młodych ludzi, którzy przygotowują śniadanie. Ksiądz Billaudel mieszka tu z drugim księdzem i ośmioma młodymi ludźmi. Młodzież po przejściach pod okiem księży wraca do życia: pracują, uczą się. - Mój kolega jest wózkarzem, przewozi towar z ciężarówek do magazynu. Poprzedni ksiądz był kucharzem w stołówce dla bezdomnych. Ja pracuję w domu pomocy społecznej dla samotnych matek. Część z nich to analfabetki, uchodźczynie, bezdomne, które uciekły od mężów katów. Mógłbym powiedzieć: jaki ze mnie wspaniały ksiądz, jestem z najbardziej potrzebującymi. Mój znajomy ksiądz pracuje w fabryce śrubek. Codziennie stoi przy taśmie. Wydawałoby się, że to bez sensu. Ale on tam jest dla swoich kolegów z pracy. Praca to 50 procent życia każdego człowieka. Jak sprawić, by Kościół stał się w nim bardziej obecny, choć niekoniecznie widoczny?

Połowa do dwóch trzecich Francuzów określa się jako katolicy. Rozmowa z prof. Claudem Dargentem, religioznawcą i politologiem

 

W latach 40. kardynałowie francuscy spostrzegli, że robotnicy - ważna dla Kościoła grupa społeczna - przestali przychodzić na msze. W 1942 roku kardynał Emmanuel-Célestin Suhard założył seminarium duchowne w Lisieux, które przygotowywało do pracy przyszłych "księży robotników". Mieli ewangelizować w miejscach pracy, wtedy głównie w fabrykach. Powstała prałatura terytorialna Mission de France, podporządkowana arcybiskupowi w Sens. W 1959 papież Pius XII, ze względu na zaangażowanie księży w związki zawodowe i manifestacje, zabronił im pracować. Ale Paweł VI sześć lat później uchylił ten zakaz. Obecnie Mission de France liczy 150 księży.

- W DPS-ie pomagam młodym mamom wypełniać dokumenty. Jestem dla nich serdeczny, ale wymagający. Moi koledzy zbyt często mówią: "Znajdziemy dla pani rozwiązanie, proszę się nie martwić". Nie "znajdziemy", ale "sama znajdziesz, a ja ci pomogę". Wstydzą się, że słabo mówią po francusku, często proszą: "Zadzwoń zamiast mnie do urzędu". Mówię: "Nie, sama to zrobisz najlepiej". "Ale ja nie wiem jak". "Włączymy na głośnomówiący. Jak nie będziesz rozumieć, to powiesz, że oddajesz słuchawkę swojemu doradcy". Niestety nasz szef wymaga od nas "wyników". Czyli pani X. ma z naszą pomocą dostać pracę na zmywaku i obskurne mieszkanie w bloku, w getcie. Nie rozwiązujemy problemów, tylko przenosimy je gdzie indziej.

Mieszkańcy DPS-u nie wiedzą, że jestem księdzem. Gdyby wiedzieli, szukaliby pomocy duchowej. A ja jestem ich asystentem socjalnym. Współpracownicy też nie wiedzą. Choć może się domyślają, bo wystarczy w Google wpisać imię i nazwisko, są zdjęcia, jak odprawiam mszę. Ale przez dwa lata jeszcze żaden nie zapytał. We Francji religia to sfera prywatna. Nic nie ukrywam, ale też nie zdradzam.

Ksiądz Billaudel przez 20 lat był misjonarzem w Afryce. Najpierw w Nigrze, gdzie 99 proc. populacji to muzułmanie. Potem w Kenii, Demokratycznej Republice Konga, Beninie i w Afryce Centralnej. Mówi w lingala, suahili, zarma, bariba i sango. W ciągu pięciu lat w Nigrze ochrzcił trzy osoby: dwie kobiety, których rodzice byli chrześcijanami, i jednego młodego muzułmanina.

- Moim celem nie jest to, by na świecie było coraz więcej chrześcijan. Wystarczy, by kilkoro dzieci w nigerskiej wiosce dowiedziało się, że są ludzie na świecie, którzy do swojego Boga mówią "tato". Moja praca we Francji polega z grubsza na tym samym.

