Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Drobnego, starszego pana znam od lat, od początku pracy dziennikarskiej spotykam się bowiem z kombatantami. Ale dopiero w 2016 r. wreszcie miałem okazję poznać go bliżej. Pisałem wtedy książkę „1956. Przebudzeni”, a jeden z jej rozdziałów dotyczył więźniów politycznych, którzy w połowie lat 50 ub. wieku – na fali politycznej odwilży – opuszczali ubowskie więzienia i katownie. Pan Zenon był wśród nich.

Gdyby mieli broń, byłyby „czapy”

Rocznik 1927. Przed wojną harcerz, w czasie okupacji pracownik w zakładach poznańskiej Centry. Po wojnie wrócił do 5. Poznańskiej Drużyny Harcerskiej. Został instruktorem. Gdy stare harcerstwo zostaje rozwiązane i władze tworzą nowe, czerwone, Wechmann angażuje się w 1950 r. w tajną organizację instruktorów harcerskich, która sięga poza Poznań – aż do Nowej Soli i Buku. Mówią o sobie „Piątacy”, ale w czasie ubowskiego śledztwa przylgnie do nich nazwa „Wilki” – od nazwy jednego z konspiracyjnych zastępów. Wechmann, na co dzień mierniczy w Urzędzie Miar i Wag na Wałach Królowej Jadwigi (dziś ul. Krakowskiej), jest w czołowej dziesiątce instruktorów. Organizacja liczy około pięćdziesięciu osób. Spotykają się w kościele Najświętszego Zbawiciela przy ul. Fredry i w domach. Szkolą się w teorii i taktyce, czekając na III wojnę światową, która ma uwolnić Polskę od sowieckiej okupacji.

W 1952 r. Urząd Bezpieczeństwa wpada na trop „Piątaków”. Jeden z instruktorów okazuje się ubecką wtyką, sypie w śledztwie. Bezpieczniacy aresztują Wechmanna. Z Sulimierza pod Gorzowem, gdzie spędza wakacje, przewożą go w kajdankach pociągiem do Poznania.

Zaczynają się przesłuchania, ale Wechmann zeznawać nie chce. Trafia do lochów UB na Młyńską. Bity pałką i taboretem przyznaje się tylko do tego, co śledczym i tak wiadome. Do dziś pamięta nazwiska tych sadystów: Leśniewski i Kapuściński. I to, że dziewczyny były przypalane papierosami.

Wojskowy Sąd Rejonowy w Poznaniu oskarża go o dążenie do obalenia siłą ustroju PRL. Wiosną 1953 r. dostaje siedem lat więzienia, inni nawet dziesięć. – Na szczęście nie mieliśmy broni, bo inaczej byłyby „czapy” – oceniał.

Trafia do Rawicza, do osławionego „białego pawilonu”, który zimą w środku zamarza i pokrywa się szadzią. Siedzi w sześcioosobowej celi. Widzi skrajne okrucieństwo wartowników.

Normy na tony i kontrabas

Na przełomie 1954 i 1955 r. trafia, via Potulice, do obozu pracy w Piechcinie pod Inowrocławiem. Do kamieniołomu wozi ich obstawa z KBW. Pracuje „pod ścianą”, czyli pod urąbem kamienia. Praca jest mordercza, codziennie ma rozbijać młotem i ładować na wagoniki 17-18 ton kamienia.

To praca ponad siły wątłego Wechmanna. Zapada na zdrowiu, w izbie chorych ratują go spirytusowymi bańkami. Z rekonwalescencji trafia na przeładunek; tu obowiązują już normy zespołowe. Jest nieco łatwiej, ale tempo pracy nadal ogromne. Chociaż może mieć widzenia z rodziną. Gdy pod ścianą nie wyrabiał z normą, nie dostawał na to pozwoleń.

W kamieniołomie pracują do piętnastej. Potem idą do świetlicy, by odreagować. Wechmann gra na kontrabasie.

Medalik od mamy

8 lutego 1955 r. O szóstej rano, zamiast jechać ciężarówką do kamieniołomu, ubrany w szary roboczy drelich Wechmann słyszy od wartownika: – Pakuj się!

Nie mówią mu, po co. Ale prowadzą go „na komorę”, czyli do pomieszczenia, w którym są cywilne ciuchy. Tam dostaje worek i polecenie: – Ubieraj się!

O tym, że idzie na wolność, dowiaduje się od jednego z wartowników dopiero po wezwaniu do budynku administracyjnego. Dają mu wypisany bilet i wypłacają niedużą kwotę, którą wypracował w kamieniołomie.

Wychodzi więc wcześniej, niż zakładał wyrok, w ramach nieoficjalnej amnestii. I „za zasługi” – normy przy przeładunku są bowiem korzystne: dzień przepracowany tutaj liczy się podwójnie.

