Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszym konkursie?

Zapoznaj się z REGULAMINEM konkursu

Weź udział w konkursie, przyślij opowieść, wygraj nagrody! [FORMULARZ]

Kiedy myślę o ludziach najodważniejszych, których mógłbym stawiać innym za wzór, to myślę właśnie o nim. To nie znaczy, że się nie bał. Bał się. I strasznie mnie objechał, gdy usłyszał pod dawnym domem Trinczerów brzęk opadającej migawki i zobaczył skierowany w niego obiektyw. – Niech pan nigdzie tego nie publikuje – powiedział groźnie. (Nie dotrzymałem słowa, ale nie miało to już żadnego znaczenia).

Początek

Bał się. I opowiadał mi o tym strachu. Jak go przez wiele lat paraliżował i jak bał się powiedzieć prawdę. Nie o siebie się bał, ale o córki, rodzinę, dom i samochód. Bo we wsi wciąż mieszkali uczestnicy tamtych wydarzeń, potem ich dzieci, a potem wnuki. – Wiedziałem, że w obawie przed zemstą nikt inny prawdy nie powie, choć wszyscy o tym wiedzą – mówił mi kilka lat temu.

– To dlaczego pan się zdecydował? – zapytałem.

– Kto jedną nogą na tamtym świecie stoi, ten niczego się nie boi – zażartował.

Opowiadał mi, jak pewnej bezsennej nocy zrozumiał, że jeśli on nic nie powie o domu śmierci, to wraz z jego odejściem wszyscy, którzy wtedy zginęli, pójdą w zapomnienie. Bo mieszkańcy Gniewczyny wymazali z pamięci nazwiska, imiona i okoliczności. Nikt nie opłakiwał ich śmierci. Nie mieli grobów. – Tak jakby ich tu nigdy nie było – powiedział.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Kolejna odsłona Akademii Opowieści: "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Dobijał do osiemdziesiątki, gdy zaczął to wszystko spisywać. I ciągle był niezadowolony. Cyzelował, poprawiał, dopisywał. I miał do siebie pretensje, że nie zrobił tego wcześniej, bo przez te 70 lat zapomniał wielu szczegółów. Próbował sobie przypominać imiona i jak wyglądali.

W 2009 r. obszerne fragmenty wspomnień Tadeusza Markiela opublikował katolicki miesięcznik „Znak”. Ale publikacja w niskonakładowym magazynie przeszła bez echa. Nie wywołała żadnej dyskusji, na którą Markiel liczył. Był zawiedziony. Już wtedy był odważny, więc chciał, żeby o Gniewczynie wszyscy się dowiedzieli. Żeby po 70 latach ludzie o tym zaczęli rozmawiać i żeby ci zabici Żydzi już nigdy nie zostali zapomniani. To było dla niego ważne. To stało się celem jego życia.

Wieś

Byłem wtedy reporterem wysokonakładowej „Polityki”. Mógł myśleć, że spadłem mu z nieba, gdy pewnego dnia zadzwoniłem i poprosiłem, żeby mi opowiedział tę historię. Mógł liczyć, że sprawa stanie się głośna.

Powiedział przez telefon, że musi się dobrze do tego wyjazdu przygotować. Dopiero w jego domu zrozumiałem, że to dla niego wielka wyprawa. Bo choć ze Stalowej Woli do Gniewczyny jest około 80 km, to dla niego była to cała wyprawa. Żeby tam pojechać i wszystko mi pokazać, musiał wcześniej zorganizować opiekę nad żoną, przygotować dla niej specjalne posiłki, które sam gotował. (Dopiero później się dowiedziałem, że były to jej ostatnie dni).

Miałem się na miejscu nie afiszować. Udawać znajomego albo kogoś z rodziny. Tylko nie dziennikarza.

Wieś była bardzo rozległa. Jeździliśmy samochodem wte i wewte, a on pokazywał mi domy. Tu mieszkali Żydzi, tam mieszkali Żydzi.

Powtórzył mi to, co napisał wcześniej we wspomnieniach. Opowiedział mi, jak po wybuchu wojny z miejscowych strażaków stworzyła się nowa elita. W zamian za współpracę z Niemcami mogli organizować niedzielne potańcówki oraz grabić i prześladować miejscowych Żydów. Żydzi tak się bali strażaków, że na początku 1942 r. zaczęli się przed nimi ukrywać we wsi. Spali w oborach, przybudówkach stodół, w starym młynie. Na początku maja 1942 r. strażacy wszystkich ich wyłapali i zamknęli w piwnicy domu jednego z nich – Trinczera. Trzymali ich tam przez trzy dni. Kobiety gwałcili pojedynczo lub zbiorowo, a mężczyzn torturowali, by wydusić informacje, gdzie schowali złoto i pieniądze. Tylko że żadnego złota nie było. Były tylko jakaś stara pościel i płaszcz zimowy. Gdy już nie mieli się czym wykupić od śmierci, strażacy wezwali przez telefon Niemców. Powiedzieli, że schwytali 18 Żydów, i poprosili o rozwiązanie tej kwestii.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Krystyna Kuta. Kuroń o niej mówił "królowa rewolucji"

Żandarmi przyjechali następnego dnia. Zjedli ze strażakami śniadanie, a potem razem wzięli się do pracy.