Gdy wróciłem z Afryki, od razu chcieli dać mi parafię. Wszystko, tylko nie to! Gdybym przejął parafię, znałbym samych katolików. Nie to, że ich nie lubię. Ale moje miejsce jest wśród niechrześcijan i niewierzących. To moje powołanie.

Chrześcijan jest tu coraz mniej. Według tradycjonalistów to katastrofa. Winą obciążają muzułmanów. A ja uważam, że to dla nas wielka szansa. Doświadczymy, jak to jest być mniejszością. Może staniemy się bardziej pokorni. We Francji jest coraz mniej księży. Ale nikt nie mówi, że trzeba zmienić model funkcjonowania Kościoła. A nam potrzeba biskupów, którzy wywrócą system do góry nogami. Powiedzą: "Drodzy parafianie, będziecie dalej spotykać się w kościele w niedziele, ale bez księdza. Ceremonię poprowadzi osoba świecka. Nie będzie eucharystii". Znam setki wiosek w Afryce, w których wierni uczestniczą w eucharystii na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Nie znaczy to, że są mniej katoliccy od nas. Mają katechezę, wspólne modlitwy. Zrzesza ich Słowo Boże. Jak pierwszych chrześcijan.

Brzydkie słowo "chrześcijanin" zakazane na plakatach

Lepiej być wiernym dwu żonom

- Wyobraź sobie, że masz zaparcie. Boli cię brzuch. Nie możesz nic jeść, ale też nie jesteś w stanie się wypróżnić - głos księdza Gomy odbija się echem od gołych ścian ogromnej świątyni Saint-Denys de la Chapelle w imigranckiej dzielnicy Paryża - La Chapelle. - Jesteś zablokowany. Powiedz sobie: stop! Otwórz się na innych. Na obcych, na uchodźców, naszych braci, którzy przebywają długą drogę do wolności.

Na niedzielnej mszy o dwunastej jest ponad 400 osób. Trzy czwarte to czarnoskórzy. W pierwszych ławkach siedzą białe kobiety po siedemdziesiątce. W połowie mszy ksiądz Goma woła do siebie dzieci, które do tej pory biegały po kościele. Chwytają się za ręce. "Ojcze nasz" - recytują. Dwóch ministrantów przygrywa na bębnach. Ksiądz Goma zwraca się do osób po lewej stronie sali: - Zawsze tu siedzicie! Przemieszajcie się!

Wierni zamieniają się miejscami, spacerują po całym kościele, przekazując sobie znak pokoju. Potem ksiądz zaprasza do komunii, opłatek rozdaje on i dwie starsze kobiety. Po zakończeniu mszy trzech duchownych staje w drzwiach kościoła i żegna każdego z parafian osobno. Proboszcz Goma jest Kongijczykiem. Brat Matondo przyjechał z Rwandy studiować w tutejszym seminarium. Ksiądz Charles, najstarszy, też jest z Konga, przyjechał do Paryża na wakacje.

- Jak się masz? - pyta mnie po polsku ksiądz Arnaud Goma. Tłumaczy, że bywa w Polsce bardzo często na pielgrzymkach, przy okazji podłapał trochę języka. - Chodź do mojego biura. Tam spokojnie porozmawiamy. Możesz też się wyspowiadać. Tylko nie tak jak w Polsce, bo ja nie uznaję konfesjonałów. Ta kratka przypomina mi burkę. Jak miałbym odpuścić ci grzechy, skoro nawet nie mógłbym spojrzeć ci w oczy?

Ksiądz Goma rozsiada się swobodnie na krześle, nogi wyciąga do przodu. Na piersi nosi duży drewniany krzyż. - Kościół we Francji to skomplikowana sprawa, bo prawie każdy jest inny. Straszny tu bałagan! - śmieje się. - Pierwsza grupa to wierni w duchu charyzmatycznym, bardzo zaangażowani. Dużo się modlą, przede wszystkim w grupach modlitewnych. W samym Paryżu jest ich sto. Druga grupa to tzw. conciliaires, czyli "soborowcy", którzy zaakceptowali reformy Soboru Watykańskiego II. Chcą Kościoła postępowego. Bardzo nie lubią się z trzecią grupą, czyli "przedsoborowcami", czyli tradycjonalistami (tzw. tradi). Praktycznie rzecz biorąc, soborowcy w swojej parafii częstują biednych zupą, stosują politykę "otwartych drzwi", a "tradi" dbają o eucharystię. Soborowcy manifestują za przyjęciem uchodźców, "tradi" - przeciw obcym.

