Oto pierwsze z płockich opowieści...

To była dobra szkoła charakteru

Wojciech WojdaWojciech Wojda www.facebook.com/Farben-Lehre-122942131066964/photos

Wojciech Wojda, muzyk, lider zespołu Farben Lehre:

– Ze swojej podstawówki – nr 7 w Płocku – pamiętam większość nauczycieli, ale jeśli ktoś mógł wywrzeć wpływ na moje życie, to może pani Czerwińska od wychowania muzycznego. Angażowała mnie do śpiewania na akademiach, ukierunkowywała na zasadzie, że to swoje śpiewanie mógłbym rozwijać. Nie, nie wróżyła mi kariery, ale może swój kamyczek do tego, kim jestem, dołożyła.

Pamiętam też wielu nauczycieli z Jagiellonki, uczyłem się w niej w latach 1981-1985. Jako ucznia pierwszej klasy zastał mnie tam stan wojenny, to było duże przeżycie... Ale wracając do tematu – była taka pani profesor, która w znacznym stopniu mnie ukształtowała. Bardzo wymagająca, wyjątkowo ostra, nieznosząca sprzeciwu, bali się jej wszyscy z dyrekcją włącznie. Mówię o pani Zofii Cierpikowskiej, historyczce. Uczyła mnie przez cztery lata, a że byłem w klasie historycznej, więc tych lekcji mieliśmy bardzo dużo.

Nie słyszałem o niej wcześniej. Ale już na pierwszych zajęciach stało się jasne, z kim mamy do czynienia i że łatwo nie będzie. Pani profesor była bardzo charakterną osobą, budziła poważny respekt, ba – nawet strach! To ona ustalała zasady i twardo je egzekwowała. Jak oznajmiła, tym swoim specyficznym tembrem głosu, że dziewczyny nie mają prawa nosić w szkole kolczyków czy malować paznokci, to nie musiała tego nigdy powtarzać. Koleżanki wolały w ogóle nie pójść na jej lekcję, niż się pokazać z kolczykami, jeśli akurat je miały. Była pedagogiem ze starej twardej szkoły życia. Nawet jeśli szła ulicą, to można w niej było rozpoznać nauczycielkę. Zawsze poważna, zdyscyplinowana, nieco surowa.

Pani profesor była bardzo wymagająca. Kiedy szło się do odpowiedzi albo pisało klasówkę, nie było przeproś. Lanie wody nie pomagało, trzeba było wiedzieć, umieć i tylko tym się wykazać. Ale też potrafiła nas nauczyć, większość jej uczniów dostawała się na studia. Sam studiowałem historię na Uniwersytecie Warszawskim i mam przekonanie, że bez profesor Cierpikowskiej takiego wyboru raczej bym nie dokonał. Potrafiła nas zainteresować lekcjami, a nie o każdym nauczycielu można to powiedzieć.

Fakt, że byliśmy tacy pilni także trochę ze strachu, mimo że jej opowieści były ciekawe. Nikt się nie nudził. Oceniała nas sprawiedliwie, ale jak ktoś jej podpadł, potrafiła bezwzględnie udowodnić, że ten ktoś wiele jeszcze musi się nauczyć. Przy tablicy wymaglowała tak, że nie zostawiała delikwentowi szans choćby na tróję; wtedy najgorszą oceną była dwójka.

Pamiętam, jak kiedyś w pierwszym dniu wiosny poszliśmy na wagary. Pani profesor zrobiła na drugi dzień szybkie i skuteczne śledztwo i wydało się, że wśród prowodyrów byłem i ja. Wywołała nas do odpowiedzi i tak przepytała, że zrozumieliśmy, że szkoła jest po to, żeby się w niej uczyć, a nam tej wiedzy jeszcze sporo brakuje.

Nie byłem grzecznym uczniem. Byłem raczej krnąbrny, taki autsajder w klasie, ale pani profesor, choć nie była naszą wychowawczynią, sprowadzała mnie na ziemię. Kiedyś pofarbowałem włosy na blond – wezwała moją matkę, zresztą też nauczycielkę, do szkoły, bo uczniowi takie ekscesy nie przystoją. Kiedyś gadałem na lekcji – przesadziła mnie do pierwszej ławki i konsekwentnie pilnowała, żebym w niej siedział przez cały rok. Co było przykre, bo nie dawało się ściągać... Chociaż to akurat nie miało znaczenia, bo nigdy na klasówkach z historii nie ściągałem, chyba nikt zresztą tego nie robił. Na innych przedmiotach – a jakże, owszem! U pani profesor to nie przechodziło, nikt się nie ośmielał, taki czuliśmy respekt. Trzeba było umieć i już.

