Helena, Maria... Ulatuje z pamięci bardzo wiele wydarzeń: najczęściej nieistotnych, błahych, ale czasem bardzo ważnych, o czym często przypominają nam inni. Orientuję się wówczas w ogromnych lukach w pamięci, których nie potrafię wytłumaczyć. Często to wyparcie z pamięci tego, co rzeczywiście nieistotne lub bardzo przykre. U mnie pozostały jednak niektóre bardzo wyraźne, wręcz fotograficzne kadry z dzieciństwa, młodości, zarówno te piękne, jak i traumatyczne, na wspomnienie których najczęściej się bardzo wzruszam, a niekiedy płaczę. Tak już mi się zdarza i chyba to cecha wszystkich, którzy coraz wyraźniej obserwują uciekający czas i wrażenie, że z wiekiem on jeszcze przyspiesza. Te wspomnienia, po latach, pozwalają mi wytłumaczyć samej przed sobą, dlaczego jestem właśnie taka, skąd np. moje przewrażliwienie w wielu aspektach codziennego życia, które nie czyni go łatwym. Przeciwnie.

Nie miałam szczęścia spotkać w czasie mojej edukacji mistrza pokroju "Pana od muzyki", z filmu o tym tytule czy ze „Stowarzyszenia umarłych poetów”. Szkolne lata, pewnie jak wielu moich rówieśników, wspominam raczej jako niezbyt radosny czas: byłam bardzo nieśmiała (to przekreśliło możliwość edukacji w szkole muzycznej), miałam bardzo daleko do szkoły (tylko na rozpoczęcie pierwszej klasy odprowadzała mnie mama, kolejne lata - jak reszta moich rówieśników - musiałam sobie radzić sama), klasy przepełnione (wyż demograficzny), lekcje często do wieczora. Za to pozaszkolny czas przypominał dzieciństwo dzieci z Bullerbyn: od świtu do nocy z paczką przyjaciół w locie, w biegu, na trzepaku, wrotkach, rowerze i wpław czy to latem czy w siarczysty mróz na podwórkach, w ogrodach i w pobliskim lesie . Daleko od klosza dorosłych, samopas (takie czasy!) wiedliśmy beztroskie dzieciństwo (a to już na inną opowieść...).

Moja szkoła średnia to pięknie położone nad kanałem III LO w Bydgoszczy, a tam Pani Maria Cieślak, polonistka. Tylko jej postać, jej uśmiech i błysk w oku pamiętam tak dokładnie.

Mistrzyni od literatury

Szczupła, siwy koczek, okulary, skromy ubiór w stonowanych barwach. To ją widzę i wspominam niezmiennie ciepło spośród wszystkich nauczycieli! Jak czytałam wspomnienia o niej innych uczniów, określali Panią Profesor jako wymagającą, ale sprawiedliwą. Nie oceniam tak tego, ale dokładnie pamiętam wielkie emocje, które sprawiały, że lekcje z języka polskiego były dla mnie przeżyciem i przygodą. Lekcje przypominały wykłady na uczelni, kiedy Pani Profesor zamykała  książki, przymykała oczy i bardzo wolno, przechadzając się miedzy ławkami, opowiadała nam o swojej największej pasji: literaturze! Nie potrzebowała pomocy czy notatek.

Wszystko było w jej głowie i płynęło z jej serca wprost do naszych, a przynajmniej mojego. Właśnie do dziś wyraźnie pamiętam te przymknięte oczy i nieodłączny błogi uśmiech, który towarzyszył jej opowieściom.

To był obraz wielkiej pasji i miłości do tego, czym się zajmowała całe życie. Myślę, że to jej zasługa, że sięgałam po klasykę, że do dziś wracam dziesiątki razy do filmowych adaptacji literatury. Kiedy istniało jeszcze kino Bałtyk i Awangarda, właśnie tam Pani profesor zabierała całą klasę na seanse "Potopu", "Ziemi obiecanej", "Hrabiny Cosel" i wielu innych adaptacji. To stało się dla mnie rytuałem: gdy studiowałam przy ul. Chodkiewicza, gdy miałam okienka w zajęciach, wsiadałam w tramwaj i siedziałam regularnie w Awangardzie, często kilka godzin (kto widział obie części "Popiołów", ten wie) – taki to był czas, że w bydgoskich kinach w godzinach przedpołudniowych można było oglądać klasykę polskiego kina.