Francuski Kościół katolicki chce pokazać, że idzie z duchem czasów: święci smartfony, tablety i komputery, wykupuje kampanie reklamowe w mediach

 

- Każda msza w Paryżu jest inna. Jedne trwają dwie godziny, inne 20 minut. Są msze po łacinie, po polsku, kreolsku. Są księża w sutannach i bez. Ja nawet nie wiem, jak się ją nosi! Muszę poprosić kiedyś jakiegoś tradi, żeby mi pożyczył! - ksiądz zanosi się śmiechem. - Do Francji przyjechałem do seminarium 20 lat temu. Mój tata był poligamistą. W Afryce można mieć wiele żon i być katolikiem - co jedno drugiemu przeszkadza? Miałem w Kongu polskiego proboszcza, mówił, że woli poligamistę wiernego swym dwóm żonom niż białego oszukującego jedną.

Ksiądz Goma mieszka na plebanii z pastorką anglikańską ze Szwajcarii i trzema braćmi ze wspólnoty ekumenicznej Chemin Neuf, do której sam należy. Chemin Neuf wywodzi się z ruchu charyzmatycznego, powstała w 1973 r. We Francji liczy 2 tysiące członków świeckich (przede wszystkim małżeństw) i około 150 księży. Mogą do niej należeć prawosławni, protestanci i katolicy. W 1995 roku kardynał Lustiger przekazał wspólnocie kościół Saint Denys de La Chapelle. W każdą środę spotyka się tam grupa modlitwy charyzmatycznej.

- Będąc w Polsce, opowiedziałem o naszej wspólnocie zakonnikowi, u którego spałem. Złapał się za głowę: "Nie może być! Jak możecie wspólnie się modlić? Macie chyba jakieś konszachty z diabłem". Zrozumiałem, że ekumenizm to nie jest do końca chleb powszedni polskich duchownych. Więcej się nie odzywałem.

Jak się czuję we Francji? Gdy objąłem parafię w Paryżu, kilku parafian przestało przychodzić do kościoła. Staram się nie faworyzować Afrykanów. Mówić zarówno do białych, jak i czarnych. Śpiewać francuskie piosenki o Jezusie i grać na bębnach. Miksuję ludzi. Gdy dwoje czarnych sprząta kościół, każę znaleźć do pomocy dwoje białych. Ale księża afrykańscy czują się we Francji samotni. Często umieszcza się ich w małych parafiach. Są zaskoczeni, że nikt tam nie zagląda. Ich życie toczy się wokół modlitewnika i w samochodzie, bo muszą dojeżdżać do kilkunastu kościołów na msze. Dla wielu Francuzów są za mało liberalni. Polakom zarzuca się to samo: że chcą uwstecznić Kościół, nie rozgrzeszają z tego, co dla francuskich księży normalne, denerwują się na rozwody, nie pozwalają na konkubinat. Mówią, że aborcja to wielki grzech.

Niektórzy afrykańscy księża liczą na dobry zarobek we Francji. Są bardzo rozczarowani, gdy na miejscu okazuje się, że tu parafianki nie przynoszą koszy jedzenia, nikt nie daje grubych kopert z datkami. Skarżą się, że nie starcza im nawet na jedzenie, na okrągło jedzą makaron z masłem. Ale niektórzy nie chcą wracać do Afryki po trzech latach kontraktu. Znam takich, którzy stracili wizę i stali się po prostu nielegalnymi imigrantami.

Według księdza Gomy Kościół we Francji jest pogrążony w śpiączce. - Gdyby zaangażował się w socjal, odbiłby się od dna. Zajmijmy się uchodźcami, bezdomnymi. Zmieńmy nasz wizerunek. Ale we Francji to niemożliwe. Wszystko bierze na siebie państwo. A Kościołom to pasuje: rząd się zajmuje działalnością charytatywną, a my odpoczniemy. Zresztą w systemie parafialnym nie ma czasu na pomoc. Trzeba odprawiać msze, rozgrzeszać, wypełniać dokumenty. Jeślibym pozwolił bezdomnym spać w kościele, musiałbym zrezygnować z katechezy dla dzieci, bo byłoby to niehigieniczne. Udało mi się przemycić dwóch bezdomnych, którzy śpią w korytarzu. Ale parafianie skarżą się, że śmierdzą.

