AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:
 
za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

***

Los podsuwał mi świetnych anglistów. W podstawówce kobieta, która nauczyła mnie dokładności i zdyscyplinowania, bo u niej nie można było robić głupich błędów. Później − kolejna żyleta, Siostra-Tej-Pani-Z-Telewizji (aktorki Marty Ścisłowicz), która dla odmiany nauczyła mnie bez lęku mówić po angielsku (bo pisać już umiałam).

Był również pan Bogdan, lektor z katowickiego Studium Praktycznej Nauki Języków Obcych przy Uniwersytecie Śląskim − prawdopodobnie najbardziej życzliwy i wyrozumiały wykładowca na ziemi. Nauczycieli niezwykłych było więcej. Ot, choćby historyk z gminnego gimnazjum − dla urozmaicenia zajęć organizował różne maskarady. Raz odgrywaliśmy scenki z mitów greckich (27 dzieciaków w prześcieradłach biegających po sali z kartonowymi piorunami w sreberku i wywijających egidą dociętą z arkusza pleksi), a w ostatniej klasie urządziliśmy sąd nad Stanisławem Augustem Poniatowskim. Pisałam mowę oskarżycielską. Dostałam szóstkę.

Była pani Karina z biblioteki, która przejawiała dziwną słabość do mnie i do moich najbliższych koleżanek − tylko nasza czwórka mogła siedzieć w czytelni, podczas gdy reszta uczniów była ustawicznie przepędzana. Była trenerka fitnessu, która specjalizowała się w tańcu i jako jedyny nauczyciel udowodniła mi, że nawet lekcje WF-u, których szczerze nienawidziłam, mogą być fajne.

Ale to wszystko nic w porównaniu z Panią Basią. Uczyłam się w I LO im. Leona Kruczkowskiego w Tychach, zwanym pieszczotliwie “Kruczkiem”. Ponoć jedna z lepszych szkół, do jakich można trafić, mieszkając w Lędzinach. Może warszawski Staszic to to nie jest, ale w kategorii wojewódzkiej zajął wysokie, 10. miejsce w rankingu najlepszych szkół średnich na Śląsku.

Pani Basia kochała uczyć

Uczyła mnie cała masa nauczycieli przeciętnych, kilku dobrych, ale Pani Basia była niepowtarzalna. Zapamiętałam ją, mimo że byłam na profilu dziennikarskim, a ona uczyła matematyki. W chwili gdy ja zaczynałam szkołę w 2009 roku, Pani Basia Bąkowska była legendą. Wśród uczniów krążyło przeświadczenie, że “Kruczek” skończy się tego samego dnia, w którym Pani Basia przejdzie na emeryturę. Na szczęście mnie ta katastrofa nie groziła − matematyczka okazała się wyjątkową weteranką i jeszcze jakiś czas po osiągnięciu wieku emerytalnego pracowała. Z powodów zdrowotnych ograniczała pracę coraz bardziej, aż wreszcie całkiem przeszła w zasłużony stan, jednak uczyła o wiele dłużej niż większość kolegów po fachu.

Nie ma gorszej klątwy niż ta: "abyś cudze dzieci uczył”. A Pani Basia to kochała. Zaś uczniowie kochali ją. Były w niej ciepło i życzliwość zarezerwowane dla babć albo ulubionych cioć. Biły z niej dobroć i zrozumienie dla podopiecznych − i dla tych, co umieli, i dla nieszczęśliwców, którzy się nie nauczyli, bo trzymał ich kac albo spóźnili się na sprawdzian, bo musieli skoczyć za róg na dymka.

I to zresztą nie stanowiło dla niej problemu; mieliśmy kolegę palacza. Nigdy nie przyszedł na klasówkę na czas; raz wparował do sali prawie pół godziny po dzwonku. “Wchodź, wchodź” − powiedziała Pani Basia, machając zachęcająco ręką. − Tego z gwiazdką nie zdążysz, ale inteligentny jesteś, na cztery wyciągniesz! − powiedziała. Matma nigdy nie była moim konikiem. Z ubolewaniem przyznam, że ze wszystkich wzorów udało mi się zapamiętać co najwyżej ten na deltę, z prawdopodobieństwa zapamiętałam tyle, że wygrana w Totka jest kompletnie nieprawdopodobna, a sprawdzian z planimetrii prawie oblałam.