Staliśmy na działce, gdzie stał kiedyś dom Lejby Trinczera. Blisko kościoła. W samym sercu wsi.

Markiel pokazywał mi, gdzie się wtedy schował. Miał wówczas 12 lat. Przybiegł z ciekawości. I pamiętał każdy szczegół. Opadające połatane kalesony Lejby Trinczera i wystające z nich sznurki plączące się o jego bose stopy. Strażaków wypychających go przed dom razem z żoną Szanglą i trójkę ich dzieci. Lejb, gdy zauważył karabiny, próbował własnym ciałem zasłonić rodzinę, ale żandarm końcem lufy pokazał mu, gdzie jego miejsce. Kazał mu się położyć twarzą do ziemi. A kiedy Lejb wykonywał już polecenie, zmienił zdanie i pokazał lufą na dzieci.

Wezwał najstarszego syna. Kazał mu klękać, przywrzeć twarzą do udeptanego podwórka. Markiel się zdziwił, że huk z wystrzelonego karabinu brzmiał jak wystrzał z kapiszona. I zaraz potem białe włosy chłopca stały się rubinowe.

Pamiętał, że twarze Lejby i jego żony zrobiły się wtedy popielate z przerażenia.

Potem żandarmi kazali się położyć młodszemu chłopcu, a potem jego siostrze. Lejbę i Szanglę zostawili sobie na koniec.

Markiel już tego nie widział. Ani pozostałych 13 egzekucji. Zerwał się, uciekał z kryjówki, nie oglądając się za siebie. „Panika zalała mi wtedy umysł” – mówił.

Egzekucja

Od kolegi dowiedział się później, co było dalej. Strażacy wyszarpywali Żydów pojedynczo z domu i wypychali na podwórko. A tu już nimi zajmowali się żandarmi. Po każdej egzekucji przychodził jeden ze strażaków, łapał ciało za nogi i ciągnął wzdłuż budynku do wielkiego dołu, który wykopał już rano. Tam wrzucił 18 trupów. Po egzekucji Niemcy wyjechali ze wsi, a strażacy udeptali ziemię, żeby nic nie rzucało się w oczy.

Kilku Żydów egzekucji uniknęło. Schowali się w okolicznych lasach. Ale zanim skończyła się wojna, strażacy ich wytropili. Ostatni zginął w marcu 1944 r., tuż przed wejściem Rosjan.

Pozostało po zamordowanych rodzinach osiem żydowskich domów – pisał we wspomnieniach Markiel – teraz już zasiedlonych przez sąsiadów. Długo po tym opukiwano ściany izrywano podłogi wposzukiwaniu ukrytych pieniędzy tych nędzarzy. Rozpruwano ciepłe jeszcze pierzyny, poduszki ikołnierze ubrań wposzukiwaniu złotych pierścionków iłańcuszków.

Tylko jeden dom nie został zasiedlony – ten, w którym strażacy przetrzymywali Żydów i przed którym zostali oni zamordowani. Nikt z miejscowych nie chciał tam mieszkać. Gdy siedem lat temu przyjechaliśmy do Gniewczyny z Tadeuszem Markielem, pokazał mi zarośniętą działkę i powiedział, że od lat nikt nie chce jej kupić. – Miejscowi wiedzą, co się tu stało – powiedział.

Miał chyba poczucie winy, że przez tyle lat nic z tym nie zrobił. Tłumaczył mi, że zaraz po wojnie wyjechał z Gniewczyny, że długo tam nie wracał. Potem studiował na Wojskowej Akademii Technicznej w Warszawie, a następnie trafił do zakładów zbrojeniowych w Stalowej Woli. Że nie wiedział, jak i z kim o tym rozmawiać, że nie miał nikogo zaufanego. A gdy przyjeżdżał do wsi i próbował zagadnąć o strażaków, to mu miejscowi powtarzali, by nie rozgrzebywał starych ran, bo nikomu to nie jest potrzebne. – Tegonie było – mówili mu.

Cały dzień spędziłem z Tadeuszem Markielem w Gniewczynie. Opowiadał mi o swoim życiu i o tym, jak się przestał bać. I o sile, którą czerpie z tej prawdy. Mówił, że gdy się przełamał, to zaczął rozsyłać swoje wojenne wspomnienia wszędzie. Do dyrektorów okolicznych szkół, nauczycieli, studentów. Odpowiedzią była cisza. – Okrutna śmierć naszych sąsiadów nie wzbudziła w nas ani poczucia winy, ani chęci zadośćuczynienia – mówił. – Nadal obowiązuje postulat milczenia o naszej współwinie.

