– Nigdy nie byłem gadułą, życie wymagało ode mnie, bym był raczej zasadniczy niż rozgadany. I tak mi zostało – zastrzegał na początku spotkania Jaskóła i oczy mu się zaszkliły, bo dzień wcześniej rada miasta przyjęła uchwałę o nadaniu mu godności Honorowego Obywatela Miasta Płocka. Gość podkreślał, że bardzo wiele to dla niego znaczy.

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Na spotkaniu w księgarniokawiarni Czerwony Atrament zjawiło się wielu jego przyjaciół i ludzi, którzy podziwiają jego menedżerski talent i zaangażowanie w płockie sprawy. Ponad ćwierć wieku w Petrochemii, siedem lat prezesury w tej największej spółce w kraju, osiem lat dowodzenia Polimeksem-Mostostalem. Byli m.in. prezydent Płocka (wdzięczny Jaskóle za pomoc przy budowie dróg dojazdowych do mostu i uratowanie unijnej dotacji), Anna Bramska (szefowa chóru Pueri et Puellae Cantores Plocenses, który Jaskóła wspiera od lat), dyrektor teatru Marek Mokrowiecki, prezes Towarzystwa Naukowego Płockiego Zbigniew Kruszewski czy dyrektor szkoły muzycznej Michał Zawadzki. A także wielu współpracowników i podwładnych z Petrochemii.

PIOTR HEJKE

Budowa potęgi dzisiejszego Orlenu, wydobycie go z kłopotów w najtrudniejszym momencie ustrojowej transformacji, związek z miastem zbudowały poczucie, że Jaskóła to „nasz, płocki” prezes. – Ale jak się to wszystko zaczęło? Jak „zaczął się” Konrad Jaskóła? – pytała Anna Lewandowska, dziennikarka „Wyborczej”, która wraz z Romanem Góralskim, byłym naczelnym płockiej „GW”, prowadziła spotkanie.

Obejrzyj galerię zdjęć ze spotkania

– Otóż zaczęło się w roku 1944, w małej wsi Borycz niedaleko Strzelec Opolskich – odpowiadał z uśmiechem bohater wieczoru. – Urodziłem się w domu, nie w szpitalu, jako jeden z ośmiorga rodzeństwa. Myślę, że – jak każdego z nas – kształtowała mnie rodzina, sposób wychowania. Mama, mimo gromadki pociech, miała czas, by czytać książki, także nam, dzieciom. Mieszkaliśmy na Górnym Śląsku, w miejscu, gdzie języka polskiego strzegło się jak najcenniejszego skarbu, po wojnie to przywiązanie nie osłabło.

„Nieznani bohaterowie naszej niepodległości–. Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Niechciane autorytety

Tak Jaskóła wspominał studia: – W 1969 r. skończyłem politechnikę w Gliwicach, tematem mojej pracy dyplomowej była ciężka synteza organiczna. Studia na tego typu uczelni trwały wtedy pięć i pół roku, pierwszy semestr to obowiązkowe praktyki, odbyłem je w Zakładach Azotowych w Chorzowie. Nie było lekko, wykorzystywano nas do najżmudniejszych zadań. Czyściliśmy studzienki kanalizacyjne z soli mineralnych. W każdy dzień roboczy, a do tego także obowiązkowo w dwie niedziele w miesiącu, po 12 godzin. Były jednak plusy tej sytuacji, średnio na takich praktykach dostawało się 500 zł pensji, my zaś mieliśmy co miesiąc aż 1,5 tys.! To było bardzo dużo pieniędzy.

Gliwice były wtedy wielkim ośrodkiem przemysłowym, a także miastem akademickim. Wchłonęły wielką repatriację lwowską, znakomita część moich wykładowców na politechnice pochodziła właśnie ze Lwowa. Byli to ludzie o wielkiej klasie i wielkim autorytecie. Egzaminy z chemii organicznej czy termodynamiki były dla nas wszystkich wydarzeniem z kategorii „być albo nie być”. I nawet 3,5 w indeksie było przełomowym sukcesem. Z tymi autorytetami w ciągu ostatnich kilku dekad w Polsce jest naprawdę źle. Zapewne w państwa ocenie także. „Pompuje się” ludzi, którzy nie zasługują na to miano. A te prawdziwe autorytety, ludzie, którzy swoim życiem dają wspaniały przykład innym, za którymi chciałoby się iść – w ogóle nie mogą się przebić, w wielu obszarach są wręcz niechciani. Moje autorytety to przede wszystkim papież Polak. I świętej pamięci biskup płocki Zygmunt Kamiński, człowiek o silnej osobowości, otwarty na innych. Kapłan, który po zakończonej mszy w katedrze wychodził ze świątyni, stawał na chodniku i czekał na wszystkich, którzy chcieliby z nim porozmawiać.

