Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM konkursu

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

W języku staroangielskim słowo „ead” oznacza pomyślność, dobrobyt, szczęście, zaś „weard” to strażnik lub obrońca. Choć nim zerknąłem do Wikipedii, myślałem, że to od niemieckiego „edel” – szlachetny. Bez wątpienia mój Dziadek był szlachetnym człowiekiem i dlatego postanowiłem opisać Jego historię. A w zasadzie nie Jego, lecz moją historię Dziadka – zachowaną w pamięci, odtworzoną ze strzępów obrazów, wspomnień, anegdot i apokryfów rodzinnych. Bez dat, nazwisk i chronologii – utkaną z imion, miejsc i retrospekcji.

Urodził się, gdy czasy stały się bezpieczne. Rodzinnej ziemi nie przecinały już carsko-cesarsko-królewskie fronty. Rok przed Jego narodzinami żołnierz polski przegnał ostatniego bolszewika. Choć bolszewik jeszcze tu powróci. W mojej osobie.

Dlaczego Ludwik i Anna, chłopi z Lubelszczyzny, nadali młodszemu synowi to imię angielskich królów, a starszym dzieciom swojskie Stasiek i Jóźka? Urok nowości? Wtedy wszystko było nowe: Polska, kościół i parafia, w której mały Edward został ochrzczony jako pierwszy. To tajemnica, jakich wiele w historii Jego życia.

Życia fascynującego, tragicznego, komicznego, bohaterskiego i pospolitego zarazem. W którego trzech ćwierćwieczach przegląda się historia stu lat wolnej Polski. Posłuchajcie.

Majdanek - jedzenie gorsze niż dla psa

Jako pierwszy wspomniany był chrzest, bo wyliczenie cnót Dziadka trzeba zacząć od wiary. Był człowiekiem pobożnym: wierzącym i praktykującym. Ilekroć mijał kościół – pieszo, na rowerze czy furmanką – pochylał pokornie głowę i uchylał czapkę maciejówkę przed Kimś Godnym Szacunku. Nawet wtedy, gdy będąc podrostkiem, wszedł do bożnicy w Wohyniu, odruchowo zdjął ową czapkę ku rozpaczy i konsternacji obecnego tam Żyda.

Był mądry. Dokonywał właściwych wyborów. Zanim wybuchła wojna, odbył ochotnicze szkolenie wojskowe. Pożółkłe świadectwo leży w mojej szufladzie. Za okupacji wcielony do jakichś junaków musiał pracować dla Wielkiej Rzeszy. A jednocześnie wielkość tę umniejszał, bo sabotował i konspirował. Gdy nadeszła akcja „Burza”, opuścił młodą żonę, by wyruszyć z towarzyszami broni na pomoc walczącej Warszawie. Nie doszli. Schwytani przez NKWD zostali osadzeni w świeżo wyzwolonych barakach na Majdanku. Przetrzymał obóz, choć „jedzenie było gorsze niż dla psa”. Z obozu poszedł prosto do 2. Armii Wojska Polskiego. Dotarł z nią nad Wisłę, widział dopalającą się na drugim brzegu stolicę. Opowiadał, że w tym tragicznym położeniu nie stracił rezonu: „Siedzim w okopach. Po drugiej stronie rzeki snajpery. Wziąłżem kij, nasadziłem na wierzch czapkę i do góry. Szwab strzela. Trafia. Brzdęknęło. Orzełkowi łeb odpadł. A wtedy ja kij wyżej – żebyś widział, draniu!”. Zakpiwszy z pierwszego wroga, zakpił też z drugiego. Zdezerterował. Nie został kombatantem, nie dostał medalu ani prawa opowiadania bajek o szlaku bojowym od Lenino do Berlino. Nie poszedł też do lasu i nie został „żołnierzem wyklętym”. Wybrał życie. Wrócił do domu. Wkrótce urodził mu się syn, potem jeszcze dwie córki. Gdy umierał, żegnało go ośmioro wnucząt i prawnuk.

Był zdolny. Majsterkował, wyplatał wiklinowe kosze, robił drewniane grabie, leszczynowe wędki, olchowe spławiki. Grzybiarz. Nikt we wsi nie układał takich zgrabnych piramid z porąbanych szczap drewna jak On. Hodował konie, krowy, owce oraz psy o imionach Barry, Mery i Pimpek. Zbudował solidny dom, oborę, stodołę i owczarnię oraz ule, gdyż na moje nieszczęście był także pszczelarzem.

Społecznik. Wieloletni sołtys. Korespondent Głównego Urzędu Statystycznego, odznaczony Złotą Odznaką oraz nagrodzony wieloma książkami. „Choroby ziemniaka”, „Hanza – władczyni mórz”, „W dwadzieścia lat później” stały grzbiet w grzbiet na drewnianej etażerce. Działał w organizacjach o tajemniczo brzmiących nazwach: GS, SOP, Spółka Wodna.

