Od pierwszego spotkania z naszą klasą zyskał sobie przydomek Woland. Wysoki, w dobrze skrojonym garniturze, lekko utykał na jedną nogę. Nie, nie miał platynowych koronek ani złotych zębów jak profesor czarnej magii z powieści "Mistrz i Małgorzata", ale nam jawił się "jak cudzoziemiec, po prostu ktoś nie z tej ziemi".

- Jest mi obojętne, czy będziecie notować, czy nie, nie będę też sprawdzał, czy w ogóle macie zeszyty - na pierwszej lekcji matematyki zaznajomił nas z zasadami. - Trójkę można u mnie dostać, jeśli gra się nieźle w brydża. Czwórkę - za skuteczne rozwiązywanie zadań. A piątkę - tu zawiesił głos - stawiam wyłącznie za dobrze postawione ciekawe pytania.

Poczuliśmy, że podstawówka się skończyła. Bo to było coś zupełnie innego niż gra w sprawne podawanie dokładnie wykutych odpowiedzi na pytania, które miał prawo zadawać tylko nauczyciel.

Woland nauczył nas pytać, wątpić, poszukiwać, uważnie patrzeć na świat, pozwalał kwestionować stare prawdy.

Oczywiście robił też to, co zwykle kojarzymy z "nauczaniem", czyli pokazywał nowe metody, oswajał z teorią, wyjaśniał, ale nie pozwalał zapomnieć, co jest najważniejsze.

Najmniej liczyło się to, co zapamiętaliśmy czy wyćwiczyliśmy z małpią sprawnością. Bardziej odwaga zmagania się z nieznanym. Najbardziej - uwaga, która pozwalała dostrzec nowe perspektywy.

Z czasem coraz sprawniej wgryzaliśmy się w kolejne problemy, jak stadko zgranych psów w rzucone kości. Jedne poddawały się szybciej, inne trzymały dłużej, jeszcze inne pozostały nierozgryzione do dziś. Zmaganie się z zagadką  dawało radość i satysfakcję. Ten, kto pierwszy dorwał się do rozwiązania, zyskiwał podziw klasy., ale ten kto zadał zagadkę, "rzucił kość" - poza podziwem obsypywany był wdzięcznością. No i dostawał piątkę.

Stawianie pytań i dociekanie weszło nam w krew. Stało się naszą ulubioną grą i byliśmy w tym coraz lepsi.

Kiedy kilka lat temu rozmawiałam z Kennethem Ribetem, specjalistą od algebraicznej teorii liczb, matematykiem, na którego wynikach opiera się dowód wielkiego twierdzenia Fermata, powiedział mi: "Jeśli czegoś żałuję, to tego, że w zasadzie nie umiem wyszukiwać problemów. Jestem psem gończym na zagadki, ale to inni muszą mi je przynieść".

Nawet taki geniusz jak Ribet potrzebuje więc spotkać na swojej drodze Wolanda. 

Woland, czyli Zbigniew Szurig, uczył naszą klasę o profilu matematycznym w warszawskim liceum im. Klementa Gottwalda w latach 1980-82. Zawdzięczamy mu trening myślenia i zamiłowanie do brydża.

*Irena Cieślińska - dyrektor programowa Centrum Nauki "Kopernik" w Warszawie, wcześniej była m.in. redaktorką naczelną miesięcznika „Wiedza i Życie”, pracowała w Katedrze Metod Matematycznych na Wydziale Fizyki UW.

Akademia Opowieści: "Nauczyciel na całe życie"

Rozpoczęła się III edycja Akademii Opowieści. Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także na opowieści o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca. Ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Opowieści można przysyłać za pośrednictwem FORMATKI.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach ogólnopolskiej "Gazety Wyborczej" oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCOM PRZYZNANE ZOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

• za pierwsze miejsce w wysokości – 5556 zł brutto
• za drugie miejsce w wysokości – 3333 zł brutto
• za trzecie miejsce w wysokości – 2000 zł brutto