AKADEMIA OPOWIEŚCI

Do 15 września czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca. Ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Opowieści pod hasłem: „Nauczyciel na całe życie” o objętości nie większej niż 8 tys. znaków można przysyłać za pośrednictwem FORMATKI.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCOM PRZYZNANE ZOSTANĄ NAGRODY:

* za pierwsze miejsce w wysokości – 5556 zł brutto
* za drugie miejsce w wysokości – 3333 zł brutto
* za trzecie miejsce w wysokości – 2000 zł brutto

Szkoła Podstawowa nr 13 w Ostrowcu Świętokrzyskim. Pierwsza w mieście szkoła – pomnik Tysiąclecia Państwa Polskiego. Wybudowano ją ze środków utworzonego w 1959 Społecznego Funduszu Budowy Szkół Tysiąclecia (SFBST), którego budżet w latach 1959-1965 wyniósł 8,6 mld zł. Takich szkół jak „trzynastka” powstało w Polsce 1423.

Tysiąclatki jak na ówczesne czasy były nowoczesnymi budynkami. Oprócz modernistycznej bryły łączyło je także i to, że obok szkoły był także teren rekreacji. Gdy goniliśmy po długich, szerokich korytarzach, nie wiedzieliśmy, że nasza szkoła w razie wojny mogłaby stać się szpitalem, a drzwi są takie szerokie, żeby można było wjechać noszami. Szkoła to przede wszystkim nauczyciele

„Trzynastka” była szkołą, w której było wielu wybitnych pedagogów. Takich, którzy zapisali się w pamięci wielu pokoleń uczniów. Dyrektorem szkoły przez wiele lat był Józef Pazderski. Spokojny, wyważony, klasa sama w sobie. Polonistka – pani Zofia Kidzińska – przez wiele lat dla nastolatek wzór elegancji i szyku. Wspaniała nauczycielka, która zaszczepiła w bardzo wielu uczniach zamiłowanie do książek, do literatury.

Kolejna wybitna nauczycielka – pani Helena Mitura – harcmistrz RP. Pokazała nam, co znaczą słowa „Na słowie harcerza polegaj jak na Zawiszy”.

Jeśli karciła, to po cichu

I wreszcie – pani Krystyna Wójcicka. Czy można uwielbiać nauczyciela matematyki, nie uwielbiając samej matematyki? Można! Taką uwielbianą, kochaną i niezapomnianą nauczycielką matematyki była Krystyna Wójcicka. Zaczęła pracę jako nauczycielka zaraz po liceum pedagogicznym w 1953 r. W 1961 r. przeszła do „trzynastki” i na pełnym etacie pracowała tam do 1985 r. Później pracowała jeszcze przez kilka kolejnych lat na połowie etatu.

Krucha, drobna, niewysoka. Gdy stawała obok wyrośniętych ósmoklasistów, wyglądała jak mała dziewczynka. Ona musiała zadzierać wysoko głowę, a oni musieli się trochę pochylić. Nie krzyczała. Nie musiała. Gdy kogoś musiała upomnieć, mówiła cicho, a i tak jej słowa docierały do delikwenta.

Jej pracownia matematyczna mieściła się na pierwszym piętrze w prawym skrzydle szkoły. Przez cztery lata to była „nasza” klasa. Mam w oczach taki obrazek: stoimy, siedzimy pod klasą. Z dołu po schodach idzie pani Krystyna Wójcicka z dziennikiem pod pachą, zagaduje do mijanych uczniów. Budzi szacunek, respekt, ale nie jest to paniczny strach. Rozpoczyna się lekcja. I zaczyna się pierwszy z wprowadzonych przez nią rytuałów. – Dyżurni! Proszę sprawdzić pracę domową! – pada polecenie. W tej pracowni były trzy rzędy ławek. W każdym podnosi się dwoje uczniów i przechodzi od pierwszej do ostatniej ławki w swoim rzędzie, sprawdzając, czy koledzy i koleżanki mają odrobione zadanie, a jeśli ma być lekcja geometrii – czy mają przyrządy: cyrkiel, ekierkę, linijkę i ołówek. Gdy przejdą wzdłuż całego rzędu, meldują: „Wszyscy mają zadanie. Ania (mogłam to być ja, bo notorycznie zapominałam) nie ma cyrkla”. Taki rytuał powtarzał się na każdej lekcji matematyki, dyżurni zmieniali się co tydzień. Pracę domową sprawdzali uczniowie z kolejnej ławki.

Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś miał taki sposób jak ona, żeby egzekwować odrabianie pracy domowej. Wiadomo było, że brak pracy domowej został odnotowany w dzienniku i miał później wpływ na ocenę końcową.

Ściąganie nie istniało

Na tolerowała ściągania i miała również swój patent na tę szkolną plagę. Klasówka – dla każdego ucznia to zawsze było duże przeżycie. Gdy to miał być całogodzinny sprawdzian, na początku lekcji padało hasło: „Rozsuwamy ławki”. I rozpoczynało się kilkuminutowe szuranie krzesłami i stolikami. Pierwsze jechały maksymalnie pod tablicę, a potem kolejne za nimi, tak żeby odległości wynosiły kilkadziesiąt centymetrów. Byliśmy dzieleni na grupy, więc nie można było ściągnąć od kolegi z tej samej ławki, bo on miał inne zadania. Nie dało się ściągać od kolegów z przodu i z tyłu, bo byli za daleko. W klasach, w których uczyła pani Wójcicka, ściąganie nie istniało.

Ale najważniejsze było to, że pani Wójcicka potrafiła tak wykładać przedmiot, że jeśli się uważało na lekcji i poćwiczyło zadania w domu, to matematyka była prosta. Nawet dla osób, o których się mówi pogardliwie „humaniści”. Warunek był jeden: tak jak nauczycielka intensywnie pracowała na lekcji, tłumacząc i wyjaśniając zawiłości matematyki, tak uczciwie trzeba było się przyłożyć w domu do zadań.

W naszej klasie nie mieliśmy problemów z nauką. Uchodziliśmy chyba za zdolną klasę. Ale to wcale nie znaczy, że nie przysparzaliśmy naszej wychowawczyni problemów. Koledzy uwielbiali grać w nogę na korytarzu. Były więc skargi innych nauczycieli do wychowawczyni. Był jeden wyjątkowo zapalony piłkarz, który grę przedkładał nad naukę. W dodatku był pyskaty i arogancki. Ale nigdy nie zdarzyło mu się pyskować do pani Wójcickiej. Stawał przed nią skruszony, gdy ona po cichu przemawiała mu do rozumu. Szanował ją.

Pomagała dyskretnie, żeby nie urazić

Pani Wójcicka wiedziała, gdy ktoś z nas potrzebował wsparcia, gdy w domu ucznia coś się działo niedobrego. Pomagała bardzo dyskretnie, delikatnie, żeby nikogo nie urazić.

Pani Krystyno – nigdy nie zapomnę opieki, jaką otoczyła pani mnie, a potem moją siostrę po tragedii, która dotknęła moją rodzinę. Bardzo pani dziękuję!

Uwielbialiśmy naszą wychowawczynię. Gdy były jej imieniny, otrzymywała mnóstwo kwiatów (nie było mowy o żadnych prezentach). A po lekcjach pomagaliśmy jej zanieść te snopy tulipanów i goździków do domu.

Nie straciliśmy z nią kontaktu, gdy skończyliśmy podstawówkę. Grono uczniów z naszej dawnej klasy starało się pamiętać o jej imieninach. Przez kilka lat chodziliśmy do niej do domu, składaliśmy życzenia i byliśmy traktowani jak najmilsi goście. Chwaliliśmy się jej zdanymi egzaminami, dyplomami ukończenia studiów, mężami, żonami i dziećmi. Ci, którzy pozostali w rodzinnym mieście, może nie cieszyli się tak z każdego spotkania z nią i okazji do porozmawiania jak ci, którzy wyjechali, a do Ostrowca wpadali w odwiedziny. Nie wiem, jak było w innych klasach, których pani Wójcicka była wychowawczynią, ale w przypadku naszej klasy udało się sprawić, że dziś wciąż możemy powiedzieć „nasza klasa”. Do dziś mamy bliskie relacje, przyjaźnie zawarte wtedy, wciąż trwają. To także zasługa naszej wychowawczyni.

Potrafiła włożyć do głowy wszystko, każdemu

Nie jestem odosobniona w podziwie dla pani Wójcickiej. W internecie znalazłam grono jej fanów. Oto kilka wpisów: „P. Krystyna nauczyła mnie podejścia do matematyki tak, że nikt nigdy z matmy, żaden belfer nie mógł mi zagrozić. Olbrzymi szacunek!”.

„Faktycznie p. Krystyna jest osobą wyjątkową. Mieszkałam w Ostrowcu, niedaleko, i zawsze teraz, gdy bywam u mamy, spotykam ją na ulicy lub w sklepie. Poza tym po wyjeździe z naszego miasta co roku wysyłam do niej kartki na imieniny”.

„Mnie też uczyła matematyki pani Krystyna Wójcicka. Niestety, nie przez wszystkie lata. Pamiętam ją doskonale, jej opanowanie, metodyczny spokój, jej słodkie: »Zrób sobie, kochanie, malutką dziurkę w głowie, to wlejemy tam troszkę oleju«. Potrafiła zawstydzić, ale nigdy obśmiać, potrafiła włożyć do głowy wszystko, każdemu. Znakomita nauczycielka, urodzona do tego zawodu, kochana, najlepsza, jaką miałam w życiu”.

„Naszej klasie (lata 1979-1987) udało się w ostatniej chwili, bo w ósmej klasie, »dostać szansę«. Zmieniono nam matematyczkę. Wcześniej uczyła nas pani, której nazwiska nie pamiętam, a może wyparłam z pamięci. Niemal cała klasa miała problemy z przyswajaniem pojęć matematycznych. Okazało się jednak, że nie jesteśmy takimi głąbami, za jakich nas uznano i jak sami o sobie już myśleliśmy. Pani Wójcicka zabrała prawie całą klasę na zajęcia wyrównawcze, które wtedy odbywały się w soboty. I tak przez rok zrobiła z nami porządek. Mówiąc za siebie, zmieniłam swój stosunek do tego przedmiotu i nauczyłam się myśleć matematycznie. Zdałam bez problemu egzamin z matematyki do średniej szkoły i dalej uczyłam się bez kompleksów. W rezultacie maturę z matematyki zdałam na piątkę. DZIĘKUJĘ!”.

„Podziw wielki i ukłon niski za umiejętność zobaczenia nas jako masę modyfikowalną i zdolną do kreatywnej samodzielności – uff – wielkie chyba słowa” – napisał kolejny uczeń i określił panią Wójcicką jako „uosobienie świadomego podejścia do osób prowadzonych przez siebie”.