Nie lubiła ani lizusów, ani autsajderów. Musiałem się dobrze wysilić, żeby przechodzić u niej z klasy do klasy. Jako uczeń uważałem, że jest strasznie, koleżanki czasem płakały po lekcji historii. Ale im bardziej płynęły lata po maturze, tym mocniej doceniałem profesor Cierpikowską. Dziś widzę, że to była najlepsza nauczycielka w moim życiu. Dla mnie to legenda Jagiellonki. W podświadomości wciąż mi tkwi, że: Wojda, żeby coś osiągnąć, musisz się napracować, bo wciąż wszystkiego nie wiesz. I paradoksalnie jej zawdzięczam m.in. to, że jestem w życiu zadziorny i zawzięty, i potrafię walczyć o swoje.

Pan doktor sadzał mnie w ławce z tatą

Edward MyseraEdward Mysera MACIEJ TARKA

Edward Mysera, oficer prasowy komendanta miejskiego Państwowej Straży Pożarnej w Płocku:

– Jestem płocczaninem z Radziwia, tam chodziłem do SP nr 5. Potem – do Technikum Samochodowego, popularnej samochodówki. To były jeszcze lata 80. I właśnie w tej szkole spotkałem nauczyciela, o którym mogę powiedzieć, że tak, on wywarł wpływ na moje życie.

Mieliśmy bowiem fantastycznego wychowawcę. Był to pan doktor Marian Chudzyński, historyk związany mocno z Towarzystwem Naukowym Płockim. Nie zwracaliśmy się do niego, jak to zwyczajowo było w szkołach średnich, „panie profesorze”, ale właśnie „panie doktorze”. I teraz też w myślach czy rozmowie tak właśnie go tytułuję. Wtedy był chyba jedynym w Płocku nauczycielem szkoły średniej z takim tytułem naukowym.

Jak na ówczesne czasy pan doktor miał bardzo nowatorskie podejście do uczniów i ich rodziców. Nas w sposób celowy i świadomy traktował jak osoby dorosłe. Twierdził, że jako dorośli mamy prawo usłyszeć to, co ma do powiedzenia naszym rodzicom na wywiadówkach. Dlatego wprowadził zasadę – rodzic na zebranie klasowe ma obowiązek przyjść ze swoim dzieckiem. Oj, pamiętam, jak siedziałem z ojcem w jednej ławce. Pan doktor rozdawał kartki z ocenami i frekwencją, i my, uczniowie, mogliśmy od razu to weryfikować. Nie było, że w domu ktoś twierdził, że to nie jego marne oceny, że wychowawca się pomylił i np. wpisał nieobecności kolegi.

Uczestniczyliśmy w całej wywiadówce, od początku do końca. Każdy z nas musiał wysłuchać opinii pana doktora o każdym z nas – o postępach w nauce, zachowaniu, porażkach, osiągnięciach... No dobrze, przyznam szczerze – wtedy nie lubiłem tego, bo to były bardzo niekomfortowe sytuacje dla młodego człowieka. Ale jednocześnie uczyły nas one odpowiedzialności. Za siebie, za całą klasę. Bo tak – przychodziła myśl, ochota, żeby coś „zakombinować”, zrobić jakiś szkolny wygłup, normalnie, jak to u uczniaków w tym wieku. Ale jednocześnie była świadomość, że będziesz się za to musiał rozliczyć, nauczyliśmy się przewidywać skutki naszych postępków.

Dziś, z perspektywy czasu, oceniam, że to był prawdziwy majstersztyk wychowawczy pana doktora w kształtowaniu mnie jako człowieka, całej naszej klasy. Tak, my byliśmy już wtedy bardziej odpowiedzialni niż inni koledzy. I tę odpowiedzialność czuję przez całe życie, zarówno w rodzinie, jak w pracy zawodowej. Mam dwóch synów i udało mi się ich wychować, jak chciałem, na dobrych ludzi. Mam poczucie, że ten sukces ojcowski zawdzięczam zasadom wyniesionym z samochodówki.