Wieś go nie lubiła, bo był posłańcem złej nowiny. Widać to było, gdy spacerowaliśmy. Napotkani ludzie schodzili mu z drogi albo docinali: „Znów opowiadasz te banialuki przyjezdnym?”.

Powiedziałem, że sprawdzę w archiwach i że się wkrótce odezwę. Ale pochłonęły mnie bieżące sprawy. Zaraz były wakacje, a po wakacjach zaczęła się wojna w polityce. Pisałem o sprawach zupełnie nieważnych, zamiast się zająć tym, co najważniejsze. Nawet w dużym tygodniku trudno przeforsować temat sprzed 70 lat, bo zawsze jest coś aktualnego.

Rozmawialiśmy czasem przez telefon. Zapewniałem go, że pracuję nad tekstem. Że jeszcze coś muszę sprawdzić w archiwum.

Solidnie zabrałem się do tego jesienią.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Akademia Opowieści. Ksiądz upominał się o bitych i poniżanych, sam został zamęczony

Poszukiwania

Wszystko miało potwierdzenie w archiwach. Sprawa mordu na Żydach wyszła przy okazji politycznych procesów akowców. Bo strażacy, którzy pomagali mordować Żydów, jednocześnie byli żołnierzami Armii Krajowej. Więc jednym z zarzutów, które im UB przypisała, było współdziałanie z okupantem polegające na więzieniu Żydów w domu Trinczerów.

Wzywani przed sąd świadkowie z Gniewczyny nie chcieli nic mówić. A nikt z żydowskich mieszkańców nie przeżył, by mógł ich obciążyć.

Z tego samego powodu nie zachowała się żadna relacja świadka w Żydowskim Instytucie Historycznym.

Ostatni ze strażaków zmarł w 2004 r. W lokalnej gazecie znalazłem jego nekrolog. Przeczytałem, że brał udział w licznych akcjach partyzanckich. Za męstwo został odznaczony czterokrotnie Medalem Wojska i raz Krzyżem Armii Krajowej.

W kronikach Ochotniczej Straży Pożarnej w Gniewczynie było tylko jedno zdanie o wojnie: Pomimo trudności wzdobywaniu funduszy na cele organizacyjne OSP była strażą jak na owe czasy bogatą idobrze wyposażoną.

O zniknięciu Żydów nie było nic w kronikach kościelnych.

A w rejestrze zbrodni hitlerowskich w Polsce, opracowanym przez Główną Komisję Badania Zbrodni Hitlerowskich, morderstwo w Gniewczynie przypisano niemieckim żandarmom z Jarosławia. Według Komisji w maju 1942 r. zamordowali oni 16 osób (Markiel twierdził, że 18), których nazwiska i wiek udało się Komisji tylko częściowo ustalić. Najstarszy był Szymche Adler, który w chwili śmierci miał 43 lata, a najmłodsi – Lejzor Sandman i Lizor Trinczer – byli rocznymi dziećmi. Całka Sandman miała 3 lata, Nuchem Adler – 8, jego brat Józef – 12, a siostra Urszula – 10.

Zadzwoniłem wtedy do Tadeusza Markiela, powiedziałem o swoich wątpliwościach i o tym, co ustaliła Główna Komisja Badania Zbrodni Hitlerowskich.

– To miejscowi zlecili Niemcom to morderstwo – upierał się. – Chcieli w ten sposób usunąć świadków gwałtów i tortur, przejąć ich domy, sprzęty, pierzyny, poduszki, ubrania i buty.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Przeżyła trzy lata w Auschwitz. "Nieraz zastanawiałam się, jak Hanka to zrobiła, że potrafiła odzyskać radość życia"

Jesienią 2010 r. przestał odbierać ode mnie telefony. Myślałem, że się obraził. Więc wysłałem SMS-a, żeby kupił „Politykę” w najbliższą środę. Zamiast niego odpowiedziała wnuczka.

„Dziadek niedawno zmarł” – napisała.

Tekst się ukazał w grudniu 2010 r., do dziś krąży po sieci i jest czytany. Rok po śmierci Tadeusza Markiela ukazała się książka, którą pisał wspólnie z Aliną Skibińską „ Jakie to ma znaczenie, czy zrobili to z chciwości? . Zagłada domu Trinczerów”.

Dzięki niemu hasło „Gniewczyna” w Wikipedii brzmi dzisiaj tak:

W1942 r. Polacy – szef OSP, aktywiści straży, sołtysi iich pomocnicy oraz bezideowe skrzydło ruchu oporu – urządzili obławę na miejscowe rodziny żydowskie. 11 osób wsadzono na wozy iprzewieziono do domu Lejby iSzangli Trynczerów. Tam, trzy dni itrzy noce, przetrzymywali Żydów, torturowali, po czym wezwali niemieckich żandarmów, którzy rozstrzelali uwięzionych.

Panie Tadeuszu, to dzięki Panu świat się o tym dowiedział.

AKADEMIA OPOWIEŚCI

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, a także dzisiaj – zawsze byli wolni.
Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników. Regulamin akcji jest dostępny TUTAJ.

Na opowieści o bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.