KONKURS AKADEMIA OPOWIEŚCI - WYGRAJ 5 TYS. ZŁ!

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Żywiołem mojego ojca było morze. Urodził się w 1925 r. w Modlinie, gdzie jego ojciec pracował w stoczni rodzącej się Polskiej Marynarki Wojennej. Wkrótce potem rodzina przeniosła się wraz ze stocznią na gdyńskie Oksywie. Tam dorastał i uczył się w szkole powszechnej. W wolnym czasie pływał w morzu, łowił ryby i biegał z kolegami do willi admirała, aby głośnym „Dzień dobry, panie Marszałku!” pozdrowić spędzającego tam wakacje Piłsudskiego. Wyrastał w atmosferze entuzjazmu budowniczych odrodzonej Polski i jej okna na świat - Gdyni. W domu, w szkole i w harcerstwie uczył się patriotyzmu i miłości do morza i polskiego skrawka wybrzeża. Gdy w 1939 r. ukończył szkołę powszechną, oczywistym wyborem było gimnazjum mechaniczne, po którym miał zostać mechanikiem okrętowym. Historia zadecydowała inaczej.

1 września Oksywie znalazło się w ogniu walk, wkrótce potem większość polskich mieszkańców wysiedlono z niemieckiego teraz Gotenhafen do Generalnego Gubernatorstwa. Znalazł się z rodziną w Warszawie, zamieszkali na Mariensztacie. Zaczęła się walka o przetrwanie, próby kontynuacji nauki, wreszcie konspiracja. Wiosną 1944 r. „spalony” w Warszawie trafił do AK-owskiego oddziału partyzanckiego „Ostoi” w Jacie koło Łukowa. 22 lipca wziął udział w bitwie z Niemcami, wspomaganymi przez Ukraińców, w okolicach wsi Gręzówka. Starcie skończyło się klęską partyzantów. Ranny w nogę leżał w lipcowym upale na pobojowisku i widział, jak Ukraińcy po kolei dobijają jego rannych kolegów. Na jedynym posiadanym skrawku papieru – 20-złotówce – napisał: „Koledzy, powiedzcie Matce, że zginąłem za Ojczyznę”, i czekał na śmierć. Ominęli go, wzięli za nieżywego. Udało mu się odczołgać do pobliskich zabudowań. Zabrany w nocy przez kolegów został przetransportowany do Warszawy. Po kilku dniach wybuchło powstanie. Spędził je w szpitalu pośród bombardowań, cierpiąc straszny głód. Po upadku powstania rozciął gips na nie całkiem jeszcze zrośniętej nodze i o kulach wyszedł z ludnością cywilną do obozu przejściowego w Pruszkowie. Trafił jako robotnik przymusowy do bauera w Niemczech, a po wyzwoleniu uczył się w polskim liceum w Lubece. Przekonany, że cała rodzina zginęła w Warszawie, znając sytuację w rządzonym przez komunistów kraju, zdecydował się na emigrację do Kanady. Wtedy dowiedział się, że wszyscy – ojciec, matka i dwoje rodzeństwa – przeżyli wojnę. Odnalazł ich przez Czerwony Krzyż. Zamiast w Kanadzie wkrótce wysiadł ze statku w Szczecinie.

***

Wrócił do Warszawy, gdzie mieszkała matka, zrobił maturę w liceum mechaniczno-samochodowym. Studiów wyższych nigdy nie podjął. Chciał studiować wieczorowo na politechnice, ale w tamtych czasach wymagało to skierowania z miejsca pracy. Na przeszkodzie stanęła AK-owska przeszłość. Opowiadał, jak w okresie październikowej odwilży dotarł do swojej opinii personalnej, dotychczas tajnej. Kto wie, czy nie ona pokrzyżowała jego plany: „Sumienny i koleżeński pracownik, były AK-owiec, wrogo nastawiony do obecnej rzeczywistości”. Po ukończeniu szkoły podjął pracę jako konstruktor w Biurze Konstrukcyjnym Przemysłu Motoryzacyjnego, uczestnicząc w tworzeniu polskich samochodów – Syreny, Smyka, autobusów SAN, ciężarówek STAR. Następnie, aż do emerytury, na którą przeszedł w 1982 r., pracował w Instytucie Wzornictwa Przemysłowego. Był między innymi jednym z projektantów nowych pociągów dla Warszawskiej Kolei Dojazdowej.

W latach 70. odnalazł swego dowódcę z partyzantki kpt. Piotra Nowińskiego „Pawła” i zaczął uczestniczyć w życiu kombatanckim. Co roku odwiedzał z kolegami Jatę, doprowadzili do upamiętnienia pomnikiem bitwy pod Gręzówką. Kpt. „Paweł” wystąpił dla niego za bohaterstwo w tej bitwie o Order Virtuti Militari. Ówczesna władza ludowa przyznała łaskawie „tylko” Krzyż Walecznych - wniosek o odznaczenie uznano za jak najbardziej uzasadniony, ale kandydat „nie wykazywał się aktywnością społeczno-polityczną” (w domyśle – w PZPR). Chichotem historii było wręczenie odznaczenia na akademii z okazji… rocznicy rewolucji październikowej.