Prorok i zwycięzca

Prorok. Przewidywał przyszłość. Przynajmniej moją. Gdy nieporadnie próbowałem swoich sił za pługiem, rzekł do mamy: „Leszek nie ma drygu do konia. Musi iść na pana”. Pan oznaczał urzędnika, lekarza, nauczyciela lub kogoś, dla kogo zabrakło ziemi lub niemającego dość uzdolnień, aby uprawiać rolę. Przepowiedziawszy mój los, Dziadek wprowadził mnie w przedsionki dyplomacji i medycyny. Pojechaliśmy furą do Czemiernik, aby sprzedać wełnę. Kasztanka ciągnie wóz po piaszczystej drodze, skrzypi dziurawy most na Tyśmienicy. Po transakcji Dziadek odwiedza kolegę mieszkającego przy rynku, zwanego – nie wiedzieć czemu – Skubisz. Dostaję cukierka. Mężczyźni piją wódkę Baltic. Wolno, godnie, po gospodarsku. O zmroku wracamy do domu. Koń zna drogę, furman drzemie. Później dowiedziałem się, „-ski”, a jego właściciel to bliski kuzyn Feliksa – profesora, lekarza, pierwszego rektora Lubelskiej Akademii Medycznej, mojej przyszłej Alma Mater, oraz Krzysztofa – dyplomaty, pierwszego ministra spraw zagranicznych III RP.

Śledził politykę. Czytał „Sztandar” – i zielony, i czerwony („Ludu”). Z powodu chronicznej bezsenności słuchał nocami radia. Jako pierwszy w rodzinie dowiedział się, że ojczyzna nasza znalazła się nad przepaścią i że na terenie całego kraju wprowadzono stan wojenny. Namiętnie oglądał „Dziennik Telewizyjny”. „Edek, chodź, nabożeństwo” – wołała ironicznie prababcia Ania, gdy o 19.30 z odbiornika Beryl rozbrzmiewały napastliwe fanfary. Czy to po niej odziedziczył poczucie humoru? Jeszcze przed wojną doradził niezbyt bystremu koledze, aby na odpust posmarował sobie włosy żywicą zamiast modną i pewnie drogą brylantyną. A tuż po wojnie doradził agitatorom, aby zainstalowali głośniki szczekaczki nie tylko na wiejskich słupach, ale też w oborach: „Niech bydło też posłucha”. Unikał pogrzebów. „On na mój już nie przyjdzie” – mawiał.

Był zwycięzcą. Urodzony w wolnym kraju przeczekał sanację, okupację i wszystkie stadia agonii komunizmu. Zmarł sześć lat po jego upadku, a przecież zwycięzcą jest ten, kto zostaje ostatni na placu. Demokrację przywitał po swojemu. W czasie pierwszych w pełni wolnych wyborów do parlamentu wykonał niepowtarzalny performance polityczny. Karta do głosowania wielkości książki pękała w szwach od partii, sojuszy, unii i kongresów. Dziadek wydarł jedną jedyną kartkę, postawił krzyżyk, wrzucił do urny, a resztę zabrał do domu. Brakowało strony z listą wyborczą Jego ukochanego Polskiego Stronnictwa Ludowego. Pewnie głosował na nie w młodości, ale tamte wybory sfałszowano, a potem „polskie” zmieniono w „zjednoczone”. I oto po 44 latach, oddając nieważny głos, dopełnił sprawiedliwości dziejowej.

Ty bolszewiku!

Aha, jeszcze wady. Miał je. Palił dużo papierosów (z fasonem przez szklaną fifkę). Nie lubił piłki nożnej. Bywał uparty, chytry, trochę kłamał. „Edek, po ile prosięta na targu w Radzyniu?” – pytał sąsiad, konkurent w branży hodowlanej. „200 złotych za parę”- odpowiadał korespondent GUS, gdy cena wynosiła 50 złotych za sztukę. I był cholerykiem, czasem furiatem. Pamiętam ciepły letni dzień. Dziadek ubrany w długą koszulę, spodnie i kapelusz z welonem okadza pszczoły w ulu, wyjmuje plastry miodu w drewnianych ramkach, a mnie – dumnemu, że mogę pomóc – każe nosić je do spichrza. Niestety, zamiast ustawiać je w pionie, jak Bóg przykazał, kładłem je płasko, jedna na drugiej jak naleśniki lub stertę desek. Po pracy idziemy razem do spichlerza. Złoty miód spływa gęstymi strumieniami na brudną podłogę, sączy się w szpary, mętnieje. Cisza. Twarz Dziadka kraśnieje jak czerwony sztandar. Gdy po chwili wraca Mu głos, słyszę pod swoim adresem największą obelgę, jaką znał: „Ty bolszewiku!”. Uciekłem. Przeżyłem.

Zmarł, gdy czasy znów stały się bezpieczne. Niechciani sojusznicy wycofali się na wschód dwa lata wcześniej. Chciani mieli nadejść z zachodu za cztery lata. Nad ziemią nie przechodziły żadne fronty. Oprócz atmosferycznych. Lecz te śledził już z góry, gdyż meteorologią za ziemskiego życia także się interesował.

Minęło prawie ćwierć wieku, od kiedy odszedłeś, Dziadku. Młodszy wnuk uprawia Twoją rolę. Dlaczego mnie – starszemu – kazałeś siąść przed laptopem – nieznanym Ci, nie istniały w Twoich czasach – i zmieścić historię Twego życia w 8 tys. znaków łącznie ze spacjami? Nie wiem. Ale dziękuję.

***

Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazynu Świątecznego”, „Dużego Formatu”, oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:
* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto,
* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.