Komunikacyjny szok

Przez moment Jaskóła pracował w Zakładach Chemicznych „Blachownia” w Kędzierzynie-Koźlu, a potem był już Płock. Na spotkaniu w Czerwonym Atramencie tak mówił o tym momencie: – Do Płocka przyjechałem w roku 1974. Przede wszystkim przeżyłem tu – nazwijmy to – szok komunikacyjny. Na Śląsku między Katowicami, Gliwicami, Opolem co 30 minut krążyły pociągi. A Płock? Jak odcięty od świata. Autobus z Warszawy szedł 3 godziny i 15 minut! W Płocku czekała mnie żmudna analiza dokumentów ruszającej właśnie instalacji Olefiny II, rozruch, potem produkcja. Moja żona była w tym czasie w ciąży. Nie chciała rodzić w Płocku, została więc w Kędzierzynie i po kilku miesiącach rozłąki dotarła do mnie z 10-dniowym synem włożonym do kosza na bieliznę. Nie znaliśmy Płocka, nie mieliśmy tu rodziny, znajomych. Dostaliśmy mieszkanie przy ul. Dobrzyńskiej. Kiedy poszliśmy na pierwszy spacer nad Wisłę, żona powiedziała: „Słuchaj, nikt nam się nie kłania”. „To my się kłaniajmy” – odpowiedziałem. Na początek ukłoniliśmy się... pomnikowi Ludwika Krzywickiego, akurat stał obok. Żona patrzyła na Wisłę, w stronę południa. Tęskniła. Jak wspominam miasto z tamtego okresu... Widzę kocie łby, Podkowy na Nowym Rynku już chyba nie było, była Antypodkowa, nie pamiętam, czy wtedy jeszcze przyjeżdżały tu furmanki... Widzicie państwo, Płock jest mi zbyt bliski, by oceniać go w sposób „to na tak, to na nie”. Miejsca niedogodności sprzed lat zacierają się, może poza komunikacyjną blokadą, o której wspomniałem. Stałem się płockim patriotą. Wciąż mam płocką rejestrację na samochodzie, rozliczam swoje podatki w płockim urzędzie skarbowym. Cieszę się, że władze Płocka powołały mnie na przewodniczącego rady gospodarczej przy prezydencie miasta, cieszę się, że mogę zasiadać w radzie społecznej szpitala wojewódzkiego. I z tego, że kiedy kilkanaście lat temu zadzwonił do mnie Romek Góralski i powiedział: „Może byśmy zabrali się za remont synagogi”, tośmy się zabrali...

Widzę Płock po prostu takim, jaki jest dziś. On błyszczy. Rozwinął się tak dynamicznie! A jego władze mają już strategię, jakie to miasto będzie w roku 2030. Mają wizję. To wymaga wielkiej odwagi.

