Wojciech Żaliński*: Dariusz Żoliński, nauczyciel, który został moim kibicem

Od wielu lat gram w klubach PlusLigi. Spełniłem nawet jedno z największych marzeń każdego sportowca, jakim jest występ w reprezentacji swojego kraju. Mimo że na początku swojej kariery sportowej byłem za słaby, aby grać w szkolnej drużynie w rodzinnym Skarżysku-Kamiennej. Taka była decyzja trenera. Pan Dariusz Żoliński uznał wówczas, że zawodnik Wojciech Żaliński był za słaby.

Już sam fakt, że mamy bardzo podobne nazwiska, zwrócił moją uwagę na pana Darka i sprawił, że na zawsze pozostanie w mojej pamięci. Nazywam się Żaliński, to rzadkie nazwisko i przez całe swoje życie nie spotkałem nikogo spoza mojej rodziny o tym nazwisku. Tym większe było moje zdziwienie, gdy okazało się, że mój pierwszy nauczyciel wychowania fizycznego ma na nazwisko Żoliński.

Przede wszystkim zapamiętam go jednak z metod nauczania. To pan Darek w dużej mierze sprawił, że zostałem sportowcem. Jako małe dziecko zakochałem się w aktywności fizycznej. Dziś praktycznie nie ma już takich nauczycieli jak on. Dzieci są pozostawione same sobie, nie zgłębiają podstaw poszczególnych dyscyplin. Młodzież skupiona jest na jednej dyscyplinie, głównie piłce nożnej. Nikt nie próbuje zarazić ich miłością do innych sportów. Ja wybrałem siatkówkę, ale też startowałem w szkolnych zawodach lekkoatletycznych, biegach przełajowych, pływaniu i koszykówce. To wszystko jego zasługa.

Pan Darek mnie inspirował. Moje zdanie nie jest odosobnione. Cieszył się przy tym dużym szacunkiem rodziców oraz innych dzieci. Nic w tym dziwnego, bo w końcu nauczyciel WF-u w szkole to też trener szkolnych drużyn. Dzieci muszą być mu oddane, żeby na zawodach przełamywać własne słabości i starać się grać jak najlepiej. W zawodowym sporcie jest dokładnie tak samo.

Nasz WF był bardzo urozmaicony, nie można było się na nim nudzić. Wszyscy garnęli się do ćwiczeń, co w dzisiejszej szkole jest rzadkością. Mało było na naszych lekcjach piłki nożnej, za to bardzo dużo innych dyscyplin. Miałem dzięki niemu większą świadomość tego, jaka jest specyfika danego sportu i mój wybór kariery siatkarza był dużo bardziej świadomy. A przy okazji mam co wspominać i czym się pochwalić, mówiąc o szkolnych latach. Trochę medali dla swojej szkoły zdobyłem, podobnie jak pan Darek, który był trenerem wszystkich drużyn, jakie reprezentowały moją podstawówkę.

Był przy tym bardzo cierpliwym nauczycielem. Dzieci w wieku 7-10 lat potrafią wyprowadzić człowieka z równowagi. Trochę przekonałem się o tym na własnej skórze, będąc ojcem. A cierpliwość to według mnie najważniejsza cecha u nauczyciela. Kiedy zaczynaliśmy szkołę, ja i moi koledzy nie mieliśmy żadnych umiejętności sportowych. Pan Darek kształtował nas jako młodych sportowców. Nie był tyranem, na co często decydują się współcześni nauczyciele. Chcą mieć posłuch u uczniów poprzez krzyk. Pan Darek zdobywał szacunek w inny sposób: wiedział, jak i czego chce nauczyć. Swoją pracę traktował jako pasję, a nie przykry obowiązek.

Kiedy skończyłem szkołę podstawową, a pan Darek zmienił pracę i przeniósł się ze Skarżyska-Kamiennej do Lublina, straciliśmy kontakt na kilkanaście lat. Odnowiliśmy go niespodziewanie kilka lat temu na jednym z meczów Czarnych Radom. Po spotkaniu ktoś zaczął krzyczeć do mnie z trybun. Okazało się, że to pan Darek. Przyjechał na mecz, a potem na kolejne. Kiedyś był moim nauczycielem, teraz został moim kibicem. Wymieniliśmy się telefonami i regularnie kontaktujemy się do dziś. W miarę możliwości spotykamy się ze sobą. Już nie mogę się doczekać, kiedy zobaczy mnie teraz w barwach Indykpolu AZS Olsztyn. Jesteśmy już umówieniu w Radomiu, kiedy AZS przyjedzie tam na swój mecz.

Z perspektywy czasu z uśmiechem wspominam fakt, że dziś, będąc siatkarzem grającym w PlusLidze, u pana Darka nie miałem miejsca w szkolnej drużynie siatkarskiej. Wtedy mnie to denerwowało i motywowało do jeszcze cięższej i bardziej intensywnej pracy. Teraz to już tylko zabawna ciekawostka.

