Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM konkursu

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

***

Moi rodzice byli nauczycielami. Matka – Helena Popadyniec (potem Korzeniewicz) – ukończyła seminarium nauczycielskie w Mielcu i w 1919 r. podjęła pracę na Kresach Wschodnich. Na początku kierownik szkoły poinformował moją młodziutką mamę o trudnościach i obowiązkach, jakie ją czekają. Lekcje mają być prowadzone po polsku, ale tak, by uczniowie rozumieli, co się do nich mówi, i należy żądać od nich wypowiedzi krótkiej, ale poprawnej po polsku. Nauczyciel ma na własny koszt sprowadzić pomoce naukowe, o ile nie potrafi ich wykonać sam. Powinien zaprenumerować „Płomyczek” dla młodszych klas, a wydatek pokryć z własnej kieszeni. Polska szkoła stawia na harcerstwo i w związku z tym każdy młody nauczyciel jest wysyłany na kilka wakacyjnych kursów dla opiekunów organizacji harcerskich. Oprócz pracy w szkole pedagodzy są zobowiązani pełnić jakąś funkcję społeczną (mamę kierownik przeznaczy do pomocy w straży pożarnej w Bereźnie). Do pięciu lat od podjęcia obowiązków nauczycielskich należy zdać egzamin praktyczny z wykonywania zawodu. W przeciwnym razie będzie się zwolnionym z pracy. Tyle obowiązki, a teraz trudności.

Rodzice niezbyt chętnie posyłają dzieci do szkoły, zwłaszcza w czasie intensywnych prac w polu. Dzieci i dorośli mówią językiem gwarowym: mieszaniną białoruskiego, poleskiego i różnych innych naleciałości, z czym należy się uporać jak najszybciej. Ludność Bereźna stanowi biedne chłopstwo i nie stać jej na kupno podręczników dla dzieci.

W AKADEMII OPOWIEŚCI: Babcia Helena czeka w więzieniu na zamku w Lublinie na śmierć. Pisze do dzieci: "Takie surowe są niemieckie prawa. Ano trudno"

Jeżeli chodzi o sprawy materialne, to owszem, szkoła gwarantowała nauczycielowi jedną izbę w chłopskiej chacie, ale równocześnie należało dać zatrudnienie jakiejś kobiecie w charakterze służącej. Płaciło się jej 20 zł. Było to dobrze widziane we wsi. W drugim roku pracy mama już dobrze sobie radziła. Przygotowywała się również do egzaminu praktycznego. Czytała obowiązkową lekturę z zakresu dydaktyki, metodyki i pedagogiki. Zgromadziła ogromną ilość pomocy naukowych. Na wakacjach nad jeziorem Narocz przeszła kurs harcerski dla nauczycieli. Egzamin praktyczny zdała 16 grudnia 1933 r., stając się z tymczasowej nauczycielki stałą nauczycielką publicznych szkół powszechnych.

Życie na Polesiu toczyło się odtąd coraz pomyślniej. Mama poznała na konferencji nauczycielskiej kolegę – nauczyciela – i 10 czerwca 1938 r. wyszła za niego za mąż. Mój ojciec – Terencjusz Korzeniewicz-Wysocki – był synem poleskiego szlachcica. Ojciec zaczął pracować jako nauczyciel w Nowym Siole, a kiedy ożenił się z moją mamą, po dwóch latach przeniesiono ich do Czuchowa. Ojciec był tam kierownikiem czteroklasowej szkoły, a mama – nauczycielką.

Niedługo cieszyli się ustabilizowanym życiem. 1 września 1939 r. wybuchła wojna. Rodzice urządzili jeszcze otwarcie roku szkolnego i próbowali normalnie pracować. Wkroczyli Rosjanie, zajęli Polesie aż po Bug i zaczęło się piekło. Jako kierownik szkoły ojciec dostał polecenie, by od tej pory lekcje odbywały się w języku rosyjskim. Mama tego języka nie znała. Tata – wychowany na Polesiu – nie miał z tym problemu, ale moralnie rodzice byli zdruzgotani. Dziesięć lat uczyli języka polskiego. Wkładali w to serce i pracę, i to nie tylko umysłową, ale też fizyczną: wykonywanie pomocy naukowych, dekoracji na różne uroczystości, mama szyła nawet kostiumy dzieciom do teatrzyków, jasełek itd. Teraz to wszystko mają zniszczyć?!

Na Polesiu zaczęła się okropna bieda, głód. Brakowało wszystkiego: żywności, ubrań, mydła. Wybuchła epidemia tyfusu. W Czuchowie wymierały całe rodziny. Mój ojciec uczył ludzi higieny. Prosił ich, by nie czerpali wiadrami wody ze studni, bo w ten sposób roznoszą zarazę. Sam stał przy studni i swoim wiadrem nalewał wieśniakom wodę.

22 czerwca 1941 r. Niemcy uderzyli na Związek Radziecki. Rodziców „władza ludowa” przeniosła do Łagiszyna – powiatowego miasteczka. Chociaż Rosjanie przewidywali ewentualną napaść Niemiec i zgromadzili wcześniej wojsko wzdłuż granicy, to uderzenie wroga było tak silne, że żołnierze uciekali w popłochu, zostawiając za sobą cały sprzęt wojskowy, radia, koce, broń. Do szkoły wkroczyli teraz Germanie. Zażądali od nauczycieli, by lekcje prowadzić po niemiecku i obowiązkowo uczyć tego języka. Od ich najazdu nauczycielom już nie płacono. Trzeba było jednak trzymać się szkoły, bo tych, co nie mieli zajęcia, wywozili na roboty do Niemiec.

