Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Przeczytaj REGULAMIN KONKURSU

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Przyślij opowieść, wygraj nagrody [FORMULARZ]

Przez pola dęła śnieżna zadymka. Majaczyli w niej ni to ludzie, ni to widma. Brnęli przez śnieg, unosząc nogi niczym bociany. Któryś wspierał się karabinem jak kosturem, ramię dźwigał na temblaku, na głowie miał grenadierską czapkę, z wąsów i brody zwisały sople. Inny okutany był w materię, która z dala przypominała pstry szlafrok. Trzepotały pod nią strzępki munduru. Zimą 1812 r., po rosyjskiej katastrofie armii Napoleona, mnóstwo takich niedobitków pojawiło się na polskiej ziemi. Ich wrogami byli kozacy, wilki i mróz dochodzący do minus 30 stopni. W Wilnie tych, którzy zamarzli, stawiano pod ścianami domów jak kukły i wtykano im w zęby patyki niczym fajki.

Z zadymki pod Łęczycą wyłonił się Tomasz Sote. Udało mu się dotrzeć aż tam pomimo ran. Pochodził z okolic leżących o kilka ojczenaszków od Strasburga. Wykurowany przez polską familię, taką choć odniósł korzyść z nieszczęsnej wyprawy, że córka dobroczyńców odpowiedziała na jego uczucie. Jego nazwisko zapisywano później jako Soter, wreszcie Sauter. Z zawodu był tkaczem. Otworzył w Łęczycy warsztat, który po przenosinach do Zduńskiej Woli przekształcił w manufakturę. Był to czas pierwszej polskiej industrializacji. Nazwisko Sauter zaczęło się pojawiać obok takich przemysłowych pionierów, jak bracia Fraget, Gerlach, Kindler czy Lilpop.

PRZECZYTAJ TAKŻE: O lekarzu z Będzina, który zawsze pomagał

Finansowa wylicznaka

Potomkowie Tomasza rozrodzili się szeroko. Arendowali karczmy, dzierżawili majątki ziemskie, byli wśród nich felczerzy, nauczyciele, buchalterzy w śląskich kopalniach, pracownicy kolei. Imię Tomasz przechodziło na następne pokolenia. Któryś z kolejnych Tomaszów, ożeniony z córką niemieckiego cukiernika, sprawował przez wiele lat funkcję dyrektora w lubelskiej szkole Vetterów. We wspomnieniach pisano o nim, że mimo licznej rodziny umiał na wszystko znaleźć czas, pracować nad najoporniejszymi charakterami wychowanków z benedyktyńską cierpliwością i niezwykłą wyrozumiałością. Złoty Krzyż Zasługi był słusznym wyrazem uznania dla tego wzorowego pedagoga, który uważał za rzecz zwyczajną „pomagać każdemu, kto potrzebował pomocy”.

Spłodził tenże Tomasz dziewięciu synów i dwie córki. Na familijnych spotkaniach często po latach wyliczano, że był Józik, Felek, Gienik, Tedzik… „Nie, nie! – przerywał któryś z wujów albo któraś z ciotek. – Po Gieniku Jurek …”. „Ależ skąd! – wtrącał się ktoś inny. – Najstarszy był Janek, za nim Oleś, potem Tedzik, a tak w ogóle to najstarsza była Irka”. „No i Misia jeszcze była!” – padało z boku. „Misia była najmłodsza – odpowiadał ten, któremu przerwano, i zaczynał na nowo. – No więc była Irka, za nią Janek, potem Oleś, po Olesiu Gienik, po Gieniku Jurek”.

I po raz kolejny rozpoczynała się wyliczanka, że Irka – Oleś, Tedzik – Józik, Józik – Felek… Jakkolwiek wyliczanka ta przebiegała, Paweł zawsze lokował się pośrodku. A jako że zasadą wdrożoną przez ojca Tomasza była powinność dofinansowywania wykształcenia młodszego rodzeństwa przez starszych braci, wiadomo z korespondencji w tej sprawie, kto go poprzedzał.

PRZECZYTAJ TAKŻE: System Łopatkowej. Spotyka dziecko - porzucone, bite. Dobija się do urzędników, do ministrów. Nie pomaga - idzie do telewizji

Podporucznik robi dyplom z medycyny

Pośród dzieci Tomasza Paweł należał do tych, którzy podobni byli do matki – krzepkiej kobiety, na zdjęciach sprawiającej wrażenie osoby zdolnej wzrokiem zatrzymać parowóz. Wyczytać w nim można siłę solidnie osadzonych, prostych, naznaczonych praktycznością zasad, których źródłem było ewangelicko-augsburskie wyznanie.