Przy wyjściu z obozu wydają mu z depozytu medalik z komunii świętej i łańcuszek, zerwany z szyi przez wartownika po rozprawie sądowej w 1953 r. Od tej pory nosił na sznurku inny medalik, podarowany mu przez mamę.

Kiedy wypuszczają go za obozową bramę, nie wie, co ze sobą zrobić. Od kobiety, która odwiedzała w Piechcinie brata, dowiaduje się, że trzeba dojść do dworca w Inowrocławiu. Kilka kilometrów. Więc idzie.

Ma na sobie stare, wyświechtane spodnie. W pociągu zakrywa dłońmi dziury na kolanach. Jest wychudzony, niemal nie ma zębów; większość stracił jeszcze w Rawiczu. Gdy się psuły, po prostu je wyrywano.

Z Inowrocławia jedzie najpierw do Torunia, a potem do Poznania. Do rodzinnego miasta dociera nocą. Rodzice wiedzą, że niebawem wyjdzie. Nie znają jednak dokładnej daty, więc na dworcu nikt go nie wita. Idzie nocą do domu, do kamienicy przy ulicy Łąkowej. Zastaje w nim rodziców i siostry.

– Już nie pamiętam, co mówiłem do matki i ojca... – wzrusza się.

Jeszcze tej samej nocy idzie z rodzicami do kościoła Najświętszego Zbawiciela. Tego, od którego wszystko się zaczęło – to tutaj spotykali się konspiracyjnie „Piątacy”, zanim zgarnęli ich ubowcy. Świątynia jest zamknięta, więc klękają na stopniach pod drzwiami i modlą się.

Gdy mi o tym opowiadał w 2016 r., głos uwiązł mu w gardle.

Wilcze bilety

Po powrocie Wechmann musi rozejrzeć się za pracą. Rodzina żyje w skrajnej nędzy, utrzymywana z podłej pensji ojca w Urzędzie Miar i Wag. Wechmann chce pomóc rodzinie i też tam idzie, ale nie chcą zatrudnić go ponownie. Szuka w innych miejscach, lecz i tam mu odmawiają. W końcu pomaga szczęście – kontrolerzy Urzędu Miar i Wag mają nawał pracy z pomiarami liczników i potrzebują nowych sił. Po kilku miesiącach przyjmują młodego Wechmanna do pracy.

Chodzi więc do pomiarów, spisuje, nakłada plomby na liczniki, kontroluje – a jego kontroluje milicja. Sprawdzają go, wypytują sąsiadów, mówią, że siedział.

– Ludzie byli nieufni wobec mnie, życie było rozbite. Dawna harcerska brać trzymała się daleko – wspomina.

Gdy 28 czerwca 1956 r. w Poznaniu wybuchają zamieszki, Wechmann ma wolny dzień i odpoczywa. – Ojciec wrócił i poinformował nas, co się święci. Przykazał mi: „Zenon, żebyś siedział w domu!”.

Ale on nie słucha. Idzie na plac przed zamkiem, gdzie zbiera się wielotysięczny tłum. Potem wraz z demonstrantami dociera na Młyńską, pod więzienie. Poznaniacy szturmują bramę, chcą wtargnąć do środka.

– Pod bramą więzienną znalazł mnie ojciec. Wziął mnie za chachoł i powiada: „Do chaty!” – opowiadał.

Jesienią 1956 r. Zenon i dawni koledzy z harcerstwa występują do sądu z wnioskiem o śledztwo w sprawie brutalnych metod stosowanych przez ubowców w 1952 r. Uzyskuje wgląd do swoich akt, robi notatki ołówkiem. Ale sąd odrzuca wniosek. Uznaje sprawę za przedawnioną, bo Wechmann „nie ma trwałego kalectwa”.

Trochę lepsze życie

Na powrocie Gomułki do władzy i zmianach w kraju Wechmann nie zyskuje, lecz traci, zwolnieni oficerowie bezpieki lądują bowiem w różnych urzędach. Nowym dyrektorem poznańskiego Urzędu Miar i Wag zostaje właśnie były ubek: – I dla mnie już nie było pracy, zostałem zwolniony.

Dzięki znajomemu dostaje posadę w spółdzielni wyrobów ze szkła laboratoryjnego. Wszyscy wiedzą jednak, że to były więzień, musi więc zgodzić się na najniższe stawki. I nie ma szansy na awans.

Z Przemysłowej przenosi się na Świerzawską, do nowej spółdzielni Labor-Med, gdzie pracuje do emerytury. W latach osiemdziesiątych żeni się, przenosi do zaopatrzenia. Dopiero wtedy zaczyna się dla niego trochę lepsze życie.

Po 1989 r. pracuje w komisji wojewody, weryfikującej członków ZBOWiD-u. Dziś szefuje Związkowi Więźniów Okresu Stalinowskiego w Poznaniu i stoi na czele Wojewódzkiej Rady Kombatantów. Można go zobaczyć na spotkaniach patriotycznych. Stoi cichy i skromny, jak zawsze.