Front szedł na wschód. Niemcy palili wsie, rozstrzeliwali łagiszyńskich Żydów. W tym czasie wybuchła epidemia czerwonki. Nas nie dotknęła – i tym razem dzięki higienicznym zabiegom moich rodziców.

Wojna trwała, ale Niemcy zaczęli ponosić klęski i zaczął się ich odwrót. Kiedy w 1944 r. opuszczali Łagiszyn, podpalili go. W strasznej pożodze spłonął również nasz dom. Przygarnęła nas najstarsza siostra mojego ojca i u niej doczekaliśmy końca wojny. Mama marzyła tylko o tym, by wrócić do centralnej Polski. Polesie było już nie nasze. Ojciec był w rozterce. Kochał tę ziemię. Tu od wieków mieszkał jego ród. Podobne uczucia żywiła jego rodzina. Ciotki mówiły: „Tu się urodziłyśmy i tu chcemy umrzeć”. Zostały na Polesiu. Ich powojenne losy były tragiczne, ale to temat na inne opowiadanie.

W AKADEMII OPOWIEŚCI: Dziadek trafił do obozowego szpitala. Eksperymentowano tam z zastrzykami z fenolu i benzyny. Po dwóch dniach nie żył

Tata uległ mamie i jesienią 1945 r. wyjechaliśmy na Ziemie Odzyskane. Miałam już pięć lat. W pamięć i serce zapadła mi dramatyczna scena pożegnania ojca z rodziną. Tata, wychodząc z domu najstarszej siostry, ukląkł na progu i zaczął szlochać.

Mama wyjeżdżała z Polesia ze świadomością zmarnowanej młodości. Szkoły, w których pracowała, były spalone. Wszystkie jej plany, szlachetne idee, którym hołdowała, entuzjazm pożytecznej pracy dla ojczyzny okazały się fiaskiem. Czuła się człowiekiem przegranym.

Ojciec, opuszczając Polesie, tracił to, co kochał: ziemię, na której się wychował, rodzinę, dalszych krewnych – całe swoje plemię. Jechał zdruzgotany moralnie w nieznane, obce miejsce.

Podróż na Ziemie Odzyskane trwała sześć tygodni. Była bardzo uciążliwa. Jesienią 1945 r. przyjechaliśmy na Dolny Śląsk i osiedliliśmy się we wsi Pławna koło Lwówka Śląskiego. Rodzice zgłosili się do Polskiego Urzędu Repatriacyjnego i 1 października otrzymali angaż jako nauczyciele.

Organizowanie szkoły zaczęto od... egzaminowania kandydatów na uczniów. Rekrutowali się spośród spóźnionego pokolenia, któremu wojna ukradła parę lat życia. Jedne dzieci były uczone w czasie wojny, innych nie miał kto wprowadzić w świat literek, bo tata i mama byli analfabetami. Szkoła w Pławnej długo borykała się z trudnościami lokalowymi. Początkowo lekcje odbywały się tylko w szkole zamieszkanej przez naszą rodzinę. Dopiero w 1952 r. rozpoczęto budowę nowej szkoły – takiej z prawdziwego zdarzenia.

Rodzice szybko wrastali w nowe dla nich środowisko. Żartowali, że znowu są młodzi, bo na dorobku, i jeszcze raz polonizują nową ziemię. Ojciec przez całe swoje dolnośląskie życie udzielał się społecznie. Zresztą bardzo to lubił. Organizował kolonie letnie, wycieczki dla młodzieży (np. do Warszawy podnoszącej się dopiero z gruzów). Urządzał we wsi festyny, dożynki, akcje żniwne. Jeździł po okolicznych wsiach z odczytami na temat uprawy roślin. Założył w Pławnej szkołę przysposobienia rolniczego. Sam również się dokształcał. Ukończył Studium Nauczycielskie we Wrocławiu, potem zdobył kwalifikacje dyplomowanego ogrodnika. Mama oprócz działalności pedagogicznej prowadziła wieczorem kurs dla analfabetów. Uczyła kobiety wiejskie sztuki pieczenia ciasta, szycia. Organizowała pomoc uczniom, którzy nie radzili sobie w nauce. Rodzice moi całe życie służyli młodzieży. Ojciec pracował w szkole do śmierci. Zmarł w 1986 r. Rok wcześniej odeszła mama. Oboje mieli po 75 lat.

***

Konkurs dla Czytelników

Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko bitwy i przelana krew. To również wielki codzienny wysiłek zwykłych ludzi. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie ma takiego bohatera: babcię, wujka, sąsiada. Uczyli, leczyli, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, bibliotekę na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi i pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości na nie więcej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem formatki dostępnej na stronie internetowej.

Najciekawsze teksty będą publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”; „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl.

Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 wyróżnień.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za I miejsce – 5556 zł brutto;
za II miejsce – 3333 zł brutto;
za III miejsce – 2000 zł brutto.

Osoby wyróżnione dostaną roczne prenumeraty Wyborcza.pl.

Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.