Chciałem wprowadzić wiele zmian: zamiast homilii wolałbym oddać głos parafianom. To okazało się zbyt kontrowersyjne. Chciałem założyć żłobek dla dzieci. Ale kościół należy do merostwa. Biurokracja jest bezlitosna.

U mnie spowiedź to rozmowa. Modlimy się o pracę, w naszej dzielnicy jest dużo bezrobotnych. W wielu domach jest grzyb, wszystko gnije, bo to stare mury. Przychodzą do spowiedzi ci, co utknęli w machinie biurokracji francuskiej. Błogosławię ich wnioski o narodowość. Gdy mają takie problemy, kto by ich pytał o grzechy?

Arabski spisek

XVII-wieczny kościół Saint-Nicolas-du-Chardonnet, kilkaset metrów od katedry Notre Dame w V Dzielnicy Paryża, jest okupowany od 30 lat. Mówi się o nim kościół "sans-papier", bez dokumentów, jak o nielegalnych imigrantach. "To jest Dom Boga. Należy unikać: odkrytych ramion, minispódniczek, szortów. Panie obowiązuje nakrycie głowy" - czytam na drzwiach. Trzy kobiety zamiatają posadzkę. Noszą chusty zakrywające włosy i ramiona.

Z ogłoszeń parafialnych: "Za kilka dni rozpocznie się synod dotyczący rodziny. Deklaracje niektórych jego uczestników pozwalają nam podejrzewać wielkie niebezpieczeństwo dla Kościoła. Módlmy się, by tradycyjna rodzina przetrwała". Obok ulotka: "We Francji zabijamy sześćset dzieci dziennie. Koniec rzezi niewiniątek. Pomódlmy się wspólnie przed centrum aborcji Szpitala Port-Royal".

Podchodzę do niewielkiej księgarni obok zakrystii. Przeglądam książkę "Nawróciłem się w kościele Saint-Nicolas-du-Chardonnet".

- Może i pani się nawróci? - z lektury wyrywa mnie szept księgarki. Starsza pani ma siwe, krótkie włosy z równą grzywką jak średniowieczny mnich. Ciągnie mnie za rękaw i sadza za ladą. Konspiracyjnym szeptem tłumaczy: - Jesteśmy tradycjonalistami. Lefebrystami. Nie zaakceptowaliśmy postanowień Watykanu II. Msza jest u nas taka jak kiedyś, po łacinie. Trwa dwie godziny. Ksiądz stoi tyłem do parafian, nigdy na nich nie patrzy. I co tam jeszcze... - księgarka bierze łyk kawy. - Tylko w tym kościele księża dają opłatek do ust. Gdzie indziej - do ręki i nie trzeba nawet klękać! U nas kobiety muszą być w długich spódnicach, ostatni biskup wyrzucał z mszy za spodnie - patrzy krytycznie na moje dżinsy. - Niech pani chociaż szalik na głowę założy, na miłość boską. W innych kościołach głównie na gitarach grają. Zapomnieli o duchowości, tylko im w głowie rozrywki dla parafian - księgarka rozgląda się i każe mi się nachylić nad stolikiem. - To spisek. Chcą na miejsce białych dać Arabów. Specjalnie ich tu sprowadzają. Nie powinnam mówić o białych i czarnych - we Francji to wbrew prawu. Dlatego czuję się dyskryminowana. Nie ma tu wolności słowa. Lewica mydli wszystkim oczy. Żydzi tyranizują rząd. Ale cicho, sza. Tak nie wolno mówić. Nawet myśleć - strach!

Kościół wypełniają pierwsze dźwięki chorału gregoriańskiego. - A zdradzić pani, kto za tym spiskiem stoi? Papież Franciszek. To uzurpator. Niektórzy mówią nawet, że antychryst - księgarka szybko się żegna. - W rządzie już też są. Ta minister edukacji, nie pamiętam, jak się nazywa, Arabka. Chce usunąć z programu łacinę i grekę! Ale niech pani idzie do ojca Pugi, on 30 lat temu zajął nielegalnie ten kościół.

