KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Polska zawsze była krajem różnorodnym kulturowo, etnicznie i wyznaniowo. Korzenie genealogiczne wielu z nas sięgają odległych krain Wschodu i Zachodu, Północy i Południa. Dziś opowiem Wam o moim dziadku – Polaku, w którego żyłach nie płynęła ani jedna kropla „polskiej krwi”, i o jego rodzeństwie.

***

Jest ostatnia dekada XIX wieku. Do Warszawy zjeżdża młode małżeństwo, obywatele CK Austro-Węgier: Zygmunt Karol Allina i Julia, z domu Rauch. W 1894 r. urodził się tu ich pierworodny syn Karol, mój dziadek. Rok później na świat przyszła Stefcia, a w 1896 r. urodził się najmłodszy z tej trójki Bogusław.

Zygmunt razem z niejakim panem Laurysiewiczem utworzyli spółkę handlową pod szyldem Allina & Laurysiewicz. Zajmowali się ceramiką sanitarną, sprowadzając kafelki z różnych krajów, w tym kafelki ozdobne z Holandii. Do dziś w Kamienicy pod Messalką przy Krakowskim Przedmieściu w Warszawie zachowały się ich kafle w dawnej łaźni miejskiej. Firma działała prawdopodobnie do wybuchu I wojny światowej. Jedyną pamiątką po tej spółce, jaką posiadam, jest bardzo ciekawa witrynka z tabliczką z nazwą firmy.

Karol i Bogusław, jak to warszawskie urwisy, po lekcjach a to wałęsali się ulicami miasta, a to wskakiwali na stopnie tramwaju, by dla zabawy przejechać parę przystanków. Chadzali też na dworzec Kolei Warszawsko-Wiedeńskiej, by gwizdkami podrażnić konduktorów niezadowolonych z tego podważania powagi ich funkcji. Żyli sobie beztrosko, w odróżnieniu od siostry Stefci, dziewczynki szalenie poważnej, trzymającej się raczej mamy, która wpajała córce dumę z czeskiego pochodzenia i ojczystej kultury. Chłopcy żyli tu i teraz, czuli się częścią tego świata, i do głowy im nie przychodziło, że mogłoby być inaczej. Kształcili się i wyrastali na zwykłych Polaków. Lecz gdy w 1914 r. wybucha wojna światowa, dowiadują się, że są obywatelami Austro-Węgier. Opuszczają dom rodzinny i udają się na wschód, do Ufy, gdyż jako obywatele wrogiego państwa zostali przez władze carskie zmuszeni do wyjazdu w głąb kraju. Tak rozpoczęła się ich wielka tułaczka, ze służbą w polskich legionach włącznie, zakończona w niewiarygodnych okolicznościach już po odzyskaniu przez Polskę niepodległości. Krótko mówiąc, dwaj bracia – jeden, wędrując z przygodami, często na piechotę, z dalekiej Syberii na zachód, i drugi, kierując się wraz ze swoim oddziałem na wschód, aż do Japonii, nie wiedząc nic o sobie, powrócili tego samego dnia do domu w Warszawie. Tyle że Warszawa była teraz stolicą niepodległej Polski. Postanowili więc uregulować kwestię obywatelstwa. Z tego, co wiemy, ich pochodzący z Czech rodzice stali się teraz obywatelami nowego państwa, Czechosłowacji. Synowie natomiast czuli się Polakami i wystąpili o nadanie polskiego obywatelstwa, które zostało ostatecznie przyznane obu braciom.

Po syberyjskiej epopei i ukończeniu studiów Karol i Bogusław podjęli pracę w nowej firmie swego ojca. Tym razem była to Sztuka Ludowa stanowiąca coś na kształt pierwowzoru przyszłej Cepelii. Allinowie zamawiali wyroby u ludowych artystów i sprzedawali je w Warszawie, ale też eksportowali do USA. Były to wyroby codziennego użytku o walorach dekoracyjnych. Z czasem Karol odszedł z firmy. Bogusław pozostał i po śmierci ojca ciągnął ten interes sam. Sklep firmowy mieścił się na rogu Świętokrzyskiej i Mazowieckiej i dotrwał do września 1939 r., gdy niemiecka bomba mocno naruszyła tę narożną kamienicę; oznaczało to początek końca tej działalności gospodarczej.

***

Kilka lat po powrocie z syberyjskiej tułaczki Karol poznał Gretę, moją późniejszą babkę. Greta była córką węgierskiej zasymilowanej Żydówki z Użgorodu i wówczas już nieżyjącego CK oficera spod Innsbrucka. Karol i Greta pobrali się w Użgorodzie. Tam też w maju 1928 r. urodził się mój ojciec Feliks Allina. Rodzina szybko wróciła do Warszawy i Feliks, podobnie jak wcześniej jego tata, wychowywał się na Żoliborzu. Gdy w 1932 r. umiera jego dziadek Zygmunt Karol, Feliks ma cztery lata, a brat Zygmunt Janusz przyjdzie na świat dopiero za rok.

