W ciągu całej swojej edukacji spotkałam wielu różnych nauczycieli: dobrych i złych, wymagających i luzaków, poważnych i zbzikowanych, zrezygnowanych oraz z misją. Jednak najważniejsza lekcja w moim życiu była zasługą wychowawczyni z gimnazjum. Byliśmy jednym z pierwszych roczników reformy. Uczyliśmy się w zespole szkół, więc zmiana podstawówki na gimnazjum była dla nas tylko zmianą nazwy i wychowawcy. Budynek i koledzy byli ci sami, a nowi nauczyciele wynikali raczej ze zmian kadrowych w szkole. Byliśmy jednak klasą problematyczną i spolaryzowaną, podzieloną wewnętrznie na: dojeżdżających i miejscowych, lepiej i gorzej ubranych, kujonów i powtarzających klasę. Sytuacji nie poprawiali rodzice i niektórzy nauczyciele, każąc nam widzieć w innych uczniach konkurencję w naborze do szkoły średniej. Byliśmy sfrustrowani, jednak przyszła ona i to zmieniła. Tak zapamiętałam tamte chwile.

Pierwszy września jak zwykle był hałaśliwy. Tym bardziej że nasza klasa nigdy nie należała do spokojnych. Na dwadzieścia pięć osób czterech chłopców było od nas starszych, w tym jeden aż o cztery lata, a kilku miało kuratora. Miałam nadzieję, że nowy wychowawca szybko się zjawi. Który to już raz zmieniali nam nauczyciela? Kiedyś w jednym roku wykończyliśmy nawet trzech. Ciekawe, kogo tym razem nam dadzą, skoro połowa nauczycieli uciekła do nowo otwartej szkoły bliżej miasta. Do sali wszedł nowy dyrektor. W przeciwieństwie do poprzedniego nie budził respektu. Połowa uczniów go zignorowała. W końcu kto by szanował wuefistę.

– Cisza! Proszę wstać! – zagrzmiał w drzwiach.

– W dwuszeregu zbiórka? – zaśmiał się półgłosem ktoś z tyłu. Dyrektor zignorował to, choć na pewno usłyszał.

– Przedstawiam wam nową wychowawczynię. Przywitajcie ją – powiedział, po czym szybko wycofał się z sali.

– Dzień-do-bry – wysylabizowaliśmy niemrawo, zanim jeszcze ukazała się w drzwiach. Do klasy weszła szczupła kobieta, bardzo młoda i w bardzo obcisłej, krótkiej sukience. Chciało mi się płakać. Trzeba było przenieść się do tej nowej szkoły, bo ona na pewno naszej klasy nie ogarnie. Gwizdy i niedwuznaczne krzyki chłopców z tylnych ławek zagłuszyły ją, gdy się przedstawiała. I tak od razu dostała ksywkę – Ruda.

Zbliżał się sylwester, a Ruda nadal nie uciekła. Nawet lekcje odbywały się w miarę normalnie. Gwizdy i komentarze chłopaków jednak nie ucichły. Koleżankom też zaczęli dokuczać. Wuefista na prośbę kilku dziewczyn musiał zasłonić drzwi materacem, żeby ćwiczący obok chłopcy nie podglądali.

– W tym roku nasza szkoła organizuje bal charytatywny. Każda klasa ma przygotować jeden występ. My robimy pokaz mody – ogłosiła Ruda. – Dziewczyny mogą zaprezentować się w swoich albo pożyczonych od mamy sukniach balowych.

– Pani też wystąpi? Jeszcze krótszą sukienkę prosimy – zaśmiali się chłopacy z tyłu.

– Przyniosę najkrótszą, jaką mam – powiedziała z uśmiechem Ruda – pod warunkiem że też weźmiecie udział w pokazie. W tym, co wam przygotuję – dodała, patrząc na chłopców. – Chyba że tchórzycie?

Nie stchórzyli, a Ruda naprawdę przyniosła najkrótszą sukienkę oraz kilka niewiele dłuższych i… ubrała w nie chłopców. Przyjęli to jako niezłą zabawę, dopóki koledzy z innych klas nie spróbowali klepać ich po tyłkach, gdy schodzili ze sceny. Od czasu pokazu dziewczyny mogły odetchnąć. Nie słychać już było gwizdów i głupich tekstów w ich stronę. Chłopcy zaczęli ich wręcz bronić. Nawet na nauczyciela lubiącego przysiadywać na skraju ławki i zaglądać dziewczynom w zeszyt, a przy okazji i w dekolt, zastawili pułapkę – poluzowali śruby w nogach stołu. Po jednym twardym lądowaniu nie próbował więcej.