Młodzi, dumni katolicy. Nowe francuskie pokolenie Pukam w stare drewniane drzwi. Za stołem, przy słabym świetle lampy siedzi 60-letni ksiądz w sutannie i koloratce. Ojciec Puga jest starszym bratem Benoit, generała odpowiadającego za kontakty prezydenta Francji z siłami zbrojnymi. - Było nas dziewięciu. Dwóch księży i my, młodzi tradycjonaliści. O 11.30 w niedzielę 27 lutego 1977 roku skończyła się msza. Gdy wierni wstawali z krzeseł, weszliśmy do kościoła. Wygoniliśmy księży. Byliśmy młodzi, zbuntowani, nie podobało nam się, że ktoś, nawet Episkopat, nam cokolwiek narzuca. Nasz opat rozpoczął mszę po łacinie. Padliśmy na kolana. Planowaliśmy, że nie potrwa to dłużej jak kilka dni, ale już we wtorek na mszy zebrała się ponad setka wiernych. Paryżanie chcieli liturgii takiej jak zawsze. Od tamtej pory okupujemy - czy squatujemy - kościół, który jest własnością merostwa Paryża. Ale mer przymyka oko. Wie, że na cztery niedzielne msze przychodzi ponad 6 tysięcy osób. Czasem nie mieszczą się w kościele - ojciec Puga strzepuje drobinki kurzu z czarnego polaru. Zza drzwi dochodzi do nas głos księdza odprawiającego mszę z silnym francuskim akcentem: suscippiat Dominus sacrificium de manibus tuis...

Opat opowiada mi o Marcelu Lefebvrze, francuskim biskupie, założycielu Bractwa Kapłańskiego Świętego Piusa X i międzynarodowego seminarium w Écone w Szwajcarii. Nie zaakceptował większości zmian Soboru Watykańskiego II, głównie dotyczących ekumenizmu i kolegialności Kościoła. Nie zgodził się też na reformę mszału dokonanego przez Pawła VI. Został ekskomunikowany w 1988 roku, gdy bez zgody Rzymu wyświęcił czterech biskupów.

- Kościół we Francji idzie w niedobrą stronę. Odpuszczają liberałom wszystkie grzechy. Ludzie przychodzą do nas, bo brak im wartości. Kręgosłupa moralnego. Nie chcą małżeństw homoseksualistów, antykoncepcji i aborcji. Nie możemy jednak mówić głośno, co myślimy naprawdę. W Polsce jest lepiej. Jak księżom się coś nie podoba, to trąbią o tym wszystkie telewizje. Wierni czują się wtedy bezpiecznie, nic nie zagraża ich przekonaniom.

Pytam opata o związek Bractwa ze skrajną prawicą. Marine Le Pen ochrzciła w kościele Saint-Nicolas trójkę swoich dzieci. Puga przeprasza mnie, nie ma więcej czasu. Wierni czekają.

Siadam w ostatnim rzędzie. Nagle ktoś chwyta mnie za ramię. Czuję zapach słodkiej kawy pitej przez księgarkę. - Ja tylko chciałam przeprosić, że się nie przedstawiłam. Normalnie bym to zrobiła, ale nie mam odwagi. Wie pani, z naszymi poglądami musimy działać w ukryciu.

Miotły Pana Boga. Lefebryści w Polsce [tekst archiwalny]

Wierna córa Kościoła

Dzwonię do kościoła Polskiej Misji Katolickiej w Paryżu. - Przez panią mam gęsią skórkę, komuna mi się przypomina - ksiądz po drugiej stronie słuchawki jest wzburzony. Zwróciłam się do niego per "pan". - Musi być pani bardzo daleko od Kościoła, skoro wykazuje się takim brakiem szacunku. Nie będziemy rozmawiać - odkłada słuchawkę. Dzwonię jeszcze raz, przepraszam. Nie daje się przekonać.

Ale udaje mi się umówić z sekretarzem Misji księdzem Robertem Czarnowskim. Spotykamy się w biurze polskiego kościoła przy placu Concorde, na jednej z najbardziej luksusowych ulic Paryża, rue Saint Honoré. Dwieście metrów dalej, przy placu Vendome, stoi hotel Ritz. - Kiedyś mówiło się, że Francja jest najwierniejszą córą Kościoła. Po rewolucji francuskiej wszystko się zmieniło - ksiądz Czarnowski przyjechał do Francji dwa lata temu, wcześniej osiem lat był we Włoszech. - Ale teraz ten Kościół się odradza. Chrzci się bardzo dużo osób dorosłych. To świadomi świadkowie Jezusa Chrystusa. Francja to kraj, który ceni wolność. Każdy ma prawo do swobodnego wyznawania swojej religii, ale ważne, żeby się z tym nie obnosić. Katolicy nie są narażeni tu na ostracyzm.