Im wyżej, tym mocniej wieje

– Miałem 30 lat, kiedy zaczynałem pracę w Petrochemii – tak Jaskóła wspominał początki w zakładzie. – I od razu trafiłem na moment opracowywania dokumentacji powstającej właśnie instalacji Olefiny II, jej rozmach porównywano z Hutą Katowice. Potem na jej rozruch. To było niesamowite przeżycie. Życzyłbym każdemu młodemu człowiekowi takiego wyżycia się zawodowego, takiej szansy. Mnie się to zdarzyło – zespół specjalnie dobranych ludzi, inżynieria japońska, technologia amerykańska, szkolenia w Tokio i Osace, seminaria w Nowym Jorku... Nocowaliśmy na tej instalacji i po prawdzie jej budowa trwała dłużej, niż zakładano, choć – rzecz jasna – wersja dla władz brzmiała, że uruchomiono ją „przed czasem”. Władza przyjechała, oglądała, gratulowała. A gdy wyjechała? No... wszystko dalej działało! I to mimo trzaskającego mrozu, było chyba minus 16 stopni. Tak jak mówiłem kiedyś w jednym z wywiadów, moment rozruchu tego giganta – wydaje się – mógłby wiązać się z ryzykiem. Może coś pójdzie nie tak? Nie sprawdzi się w praktyce? Ale ja nie bałem się ani przez chwilę. Bo tam nie było żadnego ryzyka. Wszystko było zapięte na ostatni guzik. Nie mogło się nie udać. Choć, rzecz jasna, podejmowanie ryzyka jest nieodłącznym elementem prowadzenia firmy. Nie można prowadzić żadnego gospodarstwa, a my mówimy tu o największym gospodarstwie w środkowej Europie – Mazowieckich Zakładach Rafineryjnych i Petrochemicznych, potem Petrochemii Płock, dziś Orlenie – bez ryzyka. Liczyły się – liczą się zawsze – wiedza oparta na odpowiednio zbudowanym zespole i ryzyko. Dodam jeszcze to: na zdobywanie wiedzy jest czas. Potem jednak przychodzi czas podejmowania decyzji. Podejmuje ją szef i w mojej ocenie powinien się jej trzymać. Czas zastanawiania się, badania, mija, przychodzi czas działania i wtedy wszelkie wątpliwości tylko przeszkadzają. Szef decyduje, ale i za tę decyzję odpowiada. Tak to jest. Im wyżej, tym mocniej wieje. Dziś można powiedzieć, że ten system zdał egzamin. Kiedy stanąłem na czele Petrochemii, zakład był na 30. miejscu w europejskim rankingu dochodowości tego typu firm. Szybko awansował na miejsce czwarte. Decyzje wtedy podjęte owocują do dziś.

Romek Góralski zachęcał do wspomnienia czasów „dyrektorskich”: – Ludzie wspominają, że o brzasku zjawiałeś się w zakładzie, około południa przebierałeś się w garnitur, interesanci, zebrania, potem w samochód, do Warszawy, Krakowa. A wieczorem byłeś z powrotem przy Chemików, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku...

– Chyba z trzech dób zrobiłeś tu jedną – śmiał się Jaskóła. – Ale faktycznie, zawsze uważałem, że pańskie oko konia tuczy. Szefa powinno być widać, dlatego zawsze do zakładu wjeżdżałem jedną bramą, a wyjeżdżałem inną, żeby jak najwięcej osób widziało, że jestem.

– A rodzina? Cierpiała z powodu nieobecności w domu? – dopytywali prowadzący spotkanie.

– Żona żartuje, wspominając tamte czasy, że nigdy nie było mnie w domu, ale synowie mówią wtedy zawsze: „Mamo, to twoje zdanie”. Więc chyba zapamiętali to inaczej – odpowiadał Jaskóła. – W weekendy starałem się być cały dla nich, mogłem także liczyć na ich wyrozumiałość. Jeśli jednak podjąłem się jakiegoś zadania, nie mogłem tego robić na pół gwizdka. Kierowało mną zawsze poczucie odpowiedzialności.

Resztka przyzwoitości

Było jeszcze pytanie o czasy komuny, partię, naciski....

– A jakże, były – nie ukrywał gość Akademii Opowieści. – Tyle że ja zostałem dyrektorem naczelnym dopiero w roku 1992. Wcześniej byłem dyrektorem do spraw produkcji, a na baczność przy telefonie z góry stawał dyrektor naczelny. W pewnym sensie byliśmy chronieni, choć były i nieprzyjemne momenty, gdy na wniosek rady pracowniczej odwołani mieli być wszyscy trzej zastępcy dyrektora, więc także i ja. Na szczęście tak się nie stało, w dodatku był to moment przełomowy. Właśnie po nim awansowałem na dyrektora generalnego. Nikt poza mną nie stanął wtedy do konkursu na to stanowisko. W zasadzie nie wiem dlaczego. Faktycznie, był to moment, zdaje się, najtrudniejszy w dziejach zakładu, zarobki były kiepskie, ludzie odchodzili w poszukiwaniu wyższych pensji. W Petrochemii był wielki głód ludzi z wyższym wykształceniem. Puściliśmy wtedy wieści, że zatrudnimy każdego po studiach, poniżej trzydziestki. I w ciągu dwóch lat przyjęliśmy ok. 700 osób. Nie tworzyliśmy im żadnych ścieżek rozwojowych, planów kariery, powiedzieliśmy po prostu: idźcie w zakład, do ludzi, szukajcie swojego miejsca, przebijajcie się. Wiele osób z tego naboru zrobiło dużo dobrego dla zakładu, właśnie wtedy pracę rozpoczęli np. Czesław Bugaj i Krystian Pater, świetni fachowcy. Bugaj wciąż pracuje, Pater pracował, póki ci, którzy zarządzają dziś zakładem, mieli jeszcze resztki przyzwoitości. Po roku 1989 zakład był trochę jak dziecko bez rodzica. Ale szybko stał się arogancko samodzielny. Potrzeba nam było przede wszystkim inwestycji w technologie, a co za tym idzie – pieniędzy. A gdzie były te pieniądze? Na rynku, bo my wtedy produkowaliśmy – niestety – tylko koszty i smrody. Rozwinęliśmy więc sieć stacji, aż do wyssania CPN-ów. Niestety innego wyjścia jednak nie było. Pamiętam, kiedy ówczesny premier Józef Oleksy pytał mnie: „I co ja mam teraz z tymi CPN-ami zrobić?”. Ja na to: „Włączyć do Petrochemii!”. I tak się stało. W dodatku Polskę zalewało tanie, złej jakości paliwo ze Wschodu, nasze stało w zbiornikach, nie wiadomo było, co z nim robić. Jestem liberałem, ale umiarkowanym, wtedy trzeba było wybierać: albo wolny rynek, albo ratowanie firmy, polskiego producenta paliw. Wprowadzono więc akcyzę na to wschodnie paliwo. Nasz zysk w ciągu trzech lat zwiększył się dziesięciokrotnie. Okrzepliśmy, zainwestowaliśmy dwa miliardy dolarów w technologię, kolejne 1,5 mld w sieć dystrybucyjną. Potem akcyzę można było zdjąć, Petrochemia była już gigantem.