Pani Basia nigdy się nie denerwowała. Tak przyziemne uczucia jej się nie imały; była ponad nie. Nikt nie był tak szczery jak ona. Kiedy się nie uczyliśmy, groziła nam palcem i wypełniała rubryczki w dzienniku pałami, ale zawsze dawała szansę na poprawkę. Komentowała, że nie umiemy rysować porządnych siatek i wychodzą nam jakieś “piździki” − czyli małe, pokraczne karykatury.

Kazała nam posługiwać się przy tablicy okropnymi, nieporęcznymi, ciężkimi przyborami kreślarskimi, które niby miały przyssawki, ale przyssanie się do czegokolwiek było ostatnim, czego należało się po nich spodziewać. W sali matematycznej znajdowała się specjalna zawieszka podarowana przez uczniów: “Tutaj liczy się tylko zdanie Pani Basi”. Uczestniczyła w każdej ważnej szkolnej imprezie, na której była pierwszym fotografem. Na studniówki zabierała małżonka, Pana Stanisława. Jakże cudownie się nim chwaliła! “To mój mąż, to mój mąż!”. Przyjemnie patrzyło się na nie najmłodszą już, ale tak szczęśliwą parę.

Byliśmy młodzi i głupi, ale nawet młodych i głupich wzrusza szczere uczucie do grobowej deski. Fotografia jest wielką pasją Pani Basi; wszędzie, gdzie się zjawi, cyka zdjęcia, którymi obdarowuje potem osoby, które na nich widnieją i bardzo często podpisuje je życzeniami zdrowia i pomyślności “do potęgi n”, gdzie “n → ∞”.

Wzór na szczęście

Raz wzięła nawet udział w jakimś konkursie fotograficznym… Nic nie wygrała, ale kto by się tym przejmował? W ostatniej klasie musieliśmy podjąć decyzję, którym nauczycielom wręczymy personalizowane prezenty na koniec szkoły. Padło nazwisko wychowawczyni, anglistki, polonistki… “A Pani Basia?” − zapytała z niepokojem koleżanka. Odpowiedziało jej niemal trzydzieści wymownych spojrzeń wyrażających największą dezaprobatę. “To nie podlega dyskusji. Nie traćmy czasu na OCZYWISTOŚCI!”. Podczas gdy kontakt z nauczycielami zwykle ginie po opuszczeniu przez ucznia murów szkoły, ja miałam to szczęście, że mój dopiero wówczas rozkwitł. Wszystko dzięki temu, że i mnie Pani Basia pewnego razu wysłała zdjęcie z matury. Odpowiedziałam, dzieląc się tym, co u mnie słychać, doczekałam się zwrotki… Wymiana listów trwa od 2015 roku aż do dzisiaj. Czekam z niecierpliwością na każdą kolejną wiadomość; na przełomie lat ja skończyłam studia i znalazłam pracę, a Pani Basia indywidualnie przygotowała do matury jeszcze mnóstwo uczniów na korepetycjach. Gdy wreszcie uznała, że czas na zasłużony odpoczynek, nie spoczęła na laurach. Wraz z mężem Stanisławem podróżują, odwiedzają przyjaciół rozsianych po całym świecie, jednych żenią, drugich żegnają, trochę narzekają na zdrowie, ale nie bardzo, bo są na to nazbyt pogodnymi ludźmi.

Pani Basia ślub wzięła późno i często pocieszała mnie w listach, że “na dobre rzeczy warto poczekać”. Nie urodziła własnych dzieci, ale dzieci przecież miała − całe setki. Każdy uczeń był dla niej jak syn czy córka i każdy z nas − jej absolwentów − to czuł.

Ludzie wspierają ją tak, jak ona zawsze wspierała ich swoją mądrością i łagodnością. Nie wyniosłam z lekcji matematyki tyle, ile mogłam, i szczerze mówiąc, w tej szlachetnej dziedzinie jestem beznadziejna. Pani Basia byłaby niepocieszona, gdyby dowiedziała się, do jak banalnych obliczeń wykorzystuję kalkulator… Ale jej praca nie poszła na marne, bo jako jedna z nielicznych profesorek nauczyła mnie, co to znaczy być dobrym, godnym, wrażliwym człowiekiem. Zwykłym, ale w żadnej mierze nie przeciętnym.

Chciałabym podziękować Pani Basi za te wszystkie podnoszące na duchu słowa, które od niej otrzymałam przez lata. Za liczone w dziesiątkach listy i zdjęcia. Jestem poruszona jej osobowością. Gdyby istniał wzór na szczęście, dla Pani Basi powinno się wynik spotęgować do n, gdzie n → ∞.