Ksiądz Czarnowski często jeździ metrem. Nosi koloratkę, bo taki ma obowiązek. Często ludzie pytają, co to jest. Nie tylko Arabowie, także Francuzi. Ale spotyka się z serdecznością, dużo Francuzów mówi "Bonjour, Mon Pere", uśmiechają się. Według księdza gorzej z tym jest w Warszawie, w Polsce w porównaniu z Francją panuje straszny antyklerykalizm. - Francja ma swą specyfikę. Żeby kogoś przyciągnąć, trzeba być świadkiem, pokazać, że realizuje się ideał chrześcijański w życiu, na przykład ubóstwo. Tu nie ludzie mają się dopasować, ale ksiądz musi zaakceptować zwyczaje i tradycje lokalne. Inaczej nie da się skutecznie duszpasterzować. Pozyskanie nowego wiernego nieraz graniczy z cudem. Trzeba wziąć pod uwagę fakt, że ci ludzie się nawracają. Trzeba postępować delikatnie.

- Może we Francji potrzeba więcej księży robotników, tak jak w latach 50.? - pytam.

Ksiądz Czarnowski odpowiada, że jak się jest duchownym, to powinno się spowiadać, odprawiać mszę świętą, udzielać namaszczenia. Jak ksiądz idzie do kopalni, to nie ma czasu na brewiarz. Ale mówi, że jest jeden polski ksiądz, który 20 lat jeździł autobusem. Podaje mi numer.

Sam na sam z pająkami

- Gdy przejąłem kościół w 1977 roku, zdecydowałem, że nie będę żądać pieniędzy na mszy. Umówiłem się z parafianami, że oni utrzymają kościół, a ja znajdę pracę. Nie mogłem być ciężarem dla tych kilkudziesięciu rodzin - opowiada 72-letni ksiądz Edouard Kawalec, proboszcz kościoła Notre-Dame-de-Miséricorde w Bretanii.

Dwieście metrów od kościoła jest zajezdnia autobusowa, potrzebowali kierowcy. Wyjeżdżałem z zajezdni o piątej, o ósmej msza i z powrotem do autobusu. W sprawach chrztów i ślubów spotykałem się z ludźmi po ostatnim kursie.

Pasażerowie w autobusie kłócili się ze mną o to, że Kościół nie zgadza się na rozwody, małżeństwa gejów, aborcję. Musiałem im spokojnie odpowiadać. Zapraszałem na lampkę wina w parafii. W autobusie przekonałem do małżeństw kościelnych z 15 par nienależących do parafii. Niektórych nakłoniłem, by ochrzcili dzieci. Jeździłem 20 lat. Jak dziś idę na zakupy, wiele osób rozpoznaje we mnie kierowcę, który woził ich do pracy. Gdy mówię, że jestem księdzem, ludzie innej religii pytają, co to znaczy.

Z Kościoła francuskiego odeszła masa ludzi, bo im zabierał wolność. Ale teraz przychodzą z pytaniami. Niczego mi nie brakuje, tylko radości życia, mówią.

Ksiądz Edouard urodził się w 1943 roku w Chyżnem. Chodzi jak księża francuscy: w krawacie i z krzyżykiem. Gdyby we Francji chodził w sutannie, wzięliby go za integrystę. Jego parafianie to pół na pół Polacy i Francuzi.

- W Couëron jestem już 38 lat. Tylko ja i ocean, bo w odległości stu kilometrów nie ma drugiej parafii. Udało mi się zdążyć na czas, by Polaków przytrzymać w Kościele. To już było trzecie pokolenie, ich dziadkowie przyjechali tu w latach 20. do pracy w fabryce metalu. Religijność moich parafian jest inna od polskiej. Spowiedź rozumieją jako bezpośredni kontakt z Bogiem. Jeśli ktoś idzie do księdza, to szuka oparcia, niekoniecznie rozgrzeszenia. Ksiądz nie ma być sędzią. Jakbym tutaj tak mówił o grzechu jak księża w Polsce, toby się ze mnie śmiali. Polak gdziekolwiek się ruszy, widzi grzech. To nie do życia. Zresztą jakbym komuś nie dał rozgrzeszenia, bo się rozwiódł, toby powiedział, że trudno, on i tak do komunii pójdzie. Gdybym próbował narzucić polski styl, tobym został w kościele sam na sam z pająkami. Polski Kościół jest jak pies na łańcuchu: msze są zaprogramowane, spowiedzi też, a ludzie się do tego dostosowują. Ale z czasem będzie jak we Francji, kościół zostanie zmuszony do zmiany metod, bo wierni staną się bardziej wymagający.