Pytany przez publiczność o ocenę reformy Balcerowicza i to, że wiele zakładów, także płockich, nie poradziło sobie tak dobrze jak Petrochemia, Jaskóła odpowiadał: – Ta terapia szokowa była potrzebna. Choć były zakłady, dla których odbyło się to zbyt gwałtownie. Fetysz wolnego rynku nie sprawdził się wszędzie.

A moment pożegnania z Petrochemią?

– Właśnie tego żałuję najbardziej. Że się dałem z Płocka wyprowadzić. Do tej pory, kiedy spotykam ówczesnego premiera Jerzego Buzka, on powtarza: „Żałuje, że cię z Płocka zabrałem”. Odpowiadam: „Nie zabrałeś, tylko wyrzuciłeś!”. Żałuję, że nie udało mi się dokończyć dzieła, mieliśmy już rozwiniętą i nowoczesną część rafineryjną, sieć dystrybucji. Przyszła pora na rozwinięcie części petrochemicznej. Płock ma możliwości produkcyjne, w Polsce są zakłady, które czekają na te surowce. Mieliśmy plan – chcieliśmy tworzyć spółki córki powiązane z Petrochemią jako spółką matką, proponowałem nawet nowemu prezesowi, Andrzejowi Modrzejewskiemu, że zostanę w firmie, zajmę się tym. Odmówił. Powiedział, że w zakładzie nie może być dwóch szefów. No cóż, miał rację...

Z sali padło pytanie: – Dlaczego pan przegrał z Modrzejewskim, czemu to nie pan został prezesem w tamtym czasie?

Jaskóła przypominał, że do konkursu stanęło aż 11 kandydatów. Do finału przeszło trzech, w tym on. – Postanowiłem walczyć do końca, choć wiedziałem, że nie mam szans – odpowiadał gość. – I... powiem to po raz pierwszy... Od ważnej osoby w ówczesnym rządzie usłyszałem: „Wiesz, ty tego nie wygrasz, bo podobno są jakieś teczki na ciebie”. Jakie teczki, co znaczy „podobno”? Oczywiście, że na pewno miałem założoną teczkę, przecież byłem przez lata w kierownictwie jednego z najważniejszych zakładów, więc musieli mnie obserwować, opisywać. Zresztą na portierni całkiem jawnie siedział człowiek do takich zadań. Byłoby więc dziwne, gdyby mi teczki nie założyli. Ale nie, nigdy jej nie szukałem, nie interesuje mnie, co w niej jest.

– Czy o wolność wciąż trzeba walczyć? Na to pytanie Jaskóła odpowiedział również pytaniem: – A czy o miłość też trzeba stale walczyć? Kiedy one są, należy po prostu dbać o nie, pielęgnować. Żeby nie było tak, że jeśli coś zaniedbamy, to obudzimy się i tej wolności już nie będzie.

Cezary Łazarewicz radzi, jak pisać [PORADNIK]