AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla Was inspiracją na całe życie.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce – 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.

* * *

Alojzy Lysko mieszka w Bojszowach. Ojciec nie wrócił z wojny. Wcielony do Wehrmachtu zginął na froncie wschodnim. W domu się nie przelewa. Matka sprzedaje jajka, mleko, masło. Wszystko, co się da uzyskać z niewielkiego gospodarstwa.

W 1954 roku Alojzy ma 12 lat i od starszych chłopaków słyszy, że najlepiej wyuczyć się na górnika. Po szkole nie tylko pewna praca, ale na czas nauki dostaje się jeszcze 288 zł miesięcznego stypendium. To ćwierć wypłaty, jaką dostają kobiety w fabryce. Alojzy postanawia więc jak najszybciej zostać górnikiem.

Dowiaduje się, że szkoła górnicza jest w Lędzinach. Jedzie, znajduje właściwy budynek i staje pod kancelarią dyrektora. – A co chciałeś, syneczku? – Do chłopaka podchodzi jakiś mężczyzna. Przypomina mu znanego z kina Charliego Chaplina. Taki sam wąsik i podobna mimika.

Anielin FaberaAnielin Fabera ARCHIWUM ALOJZEGO LYSKO

– Jo chcioł sie przijońć – bąka Alojzy. Dodaje, że ma dopiero 12 lat, ale bardzo chce zostać górnikiem.

– Musisz najpierw skończyć jedną szkołę, a później przyjdziesz do nas. To już niedługo –mówi spokojnie „Chaplin”, uśmiecha się. A Alojzy zaczyna płakać. Mężczyzna zaczyna głaskać go po głowie. – Nie płacz, syneczku, czas szybko płynie – pociesza.

Zawiedziony Alojzy wraca do domu. Z czasem zapomina o wizycie w Lędzinach, pilnie się uczy. Kiedy kończy podstawówkę, wybiera liceum w Bieruniu. Szkołą szybko się jednak rozczarowuje. Z kolegami z klasy nie znajduje wspólnego języka. W tamtejszym środowisku czuje się gorszy, biedniejszy. Wtedy przypomina sobie spokojny ton głosu mężczyzny przypominającego Chaplina. Z liceum zabiera papiery i przenosi się do Zasadniczej Szkoły Górniczej w Lędzinach. Przyjmuje go ten sam mężczyzna z charakterystycznym wąsikiem. To Anielin Fabera, dyrektor szkoły.

Fizyka, muzyka i akwarele

Anielin Fabera uczy w szkole fizyki. – Paszek jedzie furą z sianem. W tym miejscu pokonuje taką oto pochyłość. Kiedy przewróci się Paszkowa fura? – Fabera kredą na tablicy kreśli rysunek. A Alojzy z kolegami wybuchają śmiechem. Obok szkoły faktycznie mieszka gospodarz Paszek. I często jeździ furą.

Każde zagadnienie z fizyki, jak praca czy moc, Fabera stara się wyjaśnić za pomocą przykładów z życia wziętych. Alojzy czuje, że przedmiot można sobie łatwo przyswoić. Podobnie gramatykę. Bo dyrektor czasem zastępuje swoją żonę, Janinę Faberę, która w szkole uczy polskiego.

– Dzięki niemu nauczyłem się mówić czystą, literacką polszczyzną. Polubiłem też pisać wypracowania – mówi dziś Alojzy Lysko.

Fabera uczy też w szkole muzyki. Sam gra na akordeonie, skrzypcach. Młodych ludzi zachęca do malowania, bo sam z zamiłowania tworzy akwarele.

Mieszkańcy często widzą, jak dyrektor maluje w plenerze. – Malujcie to, co jest w waszym otoczeniu. Prawdziwe obrazy – zachęca uczniów.

Alojzy postanawia namalować brzozę, które rośnie w pobliżu jego domu. Ukończone dzieło pokazuje nauczycielowi. – To leżąca kopka siana, a nie drzewo. A gdzie podział się wiatr? W przyrodzie zawsze jest żywioł. Maluj tak, żeby było go widać – radzi nauczyciel.

Uczniowie na Faberę wołają „ojczulek”. Dyrektor nigdy nie podnosi głosu. Jak ktoś narozrabia, to spokojnie upomina, wyjaśnia. Ale to zdarza się rzadko. Na głupoty nie ma czasu. Dyrektor ciągle coś wymyśla, angażuje. Jest filatelistą i do zbierania znaczków namawia uczniów. W szkole organizuje tańce, występy.