Tymczasem Karol, znów do spółki z przedstawicielem rodziny Laurysiewiczów, a także trzecim partnerem, tworzy firmę handlu zagranicznego DAL (od nazwisk założycieli). Biznes się rozkręca między innymi dzięki świetnym czeskim kontaktom dziadka. Tuż przed wojną firma angażuje się w realizację zakupów na rzecz polskiego wojska. DAL sprowadza do kraju dużą partię ciężarówek Tatra. Niestety, większa część zamówionych pojazdów nie dociera do odbiorców – Czechy są już kontrolowane przez Niemców, którzy kładą łapę na dostawach sprzętu do Polski. Partia pojazdów utknęła na granicy.

Boże Narodzenie 1939 r. Karol spędza z rodziną w Użgorodzie i zaraz potem wyrusza w dalszą drogę na południe. Dociera do północnej Afryki i Palestyny, gdzie będzie służył w polskim wojsku prawie do końca wojny. Po śmierci Zygmunta Karola pochowanego na Powązkach (pierwszy Allina, który tu spoczął) rodzina przystąpiła do porządkowania jego papierów. Uzyskana wtedy wiedza o pochodzeniu rodziny okaże się dla nich szokująca. Dzieci zmarłego, osoby wówczas trzydziestoparoletnie, dowiedziały się o istnieniu braci ich ojca. Przy czym z odnalezionej korespondencji jasno wynikało, że mieszkający w Wiedniu stryjowie są Żydami oraz że prawdopodobnie rodzina ojca nigdy nie zaakceptowała jego konwersji, a zapewne i małżeństwa z katoliczką. Nie wiemy, czy trójka dzieci Zygmunta próbowała rozmawiać na ten temat z matką i czy byli świadomi, że i ona była konwertytką. Wiemy, że wywiązali się z obowiązku powiadomienia swoich stryjów o śmierci brata. Postanowiono jednak, że świeżo odkryta tajemnica zostanie z powrotem upchnięta w szafie. Żaden z braci Zygmunta nie przeżył wojny; Karol, Stefania i Bogusław przeżyli…

***

Po wojnie Karol podjął pracę w Gdyni w związku z programem budowy polskiej gospodarki morskiej. Jednak nie trwało to długo. Jakiś donos o „burżuazyjnej” proweniencji, ktoś „życzliwy” w otoczeniu i Karol Allina zostaje objęty zakazem przebywania w strefie przygranicznej. Praktycznie zesłani w głąb kraju Karol z Gretą zamieszkali w Pabianicach, w nędznym baraku. Karol zajął się tłumaczeniami, dawaniem lekcji języków obcych oraz działalnością w środowisku poliglotów. Mieszkali tam niemal do połowy lat 60., gdy ich młodszy syn, mój stryj – zdolny chemik z niezłymi perspektywami zawodowymi – dostał przydział mieszkania na warszawskim Żoliborzu. Oboje umierają w 1967 r. Bogusław zaś pracował po wojnie w handlu zagranicznym; zmarł w 1959 r.

Pora wspomnieć na koniec ciocię Stefę. Kształciła się w szkołach muzycznych, pobierała nauki u niemieckich mistrzów, a w latach 20. i 30. rozwijała się jej kariera pianistki i pedagoga. Występowała i nagrywała dla Polskiego Radia jeszcze w latach 50. Jej praca pedagogiczna trwała od 1929 r., gdy objęła stanowisko w katowickim konserwatorium, późniejszej Akademii Muzycznej. Pracowała tam, z przerwą w okresie okupacji hitlerowskiej, do emerytury, na którą przeszła na przełomie lat 60. i 70., przenosząc się do Warszawy. Wśród jej uczniów był m.in. Piotr Paleczny, laureat Konkursu Chopinowskiego w 1970 r. Okres okupacji spędziła w Warszawie aż do wywiezienia po powstaniu warszawskim do Wrocławia na roboty. Tam zastał ją koniec wojny. Stefa była osobą bardzo aktywną. Przed wojną zaangażowała się w popularyzowanie muzyki Beethovena. A w czasie okupacji pracowała w ramach tajnego nauczania. Ponadto Stefania Allinówna (pod tak brzmiącym nazwiskiem występowała) dawała koncerty, publiczne i tajne, w prywatnych mieszkaniach, gdy pozwalała sobie grać utwory polskich kompozytorów, nawet Chopina. Zresztą już przed wojną chętnie włączała do swego repertuaru kompozycje cenionych przez siebie polskich twórców. Ciocia Stefa była darzona powszechnym szacunkiem jako osoba o nieposzlakowanej opinii, uczciwa, dobra i otwarta na człowieka. Była też zaangażowana w działalność społeczną w Stowarzyszeniu Polskich Artystów Muzyków, zajmując się opieką nad starszymi i potrzebującymi wsparcia muzykami. Ciocia zmarła, mając 93 lata.