I moja niepokorna dusza

Pani Profesor nie faworyzowała nikogo i choć (do dziś to pamiętam) powiedziała mi podczas jakiejś ostrej wymiany poglądów, że jestem pyskata, to nie miałam o to żalu. Zauważyła we mnie dość niepokorną duszę, ale widziałam, że po cichu mi kibicowała. Nigdy nie okazywała uczuć wobec kogokolwiek, ewentualnie wielką złość i wzburzenie, kiedy uczeń obnażał swoją niewiedzę i głupotę (Maciek Chełmicki z "Popiołu i diamentu", scena finałowa na wysypisku śmieci jako symbolu śmietnika historii w ocenie uczennicy…). Dzięki Pani Profesor zaczęłam pisać bardzo długie listy i było to moje ulubione zajęcie, zwłaszcza w czasach pięknych papeterii (czy młodzież dziś ma pojęcie, co to jest?). 


Czas liceum to dla mnie samodzielne odkrywanie wszystkiego, co do dziś mnie fascynuje; to czas odkrycia Piwnicy pod Baranami, Kabaretu Starszych Panów, fascynacji polskim filmem i teatrem telewizji (cykl Antologia Teatru Polskiego w telewizji z wprowadzaniem Jerzego Koeniga). Tu wielki ukłon w stronę twórców programów tematycznych telewizji dla dzieci i dorosłych w czasie mojego dzieciństwa i młodości. W tym przypadku pamięć mam niezawodną i cierpnie mi skóra na porównanie jakości i wartości programów dawniej i dziś! Wspomnę o nich jeszcze na koniec.
Oglądał to każdy, a Pani Maria zachęcała do korzystania z tych dobrodziejstw, które były dostępne dla każdego, niezależnie od statusu materialnego czy społecznego. Wyjścia na koncerty czy do teatru były rzadkością. Dość skromne życie w tamtych czasach kazało nam rekompensować to kreatywnością i samodzielnym, bardzo samodzielnym odkrywaniem świata. Głowę na tę samodzielność otwierał nauczyciel taki jak Pani Maria, rodzic, wspomniana telewizja lub… Radiowa Trójka z jej wielkimi osobowościami, które wprowadziły mnie w fascynujący świat muzyki na całe życie! Udało mi się z tej fascynacji stworzyć sposób na życie zawodowe i zarazić tym obie córki.

Mistrz od patrzenia

Jest jeszcze Jerzy Riegel, dzięki któremu z wielkim zachwytem patrzę na starą, sypiącą się Bydgoszcz, uwiecznioną na jego pięknych fotografiach, które często mają kilkadziesiąt lat. To właśnie Mistrz Riegel obudził we mnie zachwyt nad fotografią czarno-białą, sepią i izohelią, której jest niekwestionowanym mistrzem.

Jerzy RiegelJerzy Riegel Fot. Arkadiusz Wojtasiewicz / Agencja Wyborcza.pl

Mieszkałam jako dziecko daleko od centrum miasta, a po przeprowadzeniu się do Śródmieścia ponad 25 lat temu poznawałam piękno zrujnowanych, ale jak pięknych kamienic często dzięki fotografiom Mistrza Riegla. Były dla mnie swoistym przewodnikiem po mieście.

