Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

– Dziadka Wincentego Bigońskiego znam tylko z opowieści. Zmarł w 1951 r., ja na świecie pojawiłam się pięć lat później. To był niesamowity człowiek, bardzo uczynny. Kochał dzieci, brzydził się kłamstwem.

Jakby dziadek tutaj był

Kiedyś mojej kuzynce zrobił medal z kartofla za jazdę na hulajnodze „Zajęłam ostatnie miejsce!” – żaliła mu się, gdy dojechała na metę. W wyścigu brała udział Małgosia i jeszcze jedna dziewczynka. „Nie płacz i nie mów nikomu, że byłaś ostatnia, przecież byłaś druga” – odpowiedział z uśmiechem i wręczył jej nagrodę. Sytuacja działa się na stadionie klubu sportowego Gwiazda, dziadek przez wiele lat był tam prezesem sekcji piłki nożnej. Z Bydgoszczą związał się w 1922 r., miał wtedy 29 lat, był już żonaty z babcią Zofią. Miłą i bardzo energiczna kobietą. Wcześniej jego rodzina mieszkała w Gostropp w Niemczech. Dwa lata po przyjeździe do Polski otworzył pierwszą piekarnię z wielkim kominem i sklep na rogu ul. Grunwaldzkiej i Wrocławskiej. Rok później zdał egzamin mistrzowski w zawodzie piekarskim. Do dzisiaj jego dyplom wisi w naszym punkcie na rogu ul. Świętojańskiej i Gdańskiej, który razem z kawiarnią rodzina otworzyła w latach 30. To miejsce zatrzymało się w czasie. Lady, półki, zdjęcia, dyplomy, a nawet piec, który pamięta czasy cesarza Wilhelma, niewiele tutaj zmienialiśmy. Po całym dniu pracy, gdy zamykam sklep i nie ma już klientów, rozglądam się po pomieszczeniu. Wyobrażam sobie w tych wnętrzach dziadka i pozostałych bliskich. Wiem, że byli tutaj bardzo szczęśliwi mimo wielu niedogodności.

Otwarcie sklepu Bigońskich przy ul. Gdańskiej w BydgoszczyOtwarcie sklepu Bigońskich przy ul. Gdańskiej w Bydgoszczy ARCHIWUM RODZINNE

Rozwolnienie po cukierkach

Naprzeciwko drzwi wejściowych jest jedno z moich ulubionych zdjęć. Przedstawia mężczyzn ubranych w odświętne stroje, białe rękawiczki i kapelusze. Wśród nich najprawdopodobniej ul. Gdańską paraduję dziadek Wincenty. Jest najwyższy i największy. Uśmiecha się od ucha do ucha. To lata 30. Wtedy należał do Bractwa Strzeleckiego, potocznie zwanego Kurkowym. Ich dewiza brzmiała: „Ćwicz oko i dłonie w ojczyzny obronie”. Dziadek każdego roku uczestniczył w trzeciomajowej defiladzie i balach karnawałowych w Strzelnicy przy ul. Toruńskiej. Na jeden z nich babcia Zosia przebrała się za cukierka, na sukience miała także poprzyszywane mniejsze cukierki, w których znajdował się, nie wiem czemu, proszek na rozwolnienie. Mimo że wiele razy prosiła swoich kolegów i koleżanki, by ich nie zrywali i nie jedli, nie słuchali. Podobno kolejka do ubikacji była bardzo długa.

Pięć minut na spakowanie

Po dobrych latach nastały gorsze. 14 listopada 1939 r. do naszej piekarni wpadli Niemcy. „In fünf minuten rause!” – krzyknęli stojąc w drzwiach. Rodzina dziadka Wincentego z żoną Zofią, moim tatą Edmundem i wujkiem Zbigniewem mieli pięć minut na spakowanie. Wyszli tak jak stali. Wysiedlili ich do Łodzi na ul. Piotrkowską. Dziadek ponownie został kierownikiem piekarni, tym razem u Niemca. I tak aż do 1945 r. O tych latach nie opowiadali wiele, sama też nie dopytywałam. Znam tylko kilka pojedynczych historii. Tata miał wtedy niespełna 11 lat i pracował jako boy w hotelu Savoy. Wspominał, że bardzo lubił jeździć windą. Wujek zatrudnił się w firmie transportowej. Jeździł m.in. do getta zawozić jedzenie. Wiem, że widział, jak palono więzienie na łódzkim Radogoszczu. W środku znajdowało się wtedy ponad tysiąc Polaków, tylko kilkadziesiąt z nich przeżyło. Niedawno wspomniała mi o tym ciocia, jego żona.