* Siatkarz, od tego sezonu w Indykpolu AZS Olsztyn, dwukrotny reprezentant Polski, w zeszłym sezonie najlepiej serwujący zawodnik PlusLigi

Marek Książek*: Janusz Siecian, wrażliwy na słowo

Na całe życie zapamiętałem jego językowe przykazanie: Od „więc” nie zaczynaj zdania. I kiedykolwiek słyszałem lub czytałem, jak ktoś nie stosował się do tej formuły, od razu stawał mi przed oczami On: Profesor Janusz Siecian, polonista z I Liceum Ogólnokształcącego im. Adama Mickiewicza w Olsztynie. Nie był wychowawcą naszej klasy, bo to trudne zadanie w latach 1965-1969 przypadło Hannie Dobrzańskiej, ale całe cztery lata wpajał nam zasady ortografii, gramatyki, pisowni i ogólnie – miłości do ojczystego języka. Chyba skutecznie, co potwierdzają koleżanki i koledzy nie tylko z naszej klasy.

Jedną z form nauki języka polskiego było prowadzenie zeszytu z recenzjami, jakie chyba co tydzień musieliśmy w nim zamieszczać, a prof. Siecian skrupulatnie je sprawdzał. Trzeba było więc chodzić do teatru, na wystawy, do kina (najchętniej), czytać książki spoza listy lektur szkolnych, sporządzać z tego recenzje, ewentualnie – co też było dopuszczalne – zapisywać własne próby literackie. Pamiętam, że kilka razy próbowałem przemycić w ten sposób swoje wiersze, oczywiście białe i mocno napuszone, ale szybko mi przeszło, kiedy ujrzałem skrzywioną minę naszego polonisty, gdy tylko zerknął na zapisane w zeszycie strofy. Ale przynajmniej raz udało mi się wprowadzić pana Janusza w dobry nastrój. Nałożył wtedy na klasę dosyć trudne zadanie, które polegało na stworzeniu jakiegoś utworu „językiem Reja”. Wymyśliłem, że napiszę humoreskę o złodziejaszku, który zakradł się do szkolnej szatni (istotnie takie kradzieże miały wówczas miejsce). Profesor zatrzymał się przy mojej ławce, co już oznaczało jakieś zainteresowanie, poświęcił memu utworowi więcej czasu niż zwykle, a po skończonej „inspekcji” zaprosił mnie do nauczycielskiego stolika, żebym odczytał opowiadanko przed całą klasą. To było pięć minut mego triumfu i wielka piątka w zeszycie z recenzjami!

Potem napisałem kilka utworów satyryczno-humorystycznych dla kolegów z sąsiedniej klasy, z których dwa przedstawili na Dzień Kobiet. I to w głównej auli, tej samej, w której w I LO wisi słynny obraz „Ifigenia w Taurydzie”. Siedziałem dumny, licząc na gratulacje prof. Sieciana, ale okazało się, że akurat w tym czasie… wyszedł. Dowiedział się jednak, że jestem autorem wierszyka i humoreski pt. „Gdybym był kobietą...” (zaprezentowanej przez blond licealistę), wpadł uśmiechnięty podczas najbliższej przerwy do klasy i poprosił o te utwory. Niestety, z braku ksero lub drukarki (ha, ha!) teksty zapisałem tylko w jednym egzemplarzu, których nie mogłem wydostać od kolegów aktorów, więc mój polonista nigdy ich nie przeczytał.

Potem nie miałem już okazji z prof. Januszem Siecianem porozmawiać... Właściwie miałem, bo raz spotkałem Go w księgarni naprzeciw olsztyńskiego ratusza. Byłem już wtedy etatowym dziennikarzem „Gazety Olsztyńskiej” i był to dobry moment, aby się przypomnieć i powiedzieć, jaki wpływ wywarły na mnie Jego nauki (na pewno w większym stopniu niż Jego żony – Teresy, nauczycielki angielskiego w tym samym I LO). Nie pamiętam, czego mi zabrakło: czasu czy tylko odwagi, aby przywołać wspomnienia. Byłem na tyle stremowany tym niespodziewanym spotkaniem, że zostawiłem na ladzie zakup, aż prof. Siecian krzyknął za mną: „Halo, proszę zabrać książkę”. Podziękowałem cicho i wyszedłem. Bez słowa wyjaśnienia, choć to była dobra okazja.

Na pogrzebie Profesora w 2012 roku było już za późno, żeby podziękować za uwrażliwienie na język, na słowo pisane i mówione, za te wszystkie pozytywne i krytyczne uwagi, za wytykanie błędów. Wszystko to w dużym stopniu wytyczyło moją drogę zawodową, do dziś ma wpływ na to, w jaki sposób piszę artykuł albo jakąś większą publikację. Wtedy, na pogrzebie Janusza Sieciana powiedziałem Jego córce, że „robię w słowie” i to jest duża zasługa jej Ojca. Chyba się ucieszyła.

* Dziennikarz z Olsztyna

Akademia Opowieści. „Nauczyciel na całe życie”

W wielu momentach naszego życia zaczynamy tęsknić za Mistrzem, który niegdyś w nas uwierzył. Pomógł nazwać słabości, ale przede wszystkim wydobyć to, co w nas najlepsze. Jeśli opowiemy dziś o najważniejszych z nich, może odkryjemy, że między siłaczką, panem od przyrody a walczącym dziś o godziwą płacę nauczycielem ukryta jest nieprzemijająca wartość relacji uczeń–mistrz. Relacji, która uczy szacunku i zrozumienia – towarów tak dziś deficytowych.

Akademia Opowieści

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

 ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto