Powiadają, że mistrz to człowiek, który pokazuje uczniowi palcem Księżyc. Uczeń patrzy na palec swojego mentora, podąża za nim i już wie, jak wygląda Księżyc. „Podążajcie za moim palcem, a odnajdziecie Świętego Graala!” – mówią mistrzowie swoim padawanom.

Miałem takich belfrów, pamiętam nawet ich twarze, ale za cholerę nie potrafię sobie przypomnieć, czego, poza nazwami przedmiotów, mnie uczyli. Zapamiętałem palec, ale już nie potrafię przypomnieć sobie, jaki Księżyc wskazywał. Nie sztuką jest pokazać Księżyc, sztuką jest dać uczniowi metodę, dzięki której sam otworzy oczy na otaczające go uniwersum, na jego złożoność, współzależność i bogactwo. Ludzi, którzy to potrafili, też miałem szczęście spotkać na swojej drodze.

***

W 1989 r. wstąpiłem w szacowne progi Liceum Ogólnokształcącego im. I Pułku Nocnych Bombowców Kraków w Garwolinie. Bombowce po roku odleciały, a na ich miejsce wjechał na Kasztance marszałek Piłsudski. Tym samym doświadczyłem zamiany patrona, zanim stało się to modne.

To było typowe prowincjonalne liceum. Wtedy jedyne w mieście, więc nie było wcale łatwo się do niego dostać. Mnie udało się psim swędem. Zawaliłem egzamin z matematyki, ale uratowała mnie praca z polskiego, która podobno (nigdy tego nie zweryfikowałem) bardzo przypadła do gustu mojej późniejszej polonistce. I tak wylądowałem w szkole, na której dziedzińcu do samego końca mojej edukacji straż dzierżył zabytkowy samolot. W klasie biologiczno-chemicznej, w której języka polskiego uczyła moja wybawicielka.

Magda, bo tak, między sobą oczywiście, o niej mówiliśmy, miała anielską cierpliwość i była po prostu dobrym człowiekiem, a przy tym naprawdę wspaniałą humanistką. Pokazywała nam literaturę, ale nie dawała gotowych interpretacji. Była nauczycielką otwartą na ucznia w całym spektrum jego możliwości. Pozwalała nam się mylić i błądzić, a my błądziliśmy pewni, że w razie totalnego odbicia z kursu Magda pomoże nam wrócić na właściwą drogę, choćby naokoło, co w sumie zdarzało się najczęściej, ale było też najciekawsze. Nie była typem Bladaczki, który każe zachwycać się Słowackim. Nie była też Johnem Keatingiem, skaczącym po ławkach, ale przecież życie to nie amerykański film.

***

Jedno z pierwszych wspomnień, jakie zachowałem z lekcji polskiego, jest kuriozalne. Zdarzyło mi się ściągać na sprawdzianie ze średniowiecza. Siedziałem na książce i od czasu do czasu zerkałem na zaznaczone strony z opisem „Legendy o św. Aleksym”. Było to tak nieudolne, że zanim zdążyłem cokolwiek spisać – wpadłem.

Zawstydziło mnie nie tylko to, że zostałem przyłapany na oszustwie, ale że zawiodłem oczekiwania nauczycielki, która jak mi później powiedziała, była pewna, że napiszę ciekawą pracę o tym świętym mężu. Nie napisałem nic i oczywiście dostałem gałę. Nigdy potem nie próbowałem już ściągać. Nawet na matematyce.

Nie byłem łatwym uczniem. W swoich pracach sięgałem, gdzie się dało, byle tylko dalej od „wielkiej narodowej literatury”. Szczególnym wstrętem darzyłem, a jakże, romantyzm. Do tego mocno nakręcała mnie lektura Gombrowicza, który był wtedy moim guru. Magda próbowała to jakoś racjonalnie kontrować, ale to było jak rzucanie grochem o ścianę. „Jak ma zachwycać, jak nie zachwyca?” - bezrefleksyjnie paplałem za moim mistrzem Gombro.

