Brehmer to postać w Katowicach znana i poważana – kiedy idziemy spacerem przez Jagiellońską, prawie każdy napotkany przechodzień mówi mu „dzień dobry” i zagaduje. Jest mocno związanym z Górnym Śląskiem liderem mniejszości niemieckiej, prezesem Górnośląskiego Towarzystwa Charytatywnego.

Zaszczepił pasję

– Moim ulubionym nauczycielem był polonista z liceum Stefan Święs. Sprawił, że pokochałem polski romantyzm. W latach 60. byłem uczniem liceum im. Kruczkowskiego w Tychach.

Jestem Ślązokiem wychowanym w typowo śląskiej rodzinie. Uważam, że nie może być nic bardziej śląskiego niż rodzina, w której się wychowałem. Kiedy skończyłem podstawówkę, najpierw poszedłem za przykładem kolegi do technikum geodezyjnego, ale to było jednak nieporozumienie. Bardziej byłem zainteresowany humanistyką. Dlatego ostatecznie zmieniłem szkołę i poszedłem do liceum w Tychach. Dojeżdżałem z Ligoty. Nie narzekałem: dzięki pociągowi to było całkiem łatwe.

Tyskie czasy to dla mnie był rewelacyjny okres, rewelacyjna nauka. A najbardziej w tamtym okresie pasjonowałem się właśnie językiem polskim. Wszystko dlatego, że spotkałem tam superpolonistę, który wywarł na mnie ogromny wpływ: prof. Święsa. Potem dowiedziałem się, że był też pierwszym sekretarzem partii w Hucie Łaziska oraz ważną figurą w ZMS-ie [Związku Młodzieży Socjalistycznej – przyp. aut.]. Muszę jednak przyznać, że to nie wpłynęło jednak na moje dobre zdanie o nim. To był człowiek, który wprowadził takiego Ślązoka jak ja nie tylko do polskiej literatury, a przede wszystkim sprawił, że zrozumiałem polski romantyzm. On żył literaturą, był nią pochłonięty. I tę pasję zaszczepił we mnie.

Dietmar BrehmerDietmar Brehmer ANNA LEWAŃSKA

Szczerze mówiąc, uważam, że jestem jednym z niewielu Ślązaków, którzy rozumieją polski romantyzm. Po latach byłem w Niemczech na stypendium w Deutschlandfunk [DLF – publiczny program pierwszy niemieckiego radia emitowany przez Deutschlandradio – przyp. aut.]. Konfrontowałem tam moją miłość do polskiego romantyzmu z moim dobrym przyjacielem literatem Stanisławem Bieniaszem [śląskim dramaturgiem zmarłym w 2001 r. – przyp. aut]. On się dziwił: „Ty zgłupiałeś do reszty na punkcie polskiego romantyzmu”. Nie potrafił tego zrozumieć. „Co oni tam fanzolą?” – powtarzał.

Wydaje mi się, że Ślązacy patrzą generalnie na polski romantyzm tak jak Polacy patrzą na Czechów. Uważają ich za śmiesznych, a Ślązacy dokładnie w taki sam sposób odnoszą się do polskiego romantyzmu. „To jakieś pierdoły, o co im właściwie chodzi” – myślą. To wynika ze śląskiego pragmatyzmu, sposobu patrzenia na świat. A ja się Bieniaszowi dziwiłem. „Przecież to jest takie pasjonujące!” – mówiłem mu wielokrotnie.

Dietmar, to o tobie

Miał na mnie ogromny wpływ, jego lekcje były bardzo zajmujące. W liceum stałem się prawie jego niewolnikiem intelektualnym. Czy wiedział, jakie jest moje pochodzenie? W tamtych latach ja sam nie wiedziałem, kim jestem, miałem brzmiące dla niektórych trochę inaczej imię i nazwisko. Może byłem naiwny? Poczucie narodowości wzrasta z wiekiem.

Nie mogłem zrozumieć mojej mamy.

– Mamo! To kim ty właściwie jesteś: Niemką czy Polką? – dopytywałem.

– Jo jest Ślązaczką – odpowiadała niezmiennie.

– Co ty opowiadasz? Nie ma czegoś takiego – tak mi się wtedy wydawało. Ale teraz przyznaję jej rację.

Joseph von Eichendorff [niemiecki poeta romantyczny – przyp. aut.] stwierdził kiedyś coś ważnego, coś, co kiedyś może będzie dla nas sztandarową wskazówką:

„Wiele dociekań może zostać z czasem stłamszonych

działań i myśli o naszej ojczyźnie.

Ale pewnego dnia tęsknota za nią

wybuchnie z pradawną siłą”.

I ta pradawna siła, ta tęsknota za heimatem wybucha u starszych Ślązaków. U mojej mamy ona była. I to nie jest żadne „bla, bla, bla”.

Profesor Święs sprawił, że pokochałem „Nie-Boską komedię” Zygmunta Krasińskiego [wydaną w 1835 r. – przyp. aut.]. To jest moim zdaniem najlepszy dramat polski, jaki można sobie wyobrazić. To cudowna opowieść! Zaczyna się od inwokacji.

„Przez ciebie płynie strumień piękności,

ale ty pięknością nie jesteś”.

– Dietmar, to o tobie – powiedział mi wtedy profesor. – Ty możesz o sobie powiedzieć: „Przez ciebie płynie strumień polskości, ale ty polskością nie jesteś” – dodał. Dobrze zapamiętałem te słowa. Musiał wiedzieć, że ja jestem Niemcem, ja tej świadomości wtedy nie miałem. Może zobaczył w papierach szczegóły, które mnie dotyczyły?

Pasja, którą prezentował, mnie do niego zbliżyła. Wszystko, co robił, miało na mnie wpływ. Miłośników literatury traktował poważnie. Oczywiście nie wszyscy z nas nimi byli.

Kiedyś przyniósł jakąś wielką cegłę, to chyba były „Noce i Dnie” Marii Dąbrowskiej. Pamiętam, że mieliśmy w klasie takie długie ławki, ja siedziałem w przedostatniej. Dziewczyny w liceum zawsze były pilniejszymi uczennicami od nas, przeczytały wcześniej tę książkę. My niekoniecznie... Profesor podszedł do mojego kolegi, który siedział przede mną. Ten nie wiedział, co odpowiedzieć.

– Leoś, a czytałeś? – spytał z troską profesor.

– Tak, oczywiście! – odparł kolega.

– No to zobacz: Dietmar nie czytał, a ci powie...

I rzeczywiście: faktycznie powiedziałem. Dlatego że poskładałem w całość to, co koleżanki mówiły tuż przedtem, i jakoś się udało. Cieszyłem się, że profesor mnie docenia. Wiedział, że jestem pilny, ale wiedział też, że mam inną pasję: byłem sportowcem, uprawiałem z sukcesami szermierkę.

Treny i pieśni na maturze

Na maturze z polskiego nie pisałem o romantyzmie. Pisałem o Janie Kochanowskim. Napisałem elaborat na 13 stron! Ale profesor przygotował nas, że skoro rok wcześniej było coś innego, to teraz może zdarzyć się, że jeden z tematów będzie o Kochanowskim. To ja się na blachę przygotowałem! Miałem ogromne szczęście: muszę przyznać, że nie spotkałem w moim życiu człowieka, który byłby tak dobry z twórczości Kochanowskiego jak ja. Do dziś z pamięci cytuję wiele jego utworów:

„Czego chcesz od nas, Panie, za Twe hojne dary

Czego za dobrodziejstwa, którym nie masz miary?

Kościół cię nie ogarnia, wszędy pełno Ciebie

I w otchłaniach, i w morzu, na ziemi, na niebie”.

To jest pasja. Dziwiłem się, dlaczego moi koledzy ze szkolnej ławki tak się tym nie pasjonują. Profesor wprowadzał mnie w świat polskiej literatury i było to dla mnie niezwykłe doświadczenie, mające wpływ na całe życie. Ogólniak to przecież okres największej chłonności. A profesor nie tylko miał pasję, ale i wiedział, jak ważne jest, żeby ją mieć.

Spotkanie po latach

Skończyłem ogólniak, studia, wyjechałem do Niemiec na stypendium. Kontakt z profesorem się urwał. Minęło wiele lat. Pracowałem w polskiej sekcji Deutschlandfunk. Potem wróciłem i w 1991 r. zacząłem prowadzić audycję w Radiu Katowice [w „Górnośląskim Magazynie Mniejszości Niemieckiej” przeplatają się treści historyczne ze współczesnymi, pierwszą audycję wyemitowano przed podpisaniem przez kanclerza Helmuta Kohla i premiera Jana Krzysztofa Bieleckiego Traktatu o dobrym sąsiedztwie i przyjaznej współpracy – przyp. aut.].

Codziennie przychodziło wtedy do radia ze 100 osób. W pewnym momencie ktoś do mnie mówi: „Dietmar, jakiś pan czeka tu na ciebie już bardzo długo”. Nie miałem pojęcia. Przeprosiłem i wyszedłem do poczekalni. Patrzę, a tam siedzi pan profesor Święs. Poznałem go natychmiast. Zobaczyłem go może po ćwierć wieku, ale poznałem natychmiast.

Była połowa lat 90. Profesor przyjechał do mnie do Katowic z Tychów. Cztery godziny siedział i cierpliwie na mnie czekał. Wzruszyłem się i zawstydziłem.

– To pan, panie profesorze – stwierdziłem.

– Dietmar, ja przyjechał ci podziękować. Jestem z ciebie dumny.

Dla takich chwil warto żyć. Okazało się, że profesor słuchał moich audycji w Deutschlandfunk i w Radiu Katowice. Uważam, że to nie są audycje najwyższego intelektualnego lotu, przecież ja nie jestem polonistą. A on był wtedy ze mnie taki dumny. Zapamiętam to do końca życia.

To było niestety moje ostatnie z nim spotkanie. Miałem zwariowany czas, wszyscy mnie wtedy rozrywali. Nie zadbałem o to, żeby znów się z nim spotkać. Uciekło mi wtedy wiele spraw, tego rodzaju refleksje przychodzą później, czasem za późno.

Potem go jeszcze szukałem, pytałem o niego. Ale muszę przyznać, nie wiem, co się z nim stało. Jest mi strasznie smutno.

***

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.
 
Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.