Akademia Opowieści

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

Może to efekt życiowego fartu, a może po prostu wynik podejścia do szkoły, ale na swojej drodze spotkałem wielu ludzi, którym powinienem poświęcić ten tekst. Oczywiście ci, którzy mnie inspirowali, uczyli czy – jak mawiała jedna z tych osób – byli moimi „trenerami”, to nie tylko nauczyciele. Jednak historiami o nich właśnie chcę się z Wami podzielić. Tylko kogo wybrać?

* * *

Jeden z moich najważniejszych nauczycieli towarzyszy mi do dziś (prawie od dekady!). Z powodu wiążącej nas nadal relacji uczeń-nauczyciel, by nie popełnić jakiegoś afrontu, sięgnę jednak dalej wstecz (ale niech ta osoba wie, że naprawdę serdecznie jej dziękuję).

Może więc opowiedzieć o historyku z gimnazjum, który podczas lekcji zwykł na tablicy rysować okręgi? Do dziś mam przed oczami jego kamizelkę, całą w odciskach dłoni po ściskanej kredzie. W pierwszej kolejności powstawał okrąg średni, później, w miarę prowadzenia opowieści, kolejne: większe, mniejsze, stykające się… Wszystko to kończył stawiany w samym centrum punkt. Było w tym coś hipnotyzującego, a przede wszystkim skutecznego. Po lekcji pamiętałem wszystkie daty i nazwiska.

A może o Pani Beacie – mojej nauczycielce języka polskiego z liceum, w końcu po maturze sam poszedłem na polonistykę. Gdy po raz pierwszy wspomniałem jej o moich planach, schowała głowę pod biurkiem, po chwili wychynęła zza niego, omiotła klasę wzrokiem, i zadała mi retoryczne pytanie:

„Krzysiek, ty chcesz skończyć jak ja!?”. Wówczas jeszcze nie do końca to rozumiałem. Seans „Dnia świra” był zapewne przede mną.

* * *

Pani Beata nie miała z nami ławo. Na początku każdego roku z jej strony padało pytanie, zadawane chyba bardziej z przyzwoitości: Co przeczytaliście w wakacje? Zamiast tytułów konkretnych lektur, odpowiedzią była salwa śmiechu. Cóż, wtedy, w połowie pierwszej dekady trzeciego tysiąclecia, dla większości z nas książki nie były najważniejsze. Jeden z naszych kolegów – mając na celu wyprowadzenie z równowagi Pani Beaty – mawiał, że jego jedyną lekturą „był, jest i będzie” wyłącznie nowy numer „Piłki Nożnej”. Świadomość niestosowności takiego wyznania w niektórych z nas dopiero zaczynała kiełkować.

Nie dodałem najważniejszego. Matematyczno-fizyczny profil klasy (w LO X w szkole "Błękitna" na szczecińskich Pomorzanach) determinował jej skład płciowy. Na 28 osób 20 stanowili chłopcy, którzy wkraczali w wiek dorosły, a tylko osiem to dziewczyny. Jak wiemy, w tym wieku to one były emocjonalnie dojrzalsze, ale znajdowały się w mniejszości. Równowaga nie była zachowana. Może nie było to 27:1, ale wynikający z tej dysproporcji poziom absurdu był tylko nieznacznie mniejszy.

Niestety, i my, i Pani Beata zdawaliśmy sobie sprawę, że matura z języka polskiego jest czymś, co nadchodzi nieuchronnie i że w końcu staniemy naprzeciw siebie (uczeń kontra matura) w tej nierównej walce.

* * *

Rozpoczynając liceum, nie byłem jakimś wielkim pasjonatem literatury. Gdzieś tam – dzięki historykowi od kółek – humanistyka grała we mnie, ale nie wiązałem z nią swojej przyszłości. Liceum jednak to okres, w którym dużo szukamy (ja w każdym razie tak miałem). A gdzie szukać jak nie w literaturze?

Lektury z kanonu mieliśmy do przerobienia takie jak wszyscy nasi rówieśnicy. Trzyletni kurs historii literatury zaczynał się oczywiście od starożytności. Kolejne epoki, kolejni autorzy. Pani Beata potrafiła jednak przy kolejnych książkach postawić pytania, które zostawały w młodym człowieku. Często były to pytania bez odpowiedzi, rzucone w przestrzeń, by wywołać w niej zamęt. To właśnie część z tych pytań, które nie dawały mi spokoju, pchnęła mnie na studia.

Z czasem przestałem się włączać aktywnie w lekcje. Pani Beata wiedziała, że ja wiem, wiedziała, że odpowiem, albo przynajmniej stanę do pojedynku. To nie tak, że byłem całkowicie wyłączony. Gdy jej pytanie odbijało się jak od ściany, gdy zamiast odpowiedzi w klasie dzwoniła cisza, wtedy budziłem się, podnosiłem głowę znad zeszytu (w którym rysowałem kółka, ewentualnie figury przestrzenne) i stawałem do walki ze Słowackim, Gombrowiczem czy Borowskim.

Równocześnie zaczęły pojawiać się konteksty, nie tylko literackie. Kanon szkolny kanonem szkolnym, ale warto wychylić się trochę dalej. Filmowy „Czas apokalipsy”, o którym wtedy usłyszałem, do dziś jest filmem, do którego wracać muszę.

* * *

Jest w tym, o czym piszę, może trochę patosu, próby poszukiwania czegoś więcej. Pewnie pamięć trochę płata figle, chce to zachować w ten sposób. Praca z nami była przecież orką na ugorze, wie to sporo nauczycieli. Sam szczęśliwie skończyłem ścieżkę nauczycielską. Zmierzyłem się z tym wszystkim jako nauczyciel. Nie potrzebowałem wiele, by zrozumieć: „to nie dla mnie”. I zrozumieć, że Pani Beata nie miała z nami ławo.

*Krzysztof Lichtblau – (ur. 1989 w Szczecinie) krytyk literacki i komiksowy, absolwent polonistyki na US, redaktor „Zeszytów komiksowych”, prowadzi cykl rozmów „Pan od książek” poświęconych literaturze w naszym województwie.