W jednym z wypracowań napisałem, że szkoła to maszynka do mielenia młodych umysłów, szkolne uroczystości to szczyt upupienia, a nauczyciele są sadystami. W jednym krótkim tekście zmiksowałem „Another Brick in the Wall” i „Ferdydurke”. Było to żałośnie epigońskie i zwyczajnie infantylne jak na 16-letniego dzieciaka przystało. „Doceniam umiejętność stylizacji, jednak przemyśl dokładnie to, co napisałeś” – napisała w komentarzu nauczycielka. Dostałem dwie oceny: piątkę i tróję. Wtedy tego nie przemyślałem. Wydawało mi się, że to, co napisałem, było znakomitym paszkwilem, a tymczasem, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, przyprawiłem sobie gębę, ubierając swój „bunt” w cudze słowa.

***

Przez cztery lata Magda znosiła moją „nieszablonowość”, wycieczki w najdziwniejsze zakątki literatury od Mistrza Eckharta po Beatlesów, pisanie nie na temat albo częściej w kontrze do tematu i wiele innych drobnostek.

Kiedy w czwartej klasie przyszło nam omawiać „Ferdydurke”, strasznie chciałem zabłysnąć, bo przecież miałem tę powieść w małym palcu, oglądałem spektakl, przeczytałem „Dzienniki”, ale Magda powiedziała tylko: „Piotrek wszystko wie o Gombrowiczu. Nie musi nic mówić”. To było jak satori, w jednej chwili zrozumiałem, że ja tak naprawdę cały czas pływam po powierzchni, że trzymam się uparcie schematu i że to bardzo mi odpowiada, bo jest po prostu wygodne. To była bardzo ważna lekcja, ale jej efekt nastąpił dopiero po wielu latach. Oczywiście dostałem swoją szansę i mogłem uzewnętrznić się ze swoją ówczesną fascynacją, ale ta drobna złośliwość bardzo mi pomogła. To intrygujące móc spojrzeć na siebie sprzed dwudziestu kilku lat z refleksją: „Jak ja teraz potraktowałbym takiego dzieciaka?”. Czy byłbym w stanie wyzbyć się poczucia wyższości, zdobyć na empatię, zrozumienie i akceptację, jakie mi wtedy okazano? Nie wiem. Mam nadzieję, że tak.

***

W wywiadzie z Anną Bikont Irena Sendlerowa powiedziała, że nauczyciele są straszni. „Jak się pracuje z młodymi, to trzeba ich zrozumieć, wszystkie ich potknięcia”. Magda potrafiła to zrozumieć. Wiedziała, że do pewnych wniosków trzeba dojść samemu, a nie być prowadzonym za rękę. Z jednej strony nie chciała na siłę narzucić mi jedynie słusznego poglądu, a z drugiej - temperowała moje często bezproduktywne harce.

Maturę pisałem w 1993 r. Wybrałem temat: „Jak literatura współczesna odzwierciedla problemy i potrzeby naszych czasów. Odwołaj się do znanych ci utworów”.

Nie nawiązałem do ani jednej lektury, za to pełnymi garściami cytowałem klasyków polskiego punk rocka, Orwella. Młodych wtedy poetów, Świetlickiego i Podsiadłę, o których nikomu się jeszcze w szkole nie śniło. Zdałem, bo prace sprawdzali nauczyciele, którzy znali swoich uczniów i oceniali ich z perspektywy czterech lat ciężkich czasami walk na froncie edukacji. Dziś anonimowe arkusze egzaminacyjne sprawdzają „od klucza” przepracowani i zmaltretowani przez władzę anonimowi nauczyciele. Któż miałby czas pochylić się nad wariacką pracą jakiegoś odszczepieńca? To tylko jeszcze jedna cegła w murze.

„…co dzień postrzegam, jak młódź cierpi na tem, że nie ma szkół uczących żyć z ludźmi i światem” – pisał Adam Mickiewicz.

Miałem szczęście do takiej szkoły chodzić, mieć nauczycielkę, która pozwalała mi się intelektualnie wyżywać, nie bacząc na podstawy programowe, wymagania formalne i inne nieszczęścia polskiego systemu edukacji. Po maturze wyjechałem na studia do Lublina i już nigdy jej nie spotkałem.

Magdalena Płatek zmarła prawie 20 lat temu.

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także o innych ludziach, którzy byli dla was inspiracją na całe życie.
 
Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Teksty najlepiej przysyłać za pośrednictwem naszej FORMATKI. Najciekawsze będą publikowane na łamach ogólnopolskiej „Gazety Wyborczej” oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCY DOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
za drugie miejsce – 3333 zł brutto,
za trzecie miejsce – 2000 zł brutto.