Początek drugiego półrocza. Lekcja wychowawcza po wystawieniu ocen zawsze wyglądała tak samo. Już dawno przywykliśmy do krytyki i wyzwisk od najgorszej klasy w historii szkoły. W końcu niemal połowa z nas miała niedostateczny przynajmniej z jednego przedmiotu. Ruda pewnie nieźle nasłuchała się w pokoju nauczycielskim, to teraz wyładuje się na nas.

– Ta klasa ma poważne problemy w nauce – zaczęła ostro Ruda – jednak nie każdy może być dobry we wszystkim – zakończyła już łagodnie.

Po klasie rozległ się szmer. Nie zamierzała nas wyzywać? Może już też odpuściła sobie, jak wszyscy. Chodziły plotki, że dyrektor i tak kazał nas przepuścić i wypchnąć ze szkoły jak najszybciej.

– Każdy ma inne mocne strony. Należy skupić się na nich, a słabe powoli poprawiać – kontynuowała wychowawczyni. – Waszą mocną stroną jest solidarność. Nadal nie udało się ustalić winnych dowcipu z ławką. Nie będę już tego drążyć – dodała szybko – cieszę się, że potraficie postawić się w obronie waszych kolegów i koleżanek z klasy, ale wolałabym uniknąć kolejnych niebezpiecznych żartów. Chcę wykorzystać tę solidarność w lepszy sposób. Jak wiecie, trudno tutaj na wsi o korepetycje. Nie wszystkich też na nie stać. Jest za to w klasie kilka osób z bardzo dobrymi ocenami. Chciałabym, żeby ci uczniowie pomogli słabszym w nauce po lekcjach w zamian za lepszą ocenę z zachowania. Taka samopomoc uczniowska. Możecie się umawiać w domach albo w świetlicy, jak chcecie…

Ruda nie skończyła jeszcze mówić, bo w słuchaniu przeszkodziło mi kopnięcie w krzesło i szturchnięcie linijką w plecy. Tak zaczepiali mnie koledzy z ławki za mną.

– Ej, pomożesz mi z anglika?

– Mnie też, i z matmy – przekrzykiwali się wzajemnie.

– Spoko – zgodziłam się. I tak pomagałam w nauce młodszemu rodzeństwu, więc nie widziałam problemu w tłumaczeniu kilku osobom więcej. Zwłaszcza że byli na tyle mili, by tym razem do zaczepki użyć linijki, a nie cyrkla.

Wychowawczyni pytała nas o nasze hobby i zainteresowania. Szukała w nas silnych stron i zachęcała do ich rozwijania. Nie krytykowała za słabe oceny, ale chwaliła za te trochę lepsze niż zwykle. Nagradzała wszystko, co robiliśmy dodatkowo. Dzięki niej dowiedzieliśmy się, że kolega, który miał pałę z każdej kartkówki z lektury, bardzo lubi czytać książki. Tylko woli detektywistyczne i przygodowe, lektury są akurat nudne. To był ten kolega od linijki i cyrkla. Chętnie wymieniałam się z nim tytułami wartymi przeczytania. Natomiast chłopak od kopniaka w krzesło pomógł mi nieść plecak, gdy zostałam w tyle na wycieczce w górach. W ogóle nie był zmęczony, bo lubił się ruszać. Ja akurat z WF-u miałam zawsze gorsze oceny.

Najstarszy z naszej klasy ładnie malował, chociaż na plastyce miał kiepskie oceny. Po prostu kiedyś naraził się nauczycielce. Pewnego razu na lekcji kolega poprosił go, żeby nie podpisywał pracy i zaniósł ją do oceny za niego. Dostał piątkę. Całą klasą powiedzieliśmy nauczycielce, czyja to praca, i poprosiliśmy, żeby przestała oceniać „po nazwisku”. Była zła, ale wychowawczyni chyba wstawiła się za nami, bo coś się zmieniło. Na wszelki wypadek po sprawdzianach z wiedzy o sztuce porównywaliśmy między sobą oceny i odpowiedzi.

Bardzo szybko wychowawczyni zyskała nasz szacunek i przestaliśmy używać między sobą nadanej jej ksywki. Nasza średnia trochę się poprawiła. Nie wiem, czy przez samopomoc, czy to, że czuliśmy się docenieni i bardziej pewni siebie. Nauczyliśmy się nie oceniać pochopnie i szukać dobrych stron w innych, ale też i w sobie. Byliśmy bardziej zżyci i nauczyliśmy się pomagać innym. Z rywalizowaniem do szkół średnich też nie było problemu, bo większość z nas wybrała inne. A pomysł samopomocy uczniowskiej przekazałam dalej w liceum. Pani Justyno, dziękuję.