W tym roku mija piętnaście lat od śmierci mojego polonisty i ponad dwadzieścia lat od dnia, kiedy ujrzałem go po raz pierwszy. Była końcówka lat dziewięćdziesiątych. Rozpoczynałem naukę w II Liceum Ogólnokształcącym im. Marii Konopnickiej w Radomiu, w klasie o profilu społeczno-prawnym, ze zwiększoną liczbą godzin historii i WOS-u, łaciną, filozofią i rozszerzonym, autorskim programem języka polskiego. Moim polonistą został prof. Wiesław Cieślik. Zawsze elegancki, uśmiechnięty, kulturalny, perfekcyjnie przygotowany do zajęć. To on wprowadził mnie w świat literatury i nauki o języku.

Zrobił ze mnie poetę

Dzięki niemu ujawniłem swoją pasję, jaką było pisanie wierszy, na forum mojej szkoły średniej. Poezją zajmowałem się bowiem już od szkoły podstawowej, ale to prof. Cieślik zachęcił mnie do przygotowania wiersza na akademię z okazji Dnia Kobiet. I tak zaczęła się moja „kariera literata” w „Konopnickiej”. Odtąd moje wiersze pojawiały się w szkolnych gazetkach, gablotkach, na akademiach. To z jego inicjatywy zabrzmiały na antenie radomskiego radia. Potem wspólnie z nim zacząłem jeździć na konkursy literackie. Moje teksty zdobywały nagrody i wyróżnienia na Ogólnopolskich Przeglądach m.in. w Przedborzu. Największym jednak sukcesem było wyróżnienie w Ogólnopolskim Konkursie Literackim „Rzeźby słów” we Włocławku. Na finał pojechaliśmy z Profesorem. Poznałem tam, dzięki niemu, wspaniałych ludzi m.in.: poetę o. Wacława Oszajcę oraz prawnuka Marii Konopnickiej – Jana Bieleckiego, od którego otrzymałem nagrodę specjalną za cykl wierszy o tematyce pozytywistycznej (na zdjęciu). Gościem konkursu był znany piosenkarz Michał Bajor, który wystąpił ze specjalnym recitalem dla laureatów.

Dzięki niemu zostałem polonistą

Był rok 2002. Stanąłem przed wyborem studiów. I już wtedy wiedziałem, że chciałbym być polonistą. Takim, jakim był prof. Cieślik. Zdawałem więc na filologię polską, na UMCS w Lublinie. Tę uczelnię kończył bowiem mój nauczyciel. Dużo mi o niej opowiadał, a zwłaszcza o jednym ze swoich radomskich przyjaciół, z którym później studiował na lubelskiej polonistyce i który po studiach został na uczelni, uzyskując najpierw tytuł doktora, a następnie profesora. Los pokierował moim życiem tak, że swoją pracę magisterską, a później doktorską pisałem na UMCS-ie w Lublinie, właśnie pod kierunkiem tego profesora.

Polonista odchodzi

Kiedy byłem na drugim roku studiów dowiedziałem się o chorobie mojego ulubionego nauczyciela. Oczywiście utrzymywałem z nim stały kontakt. Odwiedzałem go w szkole, w domu, w szpitalu. Wspierałem w cierpieniu. Byliśmy w kontakcie telefonicznym. Profesor Cieślik żartował w naszych rozmowach, że musi mi jeszcze znaleźć dobrą żonę. Często opowiadał mi o swojej byłej, zdolnej uczennicy. Jego choroba nowotworowa gwałtownie postępowała. Zmarł nagle w 2004 roku, w wieku zaledwie 57 lat. W dniu, w którym odszedł, przyśnił mi się, jak recytuje Norwida. I w tym śnie była odrobina proroctwa. Całą bowiem swoją działalność naukową związałem z aksjolingwistyką, dla której jedną z kluczowych publikacji jest praca „Słowo Norwida”. Przypadek? Również nieprzypadkowo Dyrekcja II LO poprosiła mnie, bym na pogrzebie pożegnał od uczniów i absolwentów znakomitego Profesora. Tak się też stało, choć nie było to dla mnie łatwe zadanie.

Znalazł mi żonę

W kwestii żony prof. Cieślik dotrzymał słowa. W roku 2007 wróciłem po studiach z Lublina do Radomia. Dostałem wówczas pracę w Zespole Szkół Plastycznych im. Józefa Brandta. Poznałem tam wspaniałą, młodą polonistkę Magdalenę, która już po roku została moją żoną. Okazało się później, że to ona jest tą zdolną uczennicą, o której wspominał mi prof. Wiesław Cieślik. Gdyby tego było mało w roku 2010 podjąłem pracę w Liceum im. Jana Kochanowskiego w Radomiu, a w 2013 roku zostałem wychowawcą wnuczka mojego Profesora. Odnowiłem wówczas kontakt z jego rodziną. Życie zatoczyło ogromne koło.

Pan od polskiego

Dziś wspólnie z żoną, jako poloniści, odwiedzamy grób naszego ulubionego nauczyciela. Wspominamy jego lekcje. Charakterystyczne żarty. Opowiadam żonie o spektaklu, który z jego inicjatywy wystawiliśmy. Grałem Michała Wereszczakę – przyjaciela Mickiewicza. Mówię o maturze ustnej, którą zdałem wierszem, przygotowując rymowaną prezentację na temat miłości w literaturze, na ocenę celującą, bo wiedziałem, że zarówno szóstka na koniec czwartej klasy z języka polskiego, jak i ocena celująca z egzaminu ustnego, przydadzą mi się podczas zdawania na wymarzone studia polonistyczne. Do dziś mamy z żoną w naszej domowej i szkolnej biblioteczce mnóstwo książek i materiałów dydaktycznych, które przekazała nam, po śmierci prof. Cieślika, jego rodzina. W jednej z jego książek znalazłem nazwisko i telefon nauczycielki z „Konopnickiej”, do której trafiłem na praktyki, jako student, już po jego śmierci. To był kolejny znak, że mój ulubiony Pan Profesor czuwa nade mną… Wierzę, że tak jest do dzisiaj, że nieustannie pomaga mnie i mojej żonie, w tej niełatwej przecież pracy pedagogicznej.