Msza? Najlepiej we wtorek

Na ołtarzu paryskiego kościoła Saint Merri stoi roztrzaskana stara błękitna łódź. Obok krząta się czarnoskóra kobieta w kolorowym bubu i z dzieckiem na plecach: wyrzuca wypalone świeczki, przykrywa obrusem niewielki stół. Wokół stołu siedzi dziesięć osób. Czekają na mszę. Ksiądz wybiega z zakrystii, zarzuca na pomarańczową koszulę biały ornat na zamek błyskawiczny. Prosi panią po lewej, by przeszła do pierwszego rzędu. - Będzie nam cieplej - zachęca. Parafianie modlą się w skupieniu, ksiądz czyta fragment Ewangelii św. Mateusza. Potem przekazują sobie znak pokoju, przy okazji dopytując szeptem ("Idziecie na koncert jazzowy? Tylko gdzie postawią scenę, jak ta łódź stoi na ołtarzu?"). Ksiądz wychodzi zza stołu i ściska ręce wszystkim zgromadzonym. Dopytuje o zdrowie. Opłatek daje wiernym do ręki starsza pani w adidasach.

Msza trwała 25 minut. Pytam panią obok, po co ta łódź. Mówi, że to chyba na znak solidarności z uchodźcami, ale żebym dopytała ojca. - Jutro o 16 pod kościołem. Wcześniej nie mogę, bo jestem w cyrku - ksiądz wręcza mi wizytówkę. "Gérard Wybo. Duszpasterz cyrkowców i pracowników wesołych miasteczek". W rogu symbol krzyża, po jego lewej stronie żonglujący klaun, po prawej karuzela.

Po mszy zagaduje mnie starsza parafianka: - St Merri to kościół bardzo liberalny. Przychodzi tu dużo homoseksualistów, w końcu jesteśmy w Marais - dzielnicy gejów i lesbijek. Spotykają się nawet na specjalnej mszy raz w miesiącu. Lubię na nią chodzić, jak oni dużo śpiewają! Za rogiem jest inny tolerancyjny kościół, St-Leu-St-Gilles, który od lat przygarnia prostytutki. Ale kilka ulic dalej kościół St Paul jest bardziej retro. Moja córka do nich poszła, ale jak się dowiedziała, że komunii nie może dawać kobieta, to się wypisała. Retro są wszystkie polskie kościoły. Kiedyś do St Merri przyjechała polska siostra. Chciała z dziećmi na katechezie robić inscenizację drogi krzyżowej! Długo jej tłumaczyliśmy, że tego nie robimy, to zbyt poważne dla dzieci.

Nazajutrz ksiądz Wybo czeka na mnie przed kościołem. Ma koło sześćdziesiątki i filuterny uśmiech. Idziemy na piwo. Pytam o cyrk. - Co ja tam robię? Ano nic. Trzeba w życiu umieć nic nie robić. Za dużo jest ludzi, którzy chcą nauczać. Czasem siedzę po barach z klaunami. Gramy w karty. Gadamy o życiu. Pytają mnie ciągle o Pana Boga, choć z reguły nie umiem im odpowiedzieć. Na razie to ja nauczyłem się więcej od nich.

Ksiądz Wybo od 14 lat jest duszpasterzem artisans des fetes - "rzemieślników zabawy", czyli cyrkowców i właścicieli atrakcji w lunaparkach paryskich. W całej Francji 30 tysięcy rodzin pracuje w wesołych miasteczkach, a kilkunastu księży czuwa nad ich życiem duchowym.

