KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Obraz, jaki utkwił jej w pamięci z Syberii, to leżąca na pryczy w baraku kobieta. Nie mogła się podnieść, była chora. Mówi do innych: dajcie mi chociaż kęsek chleba, żebym poczuła jego smak przed śmiercią. Żadna z nich jednak chleba nie miała. Dopiero po pracy otrzymywały 40 gram, które zjadały wieczorem.

– Razem ze starszą siostrą jeździłyśmy 30 kilometrów wąskotorówką i pracowałyśmy na torfowisku przy produkcji cegieł. Jak jednego dnia wykonało się normę, to drugiego była już ona podwyższona. Ale dzięki temu miałyśmy więcej chleba i zupy, dzięki czemu mogłyśmy się podzielić z dziadkami, którzy nie pracowali. Pamiętam, jak moja najmłodsza siostra ciągle płakała, że jest głodna. Włożyłam chlebek w szmatkę i ona ją ssała. Ssąc ten chlebek, zasypiała – opowiada Helena Dolińska (z domu Olszewska), prezes Koła Związku Sybiraków w Opolu, która w chwili wybuchu wojny miała zaledwie sześć lat. Jej rodzina mieszkała na Podolu. Zostali wywiezieni 10 lutego 1940 roku. – Wieźli nas tygodniami w bydlęcych wagonach. Gdy urodziło się dziecko, wyrzucano je z pociągu. Wagony były pełne nieżywych – mówi kobieta.

Dziesięć rubli za modlitwę

Za Uralem zastali drewniane baraki i 40-stopniowy mróz. – Nie wolno było nam się modlić, enkawudziści bardzo tego pilnowali, karali za to. Pamiętam, jak jeden z nich stracił córkę, wpadła pod pociąg. Przyszedł do mojej babci, był zrozpaczony. Dał jej dziesięć rubli i prosił, żeby pomodliła się za jego córkę. „To jest niemożliwie, że mojego dziecka już nie ma” powiedział mojej babci – relacjonuje pani Helena.

Dzisiaj, po tylu latach, nie jest w stanie wyobrazić sobie, że to wszystko można było przeżyć. – Zimno, nie ma w co się ubrać, głód. Tatuś poszedł na wojnę, chciał dołączyć do armii Andersa, zostawił mamie swoją bieliznę. Mama pokonywała 60 km w głąb Syberii, żeby wymienić rzeczy po ojcu na jakiekolwiek jedzenie. Trzeba było wymyślać różne sposoby na ratowanie – mówi Helena Dolińska.

Dobrze pamięta, jak przyszła Wigilia. – Na stołówce moja mama znalazła zmarznięty ziemniak, przyniosła go, mówiąc, że zawsze na wigilię u nas były pierogi, a teraz podzieli się z nami tym ziemniaczkiem – wspomina.

Jednak doskonale zdawali sobie sprawę, że gdyby nie wywózka na Sybir, najpewniej zginęliby z rąk Ukraińców. – To, co ludzie przeszli na Kresach Wschodnich, trudno sobie wyobrazić. Z jednej strony Niemcy, z drugiej Rosjanie, i do tego jeszcze Ukraińcy zaczęli mordować. Kryliśmy się w pryzmach śniegu, wszędzie, gdzie się dało – opowiada pani Dolińska.

Gdy już jako dorosła zaczęła sprawdzać korzenie swojej rodziny na Podolu, okazało się, że mieszkali tam od lat, z dziada pradziada. – Wszyscy razem żyli zgodnie, co się nagle stało? Banderowcy krótko powiedzieli, że wymordują Polaków, żadnych przesiedleń nie będzie. Gdy zaczęli mordować, rodzina taty była zdumiona. Mówili, że mieszkają od dawna, że im nie zrobią krzywdy, że ich nie wymordują. Okazało się, że wszystkich 25 wymordowali w ciągu jednej nocy. Ocalał tylko jeden mój kuzyn, który wchodząc do domu, zobaczył, jak jego siostra leży z poderżniętym gardłem. W rękach trzymała dziecko, które też zostało zabite – mówi.

Tam zawsze była Polska

Jako jedna z nielicznych rodzina pani Heleny (czworo rodzeństwa, rodzice, dziadkowie) w całości wróciła z Syberii. To były naprawdę bardzo rzadkie przypadki. Często z dziesięcioosobowej rodziny przeżywało jedno dziecko, które trafiało później do domu dziecka. 1945 rok zastał ich w kołchozie na Ukrainie, przymierali z głodu, wraz z siostrą dosłownie żebrała o jedzenie. Wojna się skończyła, a zesłańcy byli pozostawieni sami sobie. W 1946 roku wrócili do Polski. Niektórzy wracali w rodzinne strony, ale granice się zmieniły i część polskich terenów otrzymała Ukraina. Ojciec postanowił, że pojadą do Wielkopolski, bo tam zawsze była Polska. Powiedział, że stamtąd nigdzie ich nie wywiozą. Tam tato pani Heleny znalazł gospodarstwo, więc mogli zająć się uprawą warzyw. – Było lepiej, bo były chleb i ziemniaki – mówi kobieta.

Z pieniędzmi było krucho, więc edukacja rodzeństwa stanęła pod znakiem zapytania. Ostatecznie jednak pani Helenie udało się wyjechać na studia do Szczecina.

Do Opola przyjechała w ramach tzw. nakazu pracy. Miała zostać trzy lata, została na zawsze. Przełomowy był dla niej rok 1991, gdy na Opolszczyźnie powstał Związek Sybiraków. Na początku liczył 2,5 tysiąca osób, teraz w całym województwie jest ok. 800 osób, w samym Opolu 90.

– Od samego początku zakładałam związek, zależało mi, żeby o nas, o tym, co przeżyliśmy, nie zapomniano. O tym się bardzo mało mówi, a Polacy przeszli niesamowite cierpienia. Dlatego zabiegałam o to, by most w Opolu nosił nazwę sybiraków, w rynku została umieszczona stosowna tablica, utworzona symboliczna mogiła, mamy też sztandar Sybiraków poświęcony przez Jana Pawła II – wylicza Dolińska.

W gronie sybiraków rozmowy toczą się na różne tematy. Czasami odwiedzają panią Helenę (dyżuruje w każdą środę w swoim biurze), żeby po prostu posiedzieć razem, pomilczeć. Wystarczy, że na siebie spojrzą. Pani Helena podkreśla, że środy są dla niej święte, na te dni nawet nie umawia się do lekarza.

Wciąż mnóstwo emocji

– Znam wszystkie historie naszych członków, te przeżycia były bardzo różne. Staramy się im pomagać, pytamy, kto jakiej pomocy potrzebuje, czy ma uprawnienia kombatanckie, czy inwalidztwo wojenne – zaznacza.

W poniedziałek, 17 września czuła się osłabiona, nie miała sił. Zastanawiała się, czy da radę wziąć udział w uroczystościach upamiętniających 79. rocznicę agresji Sowietów na Polskę i przypadający w tym samym terminie Dzień Sybiraka.

– Stwierdziłam jednak, że idę, że skoro jako małe dziecko o głodzie i chłodzie zostałam wywieziona, to w kościele dam radę. Jak można nie pójść, kiedy msza jest w intencji zesłańców? W kościele cały czas płakałam, nie mogłam się powstrzymać, bo miałam wszystko przed oczami – mówi.

Statystyki dotyczące liczby osób wywiezionych na Sybir są różne. Niektóre mówią o 350 tys., inne o ponad 500 tys. Związek Sybiraków twierdzi, że wywieziono na Wschód 1,3 mln osób.

Konkurs dla Czytelników - napisz opowieść i wygraj 5 tys. zł!
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki którym zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 30 września 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.


Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto.

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.