Ale panu doktorowi zawdzięczam coś jeszcze. Bo on jednocześnie uczył nas historii. Klasa liczyła około 30 uczniów, to były same chłopy. I jak wszyscy młodzi, byliśmy pełni życia, trzymały się nas dziwne pomysły i na pewno nie stanowiliśmy legionu aniołów. Na lekcjach z innych przedmiotów nieraz głupoty przychodziły do głów. Wyjątkiem była tylko historia, na tej lekcji zawsze panowała cisza. Nie dlatego, że baliśmy się wychowawcy. On po prostu miał u nas wyjątkowy autorytet. Skoro traktował nas jak dorosłych, to dla nas było to duże zobowiązanie.

Do lekcji był zawsze bardzo dobrze przygotowany, a wiedzę miał ogromną. Pamiętam np., jak „przerabialiśmy” II wojnę światową. Pan doktor omawiał zagadnienia i nagle – przerywnik. Zaczął mówić o Płocku – co się w tym czasie tutaj działo, sypał anegdotami i ciekawostkami. To dla nas było bardzo interesujące i inspirujące, bo cała ta wiedza historyczna przeniesiona do naszego miasta, na nasze ulice stawała się czymś realnym, zrozumiałym, prawdziwym.

Dzięki panu doktorowi historia stała się dla mnie, ucznia technikum, ulubionym przedmiotem. W dorosłym życiu wciąż się historią interesuję. Lubię poznawać różne miejsca właśnie przez pryzmat ich dziejów – i to niekoniecznie tych opisanych w książkach. Lubię zbierać różne ciekawostki i słuchać opowieści świadków przeszłych dziejów. Czasem się wtedy uśmiecham, bo nagle przed oczami stają mi lekcje historii z doktorem Chudzyńskim i jego opowieści snute na podstawie własnych badań.

Na siedmiu wzgórzach piętrzy się Rzym

Ewa Woźniak, wieloletnia dyrektorka SP nr 23 w Płocku:

– Pierwszymi, najważniejszymi nauczycielami są moi rodzice. Tata był nauczycielem historii, a mama przez chwilę nauczycielką chemii i fizyki. To oni nauczyli mnie odpowiedzialności, szacunku dla drugiego człowieka i troski o bliskich – głównie własnym przykładem.

W trakcie edukacji szkolnej miałam szczęście być uczoną przez wielu wspaniałych pedagogów, od których przejęłam, mam nadzieję z powodzeniem w swojej pracy, istotne dla mnie wartości. W Małachowiance pani Irena Nyckowska potrafiła za pomocą ciekawych anegdot i barwnych opisów zainteresować historią. Dzięki niej pamiętać będę zawsze datę powstania Rzymu – bo „na siedmiu wzgórzach piętrzy się Rzym".

Pani Sabina Szul jest dla mnie przykładem nauczyciela, który potrafi przekonać ucznia, że najważniejsze jest własne poszukiwanie wiedzy i jej interpretacja. Dzięki niej literatura jest dla mnie ciągle przyjemnością i nieodkrytym światem.

A Szkoła Podstawowa nr 12, do której chodziłam? Pani Danuta Strzelecka to człowiek pasja. Dla niej biegałam z radością na próby chóru szkolnego, odkryłam przyjemność śpiewu, tańca i dzielenia się tym z innymi. I wreszcie pani Zofia Drejer – moja pierwsza nauczycielka. Ostoja spokoju i sprawiedliwości. Roztoczyła nade mną swoje opiekuńcze skrzydła ponad 50 lat temu, i choć to ona postawiła mi pierwszą dwóję za to, że zamiast liczyć na patyczkach, udawałam palenie papierosów, zawsze będę Ją kochać i czule wspominać.

W biegu dnia codziennego nie zastanawiamy się nad tym, jaki wpływ mają na nas i nasze decyzje ludzie, których spotykamy na swojej drodze życia. Nauczyciele są z pewnością jednymi z ważniejszych.

Sroga była moja wychowawczyni...

Anna Lewandowska, dziennikarka „Gazety Wyborczej Płock”:

Który nauczyciel był dla mnie najważniejszy? Nie mam wątpliwości, że moja wychowawczyni od pierwszej do ósmej klasy szkoły podstawowej – pani Irena Romanowska. Choć bywała sroga, choć czasem niejedno z nas się popłakało, to na mnie z pewnością wywarła duży wpływ.

Trochę o czasie i miejscu akcji. Rodzice moi i moich koleżanek i kolegów to było pokolenie, którego dzieciństwo przypadło na ciężki okres okupacji i stalinizmu. Wychowywali się w ciężkich warunkach, nauczeni byli, że nie ma przeproś, każdy, nawet dzieciak, musi się starać i walczyć o swoje życie, przyszłość. Bywało, że mieli ciężkie ręce dla swoich pociech, stawiali duże wymagania. Do tego pokolenia należała też pani Romanowska, o której dopiero po latach dowiedziałam się, że praktyki nauczycielskie miała pod okiem mojej babci Heleny Kamińskiej (przed przejściem na emeryturę uczyła w SP nr 4 przy wieży ciśnień). Babcia była ze starej szkoły, dawała liniałem łapy uczniom, którzy np. nie znali daty bitwy pod Grunwaldem.

Moja pani z podstawówki była bardzo ładna, to pierwsze, co zauważyłam jako szczerbata pierwszoklasistka. Jakoś ta uroda rzucała się w oczy. Witała nas w progach szkoły serdecznie, ale potem już nie było tak łatwo. Pani Romanowska wymagała bezwzględnie przestrzegania zasad. Fartuszki musiały mieć zawsze czyste białe kołnierzyki (sprawdzała to codziennie, więc staranne mycie szyi chyba każdemu z nas weszło w nawyk na całe życie). Tarcza szkolna – obowiązkowa. O włosy były całe przeboje: chłopaki musieli się strzyc na zapałkę, dziewczynom nie wolno było chodzić „jak topielice” – z rozpuszczonymi. Kiedy byliśmy już starsi, rygory zostały poluzowane, pozwalała nosić kolorowe fartuchy z dederonu, nawet bez kołnierzyka albo też z kolorowym, ale o żadnych „zieleniakach” ani „czerwoniakach” (tak mówiła na bluzki w tych kolorach) nawet nie wolno było pomarzyć. Efekt był taki, że na pierwsze lekcje w Małachowiance też wparowałam w fartuchu szkolnym, co spotkało się z wielkim zdumieniem.

To wszystko może rodzić mylne wrażenie, że moja wychowawczyni była okropna. Ale to nieprawda. Ona nam po prostu matkowała, wpajała szacunek dla zasad. A te zasady popierali nasi rodzice, wzywani bardzo często do szkoły, bo pani uważała, że muszą wiedzieć, jak się uczymy, jak zachowujemy, jakie mamy problemy.

Nieraz taka wizyta rodzica w szkole kończyła się boleśnie, bo lanie było jeszcze sankcjonowanym społecznie środkiem wychowawczym, ale nasza pani potrafiła też interweniować w naszym imieniu. Przekonywała rodziców, że powinni puścić ucznia na klasową wycieczkę, pozwolić jechać na letni obóz, a kary nie są jedyną metodą wychowawczą.

Od czwartej klasy pani Romanowska uczyła nas historii. Starożytność czy np. renesans jeszcze jakoś dawało się przepchnąć bez szkody dla nauki, ale im bliżej czasów współczesnych, tym trudniej było jej tak nas uczyć, by jednocześnie nie indoktrynować. My wiele rzeczy wiedzieliśmy z domów – o gnębieniu kułaków tuż po wojnie, o wymordowaniu polskich oficerów w Katyniu... Ona też czasem coś o tym wtrącała podczas lekcji. I choć nigdy nie powiedziała, że to jest tajemnica, nauczyła nas, że nie jest bezpiecznie obnosić się z taką wiedzą. Pamiętam, jak na tzw. górnej sali zebrała się cała szkoła na spotkaniu z kombatantem, który chyba przeszedł szlak od Lenino do Berlina. Mówił długo, nudziliśmy się, więc zaczęłam naszeptywać na ucho z kolegą, że zapytamy go o Katyń. Pani Romanowska jakimś cudem to usłyszała i pogroziła nam palcem tak, że pomysł od razu zarzuciliśmy. Było to jak przypieczętowanie wspólnej wiedzy tajemnej... I potwierdzenie, że ma ona dużą wagę.