Ksiądz dziewięć tygodni w roku spędza w bungalowie największego lunaparku w Paryżu, Foire du Trone. - Tam odprawiam msze dwa razy w tygodniu, czasem trzy. Nigdy w niedziele, bo wtedy w lunaparku zarabia się pieniądze. W poniedziałek się odsypia, więc najlepiej zrobić mszę we wtorek lub czwartek. Oni rzadko przychodzą, ale potrzebują, żebym był. Daję im widocznie poczucie bezpieczeństwa. Msza nie może być za długa, bo się nudzą. Ja im się nie dziwię. Jak chcę pospać, idę na mszę do zakonników, świetnie usypiają. Do cyrkowców trzeba mówić bez owijania w bawełnę. O ważnych rzeczach. Żadnych metafor czy trudnych słów. Część z nich przecież nie umie czytać i pisać. Zaraz po znaku pokoju zaczynają zabawę. Wyjmują whisky i cygara. To cyrkowcy mi uświadomili, że w Kościele katolickim wszystko jest postawione na głowie. Na mszy nie można mówić głupot. Dlatego zawsze przygotowuję liturgię z osobami świeckimi. Ostatnio w Saint Merri, gdzie mam msze dla zwykłych parafian, sprowadziliśmy prawdziwą łajbę, żeby sobie parafianie wyobrazili, jak to jest taką dziurawą łódką płynąć.

Cyrkowcy się nie spowiadają. A po co? Jak bym mógł nie odpuścić grzechu sypiania z narzeczonym? Co to za grzech? Trzeba każdego człowieka zrozumieć. Jak ja mogę ich oceniać? Jestem im potrzebny do czego innego. Chcą ze mną gadać o życiu, o strachu przed śmiercią. Mają niebezpieczny zawód. Kąsają ich węże, spadają, naprawiając karuzele i kolejki górskie. Nie chce im się załatwiać papierów w urzędzie, chcą tylko powiedzieć "tak" przed Bogiem, więc zawierają fałszywe małżeństwa. Ja im tych ślubów udzielam. A czemu nie?

Sześć lat temu biliśmy się z policją. Bo Francja nie chce już wesołych miasteczek. Kiedyś zawsze było dla nich miejsce między merostwem a kościołem. Teraz tam jest prywatny, drogi jak cholera parking. By zaprotestować, 3 tysiące cyrkowców zebrało się w Paryżu. Szliśmy pod Senat. Przy Bastylii trzeba było przesunąć policyjny samochód, bo zawadzał. Nie wahałem się ani sekundę. Oni są dla mnie jak rodzina.

Przez to, że jestem księdzem lunaparków, Episkopat mnie szanuje. Kościół potrzebuje cyrkowców, bo to dobra reklama (na pasterce w paryskim cyrku Grus zebrało się w tamtym roku 3 tysiące osób, aż biskup Notre-Dame był zazdrosny!). A cyrkowcy potrzebują nas, bo poprawiamy im reputację. Poza tym oni są wszyscy wierzący. Może nie zawsze po katolicku, ale wiedzą, co to duchowość. Reszta jest nieważna.

16 EURO ZA DUSZĘ

 

W 66-milionowej Francji katolicyzm deklaruje 60 proc. mieszkańców, z czego 4,5 proc. chodzi regularnie na niedzielną mszę.

 

W całej Francji jest około 6 tysięcy księży. Połowa ma ponad 75 lat. Na jednego nowego umiera ośmiu. W tym roku wyświęcono 68 nowych księży. 50 lat temu - 600. Francuscy księża, szczególnie na prowincji, skarżą się na zbyt intensywną pracę i izolację. Wielu mieszka samotnie w parafii, obsługując 20 kościołów w tygodniu. Do pomocy wzywa się księży z Afryki. Jest ich we Francji 900. Przyjeżdżają również Europejczycy, głównie Polacy, których jest 300.

 

Kościół francuski jest od 1905 r. niezależny od państwa. Głównym źródłem utrzymania parafii jest wynajem sal i taca (niektórzy księża cieszą się, gdy zbiorą w niedzielę 150 euro. Ale parafia w Wersalu zbiera po 1500). Wszyscy księża i biskupi we Francji zarabiają mniej więcej tyle samo. 630 euro płaci diecezja. Dla księży zostają też opłaty za msze w intencji zmarłych (16 euro za duszę). Miesięcznie to średnio 360 euro.

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji , Grecji i Argentyny. W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.

Od połowy marca biografia Tony'ego Halika będzie dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.