Obozowe landszafty

Anielin Fabera urodził się w 1913 roku w Łąkach nad Olzą. To obecnie powiat Frysztat na terenie Czech. Pochodził z rodziny robotniczo-chłopskiej. Ojciec Józef był górnikiem na kopalni w Karwinie, matka Franciszka gospodarzyła na kilku morgach ziemi. Anielin często opowiada uczniom o swoim życiu. Że choć w domu było biednie, to nigdy nie rezygnował ze zdobywania wykształcenia. Potrzebne pieniądze zdobywał, udzielając korepetycji i wykonując różne prace dorywcze.

1 września 1939 r. Fabera miał podjąć obowiązki nauczyciela w Publicznej Męskiej Szkole we Frysztacie. Ale wybuchła wojna i został bez pracy. W czasie okupacji odmówił podpisania volkslisty. I niedługo później został aresztowany. W kwietniu 1940 r. trafił do obozu koncentracyjnego w Mauthausen-Gusen w Austrii. Nosił numer 46952.

– W obozie był aż do wyzwolenia. Kiedy mówił nam o tym, unikał opisu drastycznych scen, nie wnikał w szczegóły. Mówił nam tylko, że udało mu się przeżyć dzięki malowaniu. Dla esesmanów z obozowej załogi seryjnie malował alpejskie landszafty. Ci chętnie je brali dla krewnych, żeby pokazać, w jak pięknej okolicy pracują. W zamian dawali więźniowi chleb. A chleb w obozie znaczył życie. Dopiero po wielu latach namówiłem go, by opublikował swoje obozowe wspomnienia. Wtedy poznałem prawdę i zacząłem się zastanawiać, jak pan Anielin po takim piekle był nie tylko wesołym, ale wspaniałym, pełnym empatii człowiekiem. Znał doskonale niemiecki. Pod koniec lat 60. uczestniczył w procesach byłych oprawców z obozu – wspomina Lysko.

Panie dyrektorze, taka praca nie dla mnie

Po ukończonej nauce Alojzy podjął pracę w kopalni Ziemowit. Są lata 60. Dla dyrekcji zakładu najważniejsze jest wykonanie planu. Alojzy ciągle słyszy tylko plan i plan. Coraz bardziej ma dosyć kopalni. W drodze do pracy czuje obrzydzenie. Nie wyobraża sobie, że tak będzie wyglądało całe jego życie. Ale na inne nie ma żadnego pomysłu.

Kopalnia wysyła swoich przedstawicieli na święto Gwarków do Tarnowskich Gór. W delegacji jedzie też Alojzy.

– Pan Anielin! – Już na miejscu w tłumie Alojzy wypatruje postać „ojczulka”. Ten przyjechał na Gwarki z uczniami. Obaj długo witają się, szukają miejsca, żeby usiąść, porozmawiać. Na rozmowie spędzają kilka godzin.

– Nie widzę się już na kopalni, panie dyrektorze. To nie dla mnie. Jestem tym zmęczony –zwierza się w końcu Alojzy.

– To przyjdź do mnie. – Fabera ściska swojego byłego ucznia po ojcowsku.

Jest 1964 r. i Alojzy wraca do swojej szkoły. Uczy górniczych przedmiotów. I uczy się w studium nauczycielskim, bo przecież do nauczania nie ma uprawnień. – Trzeba ci porządnych studiów. Marzy mi się, żebyś – kiedy odejdę – przejął szkołę – mówi „ojczulek”. Alojzy kończy administrację na Uniwersytecie Śląskim.

Fabera przechodzi na emeryturę w 1973 r. Alojzy co prawda dyrektorem szkoły zostanie później, ale wciąż ma kontakt z panem Anielinem. Spotykają się prywatnie, wspólnie organizują zjazdy absolwentów.

Anielin Fabera zmarł po długiej chorobie w 1983 r. – Nigdy mu nie mówiłem tego, ale dla mnie był jak ojciec. Musiał to czuć, bo zawsze traktował mnie w ten sposób. Jego słowa, rady były dla mnie najważniejsze. Jego odejście było dla mnie ciosem. Wdowa przekazała mi pamiątki: namalowane obrazy, mundur górniczy. Przechowuję je wszystkie staranne. To moje talizmany – mówi Alojzy Lysko.