Mateusz Majnusz: Do szkoły poszedł pan na prowincji. Kto był wtedy pana inspiracją?

Jarosław Wasik: Urodziłem się w Prudniku, w którym ukończyłem szkołę podstawową i liceum. W tamtym czasie było to jedyne liceum w mieście, dlatego je wybrałem, nie miałem innego wyjścia. Na początku swojej edukacji miałem bardzo różnych nauczycieli – niektórych fantastycznych, innych natomiast wymagających, którzy nie zapewniali relacji uczeń-mistrz. Jednego mistrza udało mi się jednak spotkać, choć nie uczył mnie żadnego przedmiotu. Był nauczycielem w tej samej szkole średniej, do której chodziłem. Poznaliśmy się na szkolnym kółku recytatorskim. Nazywał się Andrzej Pajor, był polonistą.

Jakim był nauczycielem?

– Większość moich starszych kolegów, która miała z nim regularne lekcje języka polskiego, często wspominała, że zaszczepił w nich miłość do literatury. Ja natomiast dzięki profesorowi Pajorowi pokochałem poezję.

ROMAN ROGALSKI

Dlaczego w tak młodym wieku poszedł pan na kółko recytatorskie?

– Nie wiem, jak to było, że się w ogóle znalazłem na tych zajęciach. (śmiech ) Myślę, że w jakimś stopniu było to spowodowane tym, że już jako młody chłopak chciałem związać się z estradą i teatrem. Była to więc najbardziej sensowna możliwość spełniania się w teatralnej dziedzinie, choćby takiej jak praca z tekstem. Imponowało mi też, że moi starsi koledzy chodzili na kółko, więc zaraz na początku liceum sam się na nie zapisałem i uczęszczałem do ostatniej klasy. Gdy wiedziałem już, że będę zdawał egzaminy do szkoły teatralnej, zajęcia zacząłem traktować jak korepetycje i kurs przygotowawczy.

Jakie były początki pana przyjaźni ze sceną, aktorstwem, wystąpieniami?

– Jeden semestr był bardzo specyficzny. Wszyscy narzekali, a było to kilkunastu uczniów z czterech roczników, że nie możemy dograć terminu spotkań, bo każdy z nas miał jakieś zajęcia pozalekcyjne. Popołudniami jedni mieli treningi, inni uczyli się języków obcych. I wtedy nasz nauczyciel zapytał, co robimy we wtorki o 6 rano. Popatrzyliśmy na siebie i przyznaliśmy, że wtedy akurat wszyscy mamy wolne. (śmiech ) I tak przez kolejne pół roku spotykaliśmy się w szkole na kółku recytatorskim o godzinie szóstej. Moja mama nie wierzyła mi, że zajęcia mogą być tak wcześnie. Gdy jednak zobaczyła, że co tydzień wstaję i jadę do szkoły, nabrała przekonania, że zajęcia teatralne są jedynym powodem, dla którego jej syn zmusiłby się do wstawania o tak wczesnej porze. Wiedziała doskonale, jak ciężko jest mnie obudzić, bo od zawsze żyłem w nieco innym trybie, i nie mogła wyjść z podziwu, że z własnej woli raz w tygodniu wstawałem o piątej.

Wykruszył się ktoś z grupy?

– Nie, nikt. Było to zaskakujące, tak samo jak to, że w następnym semestrze udało nam się bez jakichkolwiek problemów czy narzekań znaleźć pasujący dla wszystkich popołudniowy termin. (śmiech )

Zajęcia w szkole zaczynające się o godz. 6 wydają się tajemnicze.

Było to niesamowite uczucie, gdy kwadrans po siódmej zaczynał się rozlegać szum na szkolnych korytarzach, a myśmy już dawno tam byli. Gdy rozmawialiśmy o poezji Wisławy Szymborskiej, Czesława Miłosza czy Ewy Lipskiej, nasi koledzy właśnie wchodzili do szkoły. Kończyliśmy 20 minut przed ósmą, bo za drzwiami było już tak głośno, że nie dało się dłużej pracować.

Na początku omawialiśmy wiersze, które przynieśliśmy, i wybieraliśmy te, które będziemy przygotowywać na konkursy. Nad niektórymi pracowaliśmy długo, bo profesor Pajor ciągle powtarzał, że żeby dobrze mówić wiersz, trzeba go mówić 20 lat. Teraz z perspektywy tych lat wiem, że była to prawda. Wiersz trzeba w sobie ukołysać. Mam taki jeden, który mówię już 30 lat. To „Niepewność” Adama Mickiewicza. Zacząłem nad tym wierszem pracować w trzeciej klasie liceum, a już w czwartej wygrałem Turniej Poezji Miłosnej w Słubicach, co jest jednym z moich największych sukcesów recytatorskich.

Profesor dawał nam do myślenia, pokazywał konteksty, rzucał aluzje, krytykował. Kilkukrotnie usłyszałem od niego, że jestem zerem. Zerem w znaczeniu poziomu recytatora, nie człowieka. I wiem, że miał rację, bo w pierwszej klasie liceum rzeczywiście byłem recytatorskim zerem. Nie podcięło mi to jednak skrzydeł, bo wiedziałem, że Pajor to robił specjalnie. Właśnie by sprawdzić, czy taka opinia na mój temat zniechęci mnie do sztuki. Nie zniechęciła, a dodała motywacji do jeszcze cięższej pracy nad sobą. Gdy spotkałem profesora kilka lat po maturze, powiedział mi, że nie zaskoczył go mój sukces wokalny, bo od początku czuł we mnie potencjał. Podkreślił jednak, że w tym sukcesie widzi przede wszystkim moją pracowitość.

Mówienie do ucznia, że jest zerem, w dzisiejszych czasach trudno sobie wyobrazić.

– Uważam, że gdyby profesor uczył dzisiaj, to mógłby właśnie teraz rozwinąć skrzydła. Trzeba pamiętać, że na kółko recytatorskie chodziłem u schyłku PRL, dlatego profesor ponosił duże ryzyko, rozmawiając z nami o poezji Czesława Miłosza czy Karola Wojtyły. I poniósł tego konsekwencje, bo przez awans podcięto mu skrzydła. Ze szkoły w Prudniku trafił do kuratorium oświaty, co pozbawiło go bezpośredniego kontaktu z uczniami. Był polonistą, więc o literaturze mówił często w kontekście historycznym, niewygodnym dla tamtej władzy.

Na zajęciach towarzyszyło wam poczucie konspiracji?

– Trochę tak, bo nie mogliśmy o pewnych kwestiach mówić wprost. Dlatego np. papież Jan Paweł II nie był papieżem, tylko Karolem Wojtyłą. Profesor był uważany za freaka [z ang. dziwak], którego uczniowie bardzo cenili i lubili. Jeździliśmy z nim także na obozy wędrowne, zwiedzaliśmy mnóstwo miejsc, zabytków, cerkwi, kościółków. Godzinami rozmawialiśmy o sztuce. Pamiętam mój drugi rok szkolny, gdy podczas oficjalnej uroczystości ogłoszono odejście profesora ze szkoły. Nie byłem tym jednak zdruzgotany, bo wiedziałem, że nasze zajęcia nadal będą się odbywać. Ale ku mojemu zaskoczeniu moi starsi koledzy, którzy często byli już pełnoletni i mieli więcej odwagi, weszli na krzesła w auli i zaczęli skandować „Andrzej, Andrzej!”. W tamtym czasie w prowincjonalnym liceum było to zdarzenie niebywałe.

Przypomina mi się scena z filmu „Stowarzyszenie umarłych poetów” i wiersz Walta Whitmana pt. „O Captain! My Captain!”.

Gdy w latach 90. po raz pierwszy oglądałem ten film, przypomniała mi się dokładnie ta sama scena z mojej szkoły. Pikanterii dodaje fakt, że film powstał dużo później. Do dzisiaj pamiętam miny belfrów i dyrekcji, która kompletnie nie wiedziała, jak ma się w tej sytuacji zachować. Bo co mieli zrobić? Dla przykładu wylać kogoś ze szkoły? Ale za co? Za to, że skandowaliśmy imię profesora? To było fantastyczne poczucie jedności.

W tych specyficznych czasach, które przypadły na moją młodość „durną i chmurną”, już samo spotkanie kogoś takiego jak profesor otwierało umysł. W myślach dziękuję mu za to do dziś.

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.