Mistrzyni życia

I wreszcie..! Ciocia Helena, którą wraz z bratem nazywaliśmy babcią! Formuła tych opowieści na szczęście nie zamyka się tylko do wspomnień o naszych szkolnych mistrzach czy  innych, których już wspomniałam. Na szczęście, bo nie mogę nie wspomnieć o kimś, kogo nie ma już 25 lat, a tęsknota nie przemija…
Zajmując się m.in. organizacją koncertów, które w 90 proc. są spełnieniem moich marzeń (nie tylko zawodowych), wiele lat temu doprowadziłam do koncertu muzyki filmowej, na którym gościem specjalnym był Jan Nowicki. Była więc okazja do długich rozmów po koncercie w moim domu i m.in. podczas podróży do rodzinnego miasta Pana Jana i mojej mamy: do Kowala. Stamtąd pochodzi Helena - siostra mojej babci, która niemalże całe swoje życie przeżyła w Aleksandrowie Kujawskim (mając w czasie wojny bardzo trudny czas zesłania na roboty do Niemiec), a ja u niej spędzałam każdą wolną od szkoły chwilę, samodzielnie dojeżdżając pociągiem. Byłyśmy sobie bardzo bliskie. Opowiadała mi o swoim życiu, o swojej wielkiej, niespełnionej miłości, która zakończyła się dla zakochanej pary bardzo nieszczęśliwie.

Jej ukochany Antoni to ojciec Jana Nowickiego. Analizowałam wielokrotnie ostatnie 25 lat mojego życia i dochodzę do wniosku, że to, czego nauczyła mnie Babcia Helena, było po to, żebym mogła jako wolny strzelec realizować swoje pasje i m.in. spotkać syna Antoniego i mu o tym opowiedzieć. Babcia Helena, człowiek orkiestra, prawdziwa bizneswomen tamtych czasów, nauczyła mnie przedsiębiorczości, pracowitości i znajdowania czasu dla innych, którym było gorzej w życiu. To z nią regularnie odwiedzałam zupełnie obcą, samotną  babuleńkę, którą karmiła i zaopatrywała w potrzebne do życia rzeczy w tych trudnych czasach. To z nią dokarmiałam ptaki, stawiałam znicze na opuszczonych grobach i grobach nieznanych żołnierzy. To ona w wielkiej tajemnicy pokazywała mi książkę ze spisem ofiar Katynia, gdzie odnajdowała swojego brata. W szkole nie miałam szans o tym usłyszeć. Długa byłaby lista tego, czego Helena dokonała w mojej głowie i z czego do dziś czerpię całymi garściami.

Dobre duchy mojego życia

Zastanawiam się często, kim byłabym bez rodziców, którzy jak wszyscy w tamtych czasach przede wszystkim zajmowali się walką o znośny byt, bez tamtej telewizji (choć to może dziś kogoś oburzać, trudno), bez Marii, Heleny...?
Myślę, że ich aura, energia wciąż gdzieś pchają mnie do przodu i nie pozwalają się zatrzymywać! Nie potrafię się w swojej tęsknocie m.in. za babcią Heleną pogodzić z myślą, że jej już nigdy nie zobaczę. Takie dobre duchy naszego życia, wielcy dla nas, choć często niepozorni, a wielcy dla nas nauczyciele, zapracowani rodzice, babcie, przyjaciele, wybitni ludzie kultury pozostaną obok nas na zawsze. Dobrze, kiedy zdążymy im o tym powiedzieć, a jeżeli nie zdążyliśmy…?
Nie spotkałam na mojej drodze Pana od muzyki, ale są na niej rodzice, była babcia Helena jako mój najcenniejszy drogowskaz, Pani Profesor Maria Cieślak jako Pani od polskiego, Mistrz Jerzy Riegel jako Pan od fotografii i starej Bydgoszczy, Pan Jan Wilkowski jako Pan od teatru dla dzieci, Pan Jerzy Waldorf jako Pan od muzyki, Pan Zin od piórka, węgla i architektury, Pan Jerzy Kenig od teatru, Pan Jerzy Janicki jako Pan od Starego kina, Pan Sumiński od świata zwierząt i wielu ,wielu innych, których trudno tu wymienić, a kształtowali moje postrzeganie świata, wrażliwość  i pozostaną we wspomnieniach na zawsze! Na zawsze!
 
PS Szczególne miejsce w moim sercu zajmują wielcy bohaterowie ostatniej wojny jak Janusz Korczak czy Irena Sendler i nie przyznaję  się nikomu jak często o nich myślę… 

Katarzyna Borkowska-Kiss - jest właścicielką kawiarni Fanaberia przy ul. Gdańskiej w Bydgoszczy oraz szefową impresariatu artystycznego ITD

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.
 
ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.