Kiedy wybuchła pierwsza wojna światowa, Paweł, idąc za przykładem nie tylko swych braci, ale też skautingowego środowiska, jakim była działająca w szkole Vetterów drużyna im. Romualda Traugutta, wstąpił do konspiracyjnej Polskiej Organizacji Wojskowej. Po rocznym przeszkoleniu przeniósł się z Lublina do Krakowa, aby na tamtejszej uczelni studiować medycynę. W roku 1918 porwany falą niepodległościowych emocji przerwał studia i zaciągnął się ochotniczo do Lubelskiego Batalionu Odsieczy Lwowa, włączonego z czasem w skład 23 Pułku Piechoty. W formacji tej przebył całą kampanię ukraińską. Przydzielony do obsługi karabinu maszynowego brał udział w zdobyciu i utrzymaniu Rawy Ruskiej, później w rozbiciu otaczającego Lwów ukraińskiego pierścienia i na koniec w zdobyciu m.in. Drohobycza. Po ustaniu walk wojskowi dowódcy, jako że w rodzącej się polskiej armii brakowało medyków, postanowili wykorzystać zainteresowanie Pawła tą dziedziną i nabytą przez niego wiedzę. Skierowano go na kurs medyczny. Czas bolszewickiej agresji w roku 1920 przesłużył już nie na froncie, lecz w lubelskim szpitalu epidemiologicznym.

Gdy Polska utrwaliła swą niepodległość, Paweł, dosłużywszy się stopnia podporucznika, przeszedł do rezerwy i podjął na nowo studia, tym razem na Uniwersytecie Warszawskim. W 1925 r. napisał do brata: Kochany Janku! Po długich i ciężkich cierpieniach skończyłem medycynę. Pozostaje mi najważniejsze, a zarazem najprzykrzejsze – zapłacenie za dyplom. Przyjemność ta kosztuje 85 złotych. Tedzik obiecał mi połowę przysłać.

W następnym roku ożenił się z dziewczyną, którą poznał na wieczorze spirytystycznym. Obserwując wywołujących duchy uczestników, nie zdołał powstrzymać śmiechu. Tym zwrócił na siebie jej uwagę. Żona Pawła była katoliczką. Zgodę na ślub wydano pod warunkiem, że dzieci zostaną wychowane w wierze matki. Tak też się stało, choć ona sama, wielbicielka Piłsudskiego i Żeromskiego, nastrojona była do kleru krytycznie. Jej uwielbienie dla Piłsudskiego było tak silne, że gdy dowiedziała się o jego śmierci, zemdlała na ulicy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Uczył Gajcego i Bartoszewskiego. Zostało po nim jedno opowiadanie i dziesiątki konspiracyjnych dokumentów

Mieszkanie i 15 kg cukru

Pierwszy gabinet Paweł otworzył w podłowickich Sannikach. Kasa chorych zapewniała mu darmowe mieszkanie, 15 kg cukru na miesiąc oraz utrzymanie dla jednej krowy. Jeżdżąc nocami przez okoliczne lasy do nagłych przypadków, rozmyślał o lekturach Żeromskiego. Jakie tam zdrowe myśli – pisał w liście do żony. – Szczególnie dla takiej persony, jak ja, która ma się wziąć do roboty po studiach, może to być drogowskazem, jakim trzeba być, aby nie stać się pospolitym robigroszem. Największym pięknem jest praca, a najważniejszym dogmatem religijnym szacunek dla człowieka.

W roku 1939 harmonijnie rozwijające się rodzinne bytowanie przerwała kolejna wojna. Paweł przesłużył ją całą jako wojskowy lekarz. W ostatniej chwili umknął wraz z ewakuowanym szpitalem przed bolszewikami, z Rumunii przedostał się do Francji, a stamtąd, po francuskiej klęsce, ostatnim odpływającym z La Rochelle statkiem do Anglii. Tam nadal towarzyszył jego myślom ulubiony pisarz. Po zwycięskiej wojnie – zapisał w pamiętniku – w Polsce każdy z nas będzie miał wiele pracy i musi być lepiej, niż było dawniej. Wrócimy do Polski szklanych domów Żeromskiego.

W Polsce opanowanej po wojnie przez komunistów ani on, ani jego żona żyć nie chcieli. Żona usiłowała nielegalnie przedostać się z dziećmi na Zachód. Ostatnim razem Paweł czekał na nią w Gdańsku na angielskim okręcie, jednak z powodu jej wyniszczonego wojną stanu zdrowia ucieczka nie była już możliwa. Paweł zdecydował się zejść na ląd. Żona zmarła tego samego dnia nocą. Nie prześladowano go, bo jako pulmonolog był potrzebny. W Polsce panowała wówczas epidemia gruźlicy. Został dyrektorem sanatorium w Bukowcu, później w Smukale. Gdy epidemia wygasła, wyrzucili go z dnia na dzień, a jego miejsce zajął partyjny karierowicz. „Niech się tatuś nie przejmuje, będę uwodził tym draniom córeczki” – pocieszał Pawła syn Tomasz.

Do emerytury pracował w bydgoskim areszcie. Żartował, że jest zadowolony, bo w peerelowskim systemie można tam spotkać stosunkowo przyzwoitych ludzi. Swój zawód do końca traktował jako służbę. Dorobił się trabanta i domowej biblioteki, w której osobną półkę zajmowały dzieła Żeromskiego. Warunku wychowania dzieci w wierze ich matki dotrzymał. Leży pochowany na ewangelickim cmentarzu, pod polnym kamieniem.

***
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazynu Świątecznego”, „Dużego Formatu”, oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:
* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto,
* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.