Przez plac Wolności w Katowicach każdego ranka przechodzi charakterystyczna postać. Zawsze w garniturze, buty starannie wypastowane, pewnym krokiem zmierza do kamienicy pod numerem 12. Od 1922 roku mieści się tam siedziba Izby Rzemieślniczej. Mężczyzna nazywa się Ernest Szymik i jest jej prezesem. Ma tyle samo lat, co ona.

Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Zapoznaj się z REGULAMINEM konkursu

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w konkurskie, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Przed wojną Szymik uczy się gry na skrzypcach, ale bardziej pociąga go ekonomia. Po okupacji kończy studia na katowickiej Akademii Ekonomicznej, w 1947 roku zaczyna pracę w Izbie. Przechodzi przez wszystkie szczeble awansu, aż w końcu zostaje jej prezesem. W pracy poznaje Weronikę, przyszłą żonę. Jej ojcem jest Paweł Biela, mistrz ślusarstwa i mechaniki precyzyjnej z Podlesia, jeden z założycieli Izby.

Urzędnicy straszą domiarami

Określenie „prywatna inicjatywa” pojawia się po raz pierwszy w Manifeście PKWN: „Zniesione zostaną niemieckie znienawidzone zakazy, krępujące działalność gospodarczą, obrót handlowy między wsią i miastem. […] Inicjatywa prywatna, wzmagająca tętno życia gospodarczego, również znajdzie poparcie państwa”. Ale już pod koniec lat 40. władze wycofują się z tych deklaracji. Z „prywatną inicjatywą” komunistom nie po drodze. Rozpoczyna się tzw. bitwa o handel. Jej początkiem jest wystąpienie Hilarego Minca, ministra przemysłu i handlu. Sejm uchwala nowe ustawy – po to, by sektor prywatny nie groził odrodzeniem kapitalizmu. Na prowadzenie przedsiębiorstw handlowych i budowlanych potrzebne są specjalne zezwolenia. Powstaje przedsiębiorstwo państwowe Powszechne Domy Towarowe, które ma być konkurencją dla małych sklepów prywatnych. Władza wprowadza utrudnienia, np. przy zakupie towarów w hurtowniach, albo dający się we znaki rzemieślnikom domiar, czyli de facto uznaniowy podatek. Domiary naliczano, gdy urzędnik stwierdził jakąś nieprawidłowość. Wlepiano je za najmniejsze przewinienia.

Wokół przedsiębiorców – kupców, właścicieli piekarń, zakładów krawieckich czy ogrodników – narasta wrogość. Propaganda nazywa ich „badylarzami”, „spekulantami”, „prywaciarzami”… W takich realiach działa Izba Rzemieślnicza w Katowicach.

W latach 50. władza decyduje się na przejęcie samorządowych organizacji rzemieślniczych. W Izbie pojawiają się władze komisaryczne. Domiary i ciągłe problemy z dostępem do surowców wyniszczają śląskich rzemieślników. Jak na huśtawce. Raz partia zapewnia o wyjątkowości rzemiosła, raz straszy domiarami. Zawsze, gdy są kłopoty, rzemieślnicy radzą się Ernesta Szymika.

Brakuje mięsa, benzyny, kakao

Rodzice Jana Klimka (rocznik 1952) prowadzą cukiernię w Chełmie Śląskim. On też uczy się na cukiernika. Ma 14 lat, gdy zaczyna praktykę w słynnej kawiarni Kryształowa w Katowicach. Klimek chce być cukiernikiem, ale pragnie zdobywać wiedzę. Zdaje egzaminy na Akademię Ekonomiczną. W 1971 roku pisze pracę magisterską o rzemiośle. Brakuje mu jednak wiedzy, po pomoc idzie na plac Wolności, do siedziby Izby Rzemieślniczej. Słyszy, że prezes przyjmie go osobiście.

W gabinecie wita go uśmiechnięty starszy mężczyzna. Krępy, z gęstą czupryną siwych włosów. Mężczyznom świetnie się rozmawia, Klimek opowiada prezesowi o rodzinnych tradycjach cukierniczych. – Niech pan do nas przychodzi – zachęca Szymik.

Trzy lata później Klimek otwiera własny cukierniczy biznes i angażuje się w prace Izby. Wciąż słyszy, że rzemiosło to piąte koło u wozu, bo socjalizm trzeba budować kolektywnie, a nie „na swoim”.

Klimek z podziwem obserwuje Szymika

– Brakuje nam benzyny – skarżą mu się właściciele zakładów pogrzebowych. Szymikowi udaje się zdobyć dla nich dodatkowe talony. Przy okazji załatwia też opony do karawanów. Cukiernicy również narzekają: brakuje kakao, maszyn, cukru, mąki, marmolady. Prezes otwiera dla nich specjalną hurtownię! Jest w niej wszystko, co trzeba, brakuje jedynie śmietany. Jeden z pomysłowych rzemieślników konstruuje coś w rodzaju wirówki. Wsypuje się do niej masło i mleko w proszku, a z maszyny wychodzi śmietana.

Szymik jakimś cudem załatwia dostawy mięsa dla wędliniarzy, często chodzi do urzędu wojewódzkiego i przekonuje urzędników, jak ważne są firmy rodzinne. Potrafi zjednywać sobie ludzi.

Nie pomoże koniak, ale prezes na pewno

– Znaleźli u mnie proszek do pieczenia. Nie było go w ewidencji. Dowalili mi taki domiar, że w kapciach pójdę! – jeden z piekarzy skarży się Szymikowi. Klimek przysłuchuje się tej rozmowie. Szymik kiwa głową, niczego nie obiecuje, ale gdy piekarz wychodzi, natychmiast łapie za płaszcz. – Przecież tak nie może być! – wybiega zdenerwowany.

W latach 80. urzędnicy szaleją. Wlepiają domiary na prawo i lewo. Czasem pomaga łapówka, czasem wystarcza koniak lub pudełko czekoladek. Ale z tym piekarzem to jakaś poważniejsza sprawa. Szymik staje na głowie, żeby mu pomóc. Jedzie nawet do Ustronia, do generała Jerzego Ziętