Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu

JACEK SZCZERBA: Nagrodę Goncourtów, bilet do sławy, dostał pan w roku 2013 za powieść "Do zobaczenia w zaświatach". Pomówmy jednak o początkach pana kariery. Przecież miał pan być psychologiem...

PIERRE LEMAITRE: Ale przypadkowo dostałem propozycję współprowadzenia tygodniowego seminarium o literaturze francuskiej. Dla bibliotekarzy, raz do roku odświeżali na nim swoją wiedzę. Poprowadziłem pierwsze, drugie, dziesiąte. Zadziałało. Już od 20 lat to jedna z moich aktywności zawodowych. Szybko odkryłem, że czytanie dla siebie to co innego niż czytanie przed seminarium, to drugie jest głębsze, bardziej konceptualne.

Gdy zacząłem pisać, byłem dobrze przygotowany.

Kiedy to było?

- W młodości. Mamy takie przysłowie, które powiada, że "jeden Francuz na dwóch pisze, a ten drugi maluje". Ja jestem ten, który pisze, a komisarz Camille Verhoeven, którego wymyśliłem, to ten, który maluje.

Miłość do literatury wpojono panu w domu?

- Pierre Bourdieu sformułował kiedyś teorię o tym, że wprawdzie przynależymy do jakiejś klasy społecznej, ale naszym punktem odniesienia jest inna klasa, do której pretendujemy. U naszych sąsiadów symbolem tej lepszej klasy było pianino. A w mojej proletariackiej rodzinie były nim książki.

W 1953 r. powstała we Francji seria książek kieszonkowych - "Le Livre de poche". To była rewolucja, bo były niedrogie. Moja matka kupiła tomy od 1 do 400. Ustawiała je na półkach zgodnie z numeracją. Nowy tytuł ukazywał się co 15 dni, brakowało czasu, żeby nadążyć z czytaniem. Matka miała neurotyczne upodobanie do kolekcjonowania - miała kolekcję różnych kolekcji...

Próbowałem pisać jako 17-latek, ale nie miałem nic do powiedzenia. Zacząłem powieść przygodową w stylu Verne'a i Dumasa, jednak dałem spokój. Zainteresowałem się za to teatrem. Chciałem zostać aktorem.

Co panu w tym przeszkodziło?

- Ja sam. Gdy miałem 19 lat, poszedłem na kurs sztuki dramatycznej w paryskiej szkole René Simona, bardzo wtedy sławnej. Chciałem się przygotować do egzaminów do konserwatorium dramatycznego. Ale wśród rówieśników pochodzących z burżuazji czułem się niczym zabłąkany proletariusz. Ogarnął mnie strach i kilka tygodni przed egzaminami do konserwatorium zgłosiłem się do wojska. Służba wojskowa i tak była wtedy obowiązkowa.

Pierwszą powieść napisałem, mając lat 25. Odrzucili ją wszyscy wydawcy, do których się zwróciłem.

Odrzucili, nie podając powodów odmowy?

- We Francji wysyła się druk z formułą: "Pana książka jest bardzo dobra, ale nie koresponduje z profilem naszego wydawnictwa".

Moja powieść była bardzo, bardzo zła. Stanowiła połączenie twórczości Edgara Allana Poe z "Czarodziejską górą" Manna. Działa się w sanatorium. Jestem szczęśliwy, że jej nie wydano.

Mimo to zawsze czułem, że jestem pisarzem. Choć co to za pisarz bez opublikowanych książek. Ale ja ciągle wymyślałem jakieś historie, notowałem pomysły. Komisarz Verhoeven szkicuje twarze napotkanych osób. Ja starałem się zatrzymać różne chwile za pomocą słów. Pierwszy kryminał - "Koronkową robotę" - napisałem, mając 45 lat. Przez moją żonę - w 2004 r. poprosiła mnie o coś do czytania. Dałem jej "Koronkową robotę", a ona po lekturze powiedziała: - Ten cały komisarz Verhoeven jest w porządku, roześlij to. Dla niej to było takie proste...

Najpierw 22 wydawców odrzuciło tę książkę, ale po ośmiu dniach jeden z nich zadzwonił, że zmienił zdanie.

Dlaczego zadebiutował pan kryminałem?

- Sądziłem idiotycznie, że tak będzie najłatwiej. To pokazuje, jaki byłem niedoświadczony. Wziąłem się przecież za gatunek wyjątkowo trudny, tyle że on dał mi narzędzia, którymi posłużyłem się przy dalszym pisaniu. To była zła kalkulacja, z której wynikło cenne doświadczenie.

"Koronkowa robota" i inne książki Lemaitre'a w formie e-booków są dostępne na Publio.pl >>

Dlaczego stworzył pan policjanta, który mierzy ledwie 145 cm wzrostu? W razie ekranizacji trudno będzie znaleźć aktora mogącego go zagrać.

- Myślałem o Peterze Dinklage'u, karle z "Gry o tron".

Gdy czytam książki o Verhoevenie, nie widzę karła, tylko bardzo niskiego mężczyznę.

- Ale nie ma wielu aktorów o wzroście 150 cm. Mój producent roześmiał się, gdy odpowiedziałem mu na pytanie, kto mógłby zagrać Verhoevena: Dinklage albo Forest Whitaker. Ja wiem, że Whitaker ma prawie dwa metry, ale o to chodzi - to też jest wzrost nietypowy. Nietypowy znaczy niepokojący, a taki musi być Verhoeven.

"Nie mogę napisać sceny, jeśli nie wyświetla mi się ona na powierzchni mojego wewnętrznego ekranu" - tak pan napisał.

- Wielu rozmówców mówi mi: rozumiemy, że pisze pan powieści w tak filmowy sposób, ponieważ jest pan także scenarzystą. Ale jest akurat odwrotnie. Jestem scenarzystą, ponieważ piszę książki w tak filmowy sposób.

Musi pan sobie najpierw wszystko wyobrazić?

- Nie, muszę zobaczyć każdą scenę. Nie mam wyobraźni.

Gdy piszę scenę, muszę wiedzieć - posługując się terminologią filmową - gdzie jest ustawiona kamera. Z powodu wzrostu Verhoevena znajduje się ona nisko, oddaje jego punkt widzenia.

W "Do zobaczenia w zaświatach" jest scena, w której Joseph Merlin, urzędnik ministerstwa wojny, wizytuje cmentarz, na którym chowani są żołnierze z frontu I wojny. Cmentarz tonie w błocie, Merlin idzie po desce rozłożonej na ziemi. Dociera do psa, którego kopie, żeby ten mu nie uciekł. Otwiera pysk psa i wyciąga z niego ludzką kość.

Pisząc tę scenę, widziałem cmentarz w planie ogólnym, widziałem deskę. Spotkanie z psem zobaczyłem jakby z dwóch kamer, od jednej Merlin się oddala, do drugiej się zbliża. Ta scena robi wrażenie, bo została najpierw dobrze "nakręcona" w mojej głowie.

Paryżanie widują pana ponoć piszącego w Café Livres, w pobliżu ratusza.

- To tylko miejsce spotkań. Puszczają tam muzykę, a muzyka rozprasza mnie przy pisaniu. Pracuję w domu. Metoda jest prosta. Mam pięcioletnią córkę - zawożę ją do przedszkola, na 8.30, wracam do domu, kawa i do roboty. Pracuję, dopóki w przedszkolu nie rozlegnie się dzwonek.

Czytelnicy wyobrażają sobie zwykle pisarza jako kogoś natchnionego, jakiegoś Chateaubrianda. A ja jestem raczej rzemieślnikiem, kimś jak szewc.

Przed napisaniem "Do zobaczenia w zaświatach" sporządził pan rozbudowaną dokumentację na temat I wojny światowej. W przypadku kryminałów odwiedzał pan komisariaty, rozmawiał z policjantami?

- Nigdy, tego bym nie zniósł. Jestem, jak to się mówi we Francji, pisarzem w stanie czystym. Ja tworzę iluzję, w "Do zobaczenia w zaświatach" macie mi uwierzyć, że razem z Albertem Maillardem i Edouardem Péricourtem przenosimy się do Paryża w roku 1920. Nie dbam o detaliczne odtworzenie tamtej epoki. Ale grubych błędów rzeczowych w książce nie ma - to znaczy bohaterowie nie używają iphone'ów.

Węgierski tłumacz, będący lekarzem, znalazł u pana medyczny błąd związany z raną Edouarda.

- Słusznie, i ja go w wydaniu kieszonkowym poprawiłem. Ale zbytnia dokładność w rekonstrukcji jest nieproduktywna, przestajemy wtedy uprawiać literaturę. Z drugiej strony, zbytnia dowolność też stwarza problemy - w moim kryminale ktoś, strzelając z pistoletu smith & wesson, robi dziurę o średnicy 80 cm. A przecież smith & wesson nie robi takiej dziury. Co ja na to? Mam to gdzieś.

W powieści "Zakładnik" napisałem scenę procesu. Bohatera broni jego córka adwokat. Ojcu grozi 30 lat więzienia, a ma już lat 60. Córka przemawia jako ostatnia, nim sąd uda się na naradę. Jest tak wzruszona, że traci głos. Znajomy prawnik zwrócił mi uwagę: Pierre, w takim procesie obrona nie zabiera głosu ostatnia. No i co z tego? Bez takiej konstrukcji scena nie miałaby napięcia, nie wzbudzałaby emocji.

Mówi pan, że "książka idealna to historia z Dumasa napisana przez Tołstoja". Czy taka książka istnieje?

- Nie istnieje, proszę mnie nie prowokować do stwierdzenia, że jest nią "Do zobaczenia w zaświatach". Nawet nie ma potrzeby, żeby ona istniała. Dziś byłaby za mało nowoczesna. Doszedłem do wniosku, że jestem we Francji ostatnim pisarzem XIX-wiecznym. "Do zobaczenia w zaświatach" ma rytmikę XIX-wiecznej powieści i jej celowo kontrastowe postaci. Nikt jednak nie zauważył, że jest napisana także jako parodia XIX-wiecznej powieści. Z trochę postmodernistyczną ironią.

Dlaczego sam nagrał pan tę książkę na audiobooku?

- Zapytał mnie o to mój kumpel, znakomity aktor Phillippe Torreton. Wydawca mi to odradzał. Że to ponad 20 godzin nagrań, sesje po cztery godziny. A ja chciałem przeżyć przyjemność bycia aktorem. Czytając dialogi, musiałem interpretować różne postaci. Lubię to robić. Poza tym zależało mi, żeby słuchający poczuł, że to ja opowiadam tę historię. Zresztą prywatnie sporo czytam na głos żonie i córce.

Czytając na głos, słyszy się ewentualne słabości tekstu.

- Otóż to. W studiu przeżywałem katusze. Dlaczego ten fragment jest taki długi? Dlaczego zdanie takie pokręcone? Może coś przestawić, skrócić?

I skracał pan?

- Nie, skoro książka jest już napisana, to trzeba zachować jej wady.

Dwa razy startował pan w Maratonie Paryskim - ze słuchawkami w uszach, bo biegając słucha pan książek.

- Przeważnie Prousta. We Francji mamy świetne nagranie "W poszukiwaniu straconego czasu", czyta to sześciu aktorów. Moi studenci nie garną się do Prousta. Więc mówię im: Nie czytajcie Prousta, słuchajcie go.

Kto jest najlepszy z tej szóstki?

- André Dussollier.

Uwielbiam tego aktora, zwłaszcza w filmach Claude'a Sauteta.

- On zaczyna całość, czyta "W stronę Swanna". Jest taki, jak trzeba przy Prouście - stonowany.

W przygotowaniu są dwie ekranizacje pana książek. Francuz Albert Dupontel szykuje "Do zobaczenia w zaświatach", zaś Amerykanin James Harris, dawny producent Kubricka - "Alex". Co się dzieje z tymi projektami?

- Albert gromadzi budżet, brakuje jeszcze trzech milionów euro. Dwie wersje scenariusza napisaliśmy razem. Teraz on pracuje nad piątą.

Z Amerykanami chyba nic nie wyjdzie. Gdy podpisałem kontrakt, powiedzieli po jakimś czasie: - Chcemy prawa do sfilmowania wszystkich czterech książek o Verhoevenie. Za chwilę odezwali się znowu: - Chcemy prawa do postaci Camille'a Verhoevena, ma pan 48 godzin do namysłu.

I wszystko po to, żeby ewentualnie zrobić jeden film. Albo przez 50 lat trzymać Verhoevena w szafie. Amerykanie zachowują się tak, jakby świat do nich należał. Powiedziałem mojemu agentowi: - Game is over. Umowa z nimi wygasa za rok. Wtedy znajdę odpowiedniego reżysera we Francji.

Jako miłośnik kryminałów trochę żałuję, że po "Do zobaczenia w zaświatach" wziął się pan za dalszy ciąg fresku o dziejach Francji, z lat 1915-2005. Będzie pan nowym Balzakiem?

- Nie napiszę 50 powieści, które stworzyłyby panoramę społeczną. Nie popełnię też sagi w stylu Emila Zoli. Jestem skromny, napiszę góra pięć powieści. Będzie w nich o roku 1940, masowej uciecze przed Niemcami na południe Francji, będzie o tzw. chwalebnej trzydziestce, czyli latach 1946-75, kiedy cieszyliśmy się pełnym zatrudnieniem, telefonami, lodówkami i nowymi brykami.

A komiks według nagrodzonego Goncourtami "Do zobaczenia w zaświatach"?

- Jestem z niego zadowolony. Sam napisałem do niego scenariusz, sam znalazłem rysownika Christiana de Metter. On zaproponował, jak mają wyglądać bohaterowie.

W komiksie ważne jest to, co nazwałem ustawieniem kamery. W filmie w opisie rzeczywistości pomaga ruch. Tu kadr jest statyczny. W finale komiksu Edouard nie spada z chodnika pod samochód ojca, jak w powieści, tylko rzuca się tam z czwartego piętra. A gdzie została postawiona kamera, żeby dobrze było widać i spadanie, i zderzenie? Otóż, kamera jest na helikopterze.

W kolejne weekendy marca "Wyborcza" zaprasza do podróżowania do czterech krajów Tony'ego Halika: Meksyku, Francji , Grecji i Argentyny. W czwartek 30 marca, w "Centrum Premier - Czerska 8/10" w siedzibie Agory spotkają się miłośnicy wolności, poznawania świata, wyzwań i podróży. Gośćmi Ewy Wieczorek i Michała Nogasia będą: Elżbieta Dzikowska, Martyna Wojciechowska, Marek Kamiński, Aleksander Doba i Mirosław Wlekły - autor książki "Tu byłem. Tony Halik". Na spotkanie można zgłaszać się pod adresem tonyhalik.evenea.pl lub telefonicznie (22) 555 54 55.

Od połowy marca biografia Tony'ego Halika będzie dostępna w księgarniach oraz na kulturalnysklep.pl

Czytaj ten tekst i setki innych dzięki prenumeracie

Wybierz prenumeratę, by czytać to, co Cię ciekawi

Wyborcza.pl to zawsze sprawdzone informacje, szczere wywiady, zaskakujące reportaże i porady ekspertów w sprawach, którymi żyjemy na co dzień. Do tego magazyny o książkach, historii i teksty z mediów europejskich. Zrezygnować możesz w każdej chwili.