Ciężki powrót do domu

Nasza rodzina do Bydgoszczy wróciła w 1945 r. Prawie 20 lat ich dorobku zostało zniszczone. Zaczynali od worka mąki. Punkt na rogu ul. Grunwaldzkiej i Wrocławskiej przestał istnieć. Nie było łatwo. Nowe władze tolerowały rzemieślników, ale robiły wszystko, aby życia im nie osładzać. Mimo wszystko dziadek trwał. Był bardzo uparty i rzetelny. Niestety, życie nie pisało kolorowego scenariusza. Po kilku latach zamknęli kawiarnie, został tylko punkt przy ul. Świętojańskiej. Ale ludzie cały czas przychodzili. Uwielbiali wypieki Bigońskich. Nie brakowało także chętnych do nauki. Dziadek wyszkolił całe pokolenie fachowców, m.in. Dominika Łanieckiego, który w latach powojennych był cukiernikiem na dworze króla Szwecji, a następnie otworzył w Sztokholmie własną cukiernię pod nazwą Biało-Czerwona.

Synowie Wincentego przejęli schedę

Bracia Zbigniew i Edmund BigońscyBracia Zbigniew i Edmund Bigońscy ARCHIWUM RODZINNE

Wśród uczniów byli także tata i wujek. Ci, chociaż wychowywali się w piekarni, nie od razu chcieli przejąć jego interes. Wujek poszedł na studia do Poznania, po nim miał iść także tato. Ale życie napisało inny scenariusz. Dziadek zmarł w 1951 r. Rodzina nie mogła pogodzić się z jego śmiercią, miał niespełna 60 lat. Chwilę później tatę wezwano do wojska. Nie trafił jednak do koszar, tylko na dwa lata do kopalni. W firmie została babcia i wujek, który podjął się ciężkiego zadania. Zdał egzamin czeladniczy i mistrzowski w zawodzie piekarza i cukiernika. To samo uczynił tata po powrocie. Był wyśmienitym cukiernikiem. Robił najlepsze ciasto francuskie z jabłkiem na świecie. Gdy wracał do domu po południu, wszystkie pomieszczenia pachniały piekarnią. Wstawał po godz. 2, o 3 wychodził do pracy. Raz w roku wszyscy mieli obowiązkowy miesięczny urlop. W tym czasie w środku trwał remont, a my wypoczywaliśmy. Wujek i tata byli zapalonymi żeglarzami, uprawiali żeglarstwo sportowe i turystyczne. Interesowali się także szybownictwem.

Bez taryfy ulgowej

Pamiętam czasy, gdy w piekarni sprzedawaliśmy lody. Robił je tata: waniliowe, czekoladowe czy truskawkowe, wszystkie wyrabiane naturalnie. Kiedy zmarł po ciężkiej chorobie, postanowiłam zostać w firmie na stałe. Wcześniej jednak zdałam egzaminy. Nie miałam taryfy ulgowej. Myłam blaty, zamiatałam piekarnię. Za sześć lat obchodzimy stulecie. Wciąż mamy stałych klientów. Czy uda nam się doczekać tej okrągłej rocznicy? Dziadek na pewno bardzo by tego chciał. Kiedyś świeżo krojony chleb znaczono znakiem krzyża, a gdy upadł na ziemię, całowano z szacunkiem. Dziś dobry, prawdziwie rzemieślniczy chleb ustępuje miejsca przemysłowej produkcji.

Akademia Opowieści. "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto