AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

***

Francja przyciągała mnie literaturą, jedzeniem, kulturą. Moim marzeniem było wyjechać, zatrzymać się we Francji, nie na chwilę, nie przejazdem, nie tylko na krótkie wakacje, ale zostać na dłużej. Wyjechać na wymianę na studia, aby chociaż przez rok pobyć na miejscu i sprawdzić, jak się tam żyje. Marzenie było możliwe do zrealizowania, gdyby nie jeden istotny szczegół – nie znałam języka francuskiego.

Kiedy dostałam się do XI LO w Poznaniu, wybrałam profil klasy z językiem francuskim. Jako kilkunastoletnia uczennica byłam przerażona liczbą akcentów, odmianami czasowników, skomplikowanymi formami czasu teraźniejszego, przeszłego i przyszłego. A przede wszystkim wymową i francuskim „r”. Wcześniej chodziłam na dodatkowe lekcje francuskiego. Kojarzyły mi się z siedzeniem nad stosem kartek papieru z zadaniami nie do rozwiązania, żmudnym procesem wkuwania na pamięć słówek.

Uczył z uśmiechem

W pierwszej klasie liceum poznałam człowieka, który pokazał mi, że w życiu nie wszystko jest jednak tak straszne, jak czasem nam się wydaje. Był nim mój nauczyciel od języka francuskiego. Ubrany schludnie, ale z klasą, zawadiacki uśmiech, wąs, włosy zaczesane w górę. Lekcje zaczynał od przepytania kilku osób. Ale nie było to przepytanie takie, jakie zazwyczaj znamy ze szkoły. Odbywało się bez nerwowych spojrzeń między uczniami, chwil napięcia przed pójściem do tablicy, poobgryzanych paznokci. Pan Zygmunt Martenka sprawiał, że mimo dużej liczby uczniów w szkole nie czuliśmy się anonimowi. Doskonale pamiętał imiona, znał nasze zainteresowania. Podczas nauki języka pamiętał o mocniejszych i słabszych stronach, które mają uczniowie.

Każdą lekcję zaczynał dokładnie tak samo, jak rozpoczyna się każdy nowy dzień we Francji, czyli od popularnego powitania. Ça vas? – z francuskiego „W porządku?” pytał. A reszta klasy chórem odpowiadała: Oui, ça vas bien – Tak, wszystko w porządku. Potem po kolei przepytywał uczniów ze słówek. Zawsze, kiedy ktoś się pomylił, nauczyciel sytuację obracał w żart. Za pomocą żartu poprawiał błąd i sprawiał, że o wiele lepiej zapamiętywaliśmy prawidłową wersję. Uśmiechem potrafił przekazać nam niezwykle cenną lekcję w życiu – że nie należy bać się popełniać błędów, bo są one nieodłącznym procesem nauki.

Lepiej z błędem niż wcale

Pamiętam, jak nauczyciel kiedyś zażartował, że zawsze chciał być aktorem. I to właśnie jego aktorstwo sprawiało, że lekcje języka francuskiego były wyjątkowe. Intonacją głosu, odgrywaniem różnych scenek potrafił przekazać nam bardzo duży zasób wiedzy nie tylko o samym języku, ale też o francuskiej kulturze. Miał w zwyczaju opowiadać nietypowe historie. Pamiętam, jak pewnego razu podczas lekcji, kiedy jeden z uczniów po raz kolejny nie potrafił wypowiedzieć prawidłowo francuskiej głoski, nauczyciel stwierdził, że języki dzielą ludzi i są zbyt skomplikowane. Zaczął wtedy rozważać, czy nie lepiej by było dla świata, gdyby każdy język miał prostszą składnię i mniej słów – wtedy każdy mógłby się łatwiej nauczyć języków i lepiej komunikować z resztą świata. Każdą sytuację potrafił obrócić w żart, co sprawiało, że z zajęć zawsze wychodziliśmy uśmiechnięci.

Zajęcia odbywały się dwa razy w tygodniu i zawsze chodziłam na nie z zapałem. Odmiany czasowników, francuskie słówka, których wtedy się uczyliśmy, zapamiętałam do dzisiaj. Nie potrzebowałam uczyć się ich w domu na pamięć – bardzo wiele wnosiły ćwiczenia podczas lekcji.

Pan Zygmunt Martenka nauczył nas jednej z najbardziej przydatnych rzeczy w nauce języków – nauczył nas przełamywać barierę przed mówieniem. Dzięki niemu przestałam się bać mówić po francusku. Uczył technik, dawał wskazówki. Jednak przede wszystkim zajęcia prowadził z pasją, motywował do działania i nie gasił entuzjazmu, który w sobie mieliśmy. Był niekonwencjonalny, miał niezwykle barwną osobowość. Dzięki niemu zapamiętałam, że nie muszę znać perfekcyjnie języka, aby się komunikować, że nie muszę dążyć do ideału, aby zacząć mówić. Nauczyłam się, że lepiej powiedzieć coś z błędem, a potem go poprawić, niż nie powiedzieć wcale.

Kilka lat po szkole wyjechałam do Francji na rok. Gdyby nie mój nauczyciel francuskiego, prawdopodobnie nie odezwałabym się tam słowem.