***

Trudno zamknąć życie człowieka w 8000 znaków. Średnio długie (72 lata), średnio bogate w fakty – życie jakich wiele w tamtych czasach – przedwojenne harcerstwo, konspiracja, zmagania z rzeczywistością PRL-u, radość z jego końca w 1989 r. Może nie byłoby o czym pisać. Ale to, co najważniejsze, było poza oficjalnym życiorysem, choć wypływało z niego z wyjątkową konsekwencją. Przede wszystkim głęboki patriotyzm. Dla wychowanka przedwojennego harcerstwa oczywiste było zaangażowanie się w czynną walkę z okupantem, za co zapłacił zdrowiem. Z harcerstwa wyniósł też krystaliczną uczciwość i bezinteresowną uczynność dla każdego. Jego patriotyzm miał u podstaw to, czego uczono go w młodości. Dzięki temu w czasach PRL-u poznałem historię inną, niż uczono w szkole. Jednocześnie daleki był od bogoojczyźnianej tromtadracji i nacjonalizmu. Nie tylko uczył mnie piosenek legionowych i harcerskich, ale także potrafił zabrać na nabożeństwo do cerkwi i na żydowski cmentarz. Szanował każdego i obdarzał bezinteresowną życzliwością. Nie znosił tylko partyjnych karierowiczów, a także narodowców. Tych ostatnich za wycieranie sobie gęby Bogiem i ojczyzną, wartościami dla niego tak świętymi, że o nich nie mówił - jak bohaterowie „Stalky i spółka” Kiplinga, jego ulubionego autora. Może też przez osobiste porachunki swoje rany i śmierć kolegów w bitwie pod Gręzówką zawdzięczał fircykowatemu oficerowi NSZ-owskiej proweniencji, który odpowiadał za ubezpieczenie i w decydującej chwili zszedł z posterunku.

Był człowiekiem niewiarygodnie wręcz skromnym. Praktycznie realizował ewangeliczne zalecenie nie zajmowania pierwszych miejsc. A był przecież osobą niezwykłą. Nie dane mu było studiować, a został wybitnym konstruktorem, autorem patentów i wizjonerskich projektów. Umiał naprawić wszystko – od roweru po antyczne meble i zegary. Świetnie fotografował, konstruował sprzęt elektroniczny, a dla mnie wspaniałe zabawki. Znajomym i przyjaciołom służył bezinteresownie jako tzw. złota rączka.

***

Ale miał też alter ego – był wrażliwym miłośnikiem literatury i poezji, czytał w każdej wolnej chwili. Także w związku z kolejną swoją pasją – historią. O II wojnie światowej i Polskiej Marynarce Wojennej wiedział wszystko, ale nieobce były mu też inne tematy historyczne. Z dzieciństwa pamiętam chwile, gdy jak równy z równym dyskutował ze swoim teściem, wybitnym historykiem Kazimierzem Tymienieckim. Wiedzę wspierało kolekcjonerstwo – numizmatyka i filatelistyka. Niemieckiego nauczył się na robotach, angielskiego i podstaw japońskiego samodzielnie, bez żadnych kursów. Kiedyś zaskoczył mnie, odezwawszy się do żebrzącego romskiego dziecka w jego języku. Wreszcie, w ostatnim okresie życia, rozwinął swoje zainteresowania historią kartografii. Na tyle poważnie, że już na emeryturze został zatrudniony w Bibliotece Narodowej i zdążył opublikować wiele prac z tej dziedziny. Słynny kolekcjoner, zamieszkały w Niemczech dr Tomasz Niewodniczański zapraszał go jako konsultanta do opracowania swoich zbiorów. Swoje wartości przekazywał bliskim - synowi, wnukom. Nie były popularne w czasach PRL-owskiego cwaniactwa, a potem drapieżnego młodego kapitalizmu. On jednak niewzruszenie uczył, że uczciwość popłaca, a patriotyzm to nie hasła i sztandary, ale uczciwa praca i nauka, płacenie podatków, kasowanie biletu w tramwaju i poszanowanie kodeksu drogowego. Namawiał, żeby wierzyć w sens swoich słusznych działań, choćby chwilowo wydawały się bezsensowne i nieopłacalne. Gdy uskarżałem się na beznadzieję PRL-owskiej służby wojskowej, którą przyszło mi odbywać, przesłał mi fragment wiersza Miłosza: „To nic, że czasem nie wie, czemu służyć / Nie ten najlepiej służy, kto rozumie”.

Myślę że kiedyś, tam gdzie znowu się zobaczymy, wyjdzie mi na spotkanie otoczony zwierzakami – psami i kotami, które tak kochał – i ze swoim łobuzerskim, a zarazem ujmującym uśmiechem powie: „No i co, nie mówiłem, warto było?”.

Konkurs dla Czytelników - napisz opowieść i wygraj 5 tys. zł!
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 30 września 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.

Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”; „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto.

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

.