Szczególnie utkwiło mi w pamięci jedno wydarzenie, bardzo się tego wstydzę... Czytaliśmy na lekcji na głos opowiadanie o Oświęcimiu. Więzień topił się w kloacznym dole. Ktoś coś do mnie powiedział, niezwiązanego z lekturą, straciłam czujność, roześmiałam się. – Jak śmiesz, właśnie ty!? Co cię śmieszy w tej tragedii?! – moja pani krzyczała i prawie miała łzy w oczach.

Nauczyłam się na całe życie, że są sprawy, wobec których nigdy i w żadnych okolicznościach nie można zachować się jak głupek.

Dyrektorka organizowała niedzielne spotkania

Marek Chojnacki, przedsiębiorca, wieloletni wiceprezes Towarzystwa Małachowiaków:

– Sytuacja, jaka się wytworzyła aktualnie w szkolnictwie, spowodowana przez niezręczność i złą wolę rządzących, pobudziła moje wspomnienia z lat szkolnych i zadumę nad wartościami z tych lat wyniesionymi. Z całym szacunkiem odnoszę się do swoich pedagogów, którzy mieli zdecydowany wpływ na rozwój mojej osobowości. Byli to ludzie dojrzali emocjonalnie i życiowo; młodzi w tamtych czasach nie zdawali sobie sprawy z ich tragicznych przeżyć spowodowanych II wojną światową i jej następstwami.

W 1954 r. rozpocząłem edukację w popularnej w Płocku Szkole Podstawowej nr 2. Pamiętam swoją ulubioną panią polonistkę Łebkowską, która ciepłem i spokojem łagodziła dziecięce emocje. Z perspektywy czasu oceniam, że była to osoba myśląca pozytywnie. Kierownikiem szkoły był wtedy pan Gawroński.

Potem Małachowianka i bardziej bogate wspomnienia. Magia tego liceum polegała na historii, tradycji i zapamiętanej kadrze. Już w tamtych czasach podziwiałem za odwagę panią prof. Kazimierę Kawę, polonistkę, która oprócz normalnych zajęć organizowała niedzielne spotkania, na których omawiała literaturę pozaprogramową i nieco pomijanej historii. Prof. Karaskiewicz – to przykład elegancji, dobrych manier i zdolności pedagogicznych. Nauczyciele historii nie bali się wskazywać pominiętych zdarzeń z naszych dziejów, a przy tym potrafili chłodzić gorące młodzieńcze głowy. Tamci pedagodzy wzbudzali zainteresowanie różnymi dziedzinami, ucząc jednocześnie sposobów docierania do informacji.

Wartościami, jakie w nas wpajano, były m.in. przestrzeganie prawa, np. „Dura lex, sed lex” (to z łaciny od prof. Brudnickiej), patriotyzm poprzez pracę – „Przez naukę do gwiazd”, przyzwoitość, wrażliwość na dobro społeczne, zainteresowanie światem i podróżami. Cześć i chwała naszym życiowym przewodnikom.

Oczywiście w ukształtowaniu osobowości duże znaczenie miał też dom rodzinny. Wtedy obowiązywało stwierdzenie, że „nauczyciel ma zawsze rację”. A teraz?

Obserwując aktualną sytuację, zastanawiam się, jakich nauczycieli mieli i co wynieśli ze szkół obecni rządzący. Jak można tak deprecjonować zawód nauczyciela, pedagoga? Niestety, mniemam, że nie rozumieją stwierdzenia Jana Zamojskiego „Takie będą Rzeczypospolite, jakie ich młodzieży chowanie”.

Akademia Opowieści: "Nauczyciel na całe życie"

Rozpoczęła się III edycja Akademii Opowieści. Czekamy na wasze opowieści o nauczycielach z podstawówki, liceum, uczelni, ale także na opowieści o waszych mistrzach życia. Może nim być wasz szef, kolega, wychowawca. Ktoś, kto był dla was inspiracją na całe życie. Zachęcamy, byście nam o nich napisali.

Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ. Opowieści można przysyłać za pośrednictwem FORMATKI.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach ogólnopolskiej "Gazety Wyborczej" oraz w jej wydaniach lokalnych lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane prace wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców.

ZWYCIĘZCOM PRZYZNANE ZOSTANĄ NAGRODY PIENIĘŻNE:

• za pierwsze miejsce w wysokości – 5556 zł brutto
• za drugie miejsce w wysokości – 3333 zł brutto
• za trzecie miejsce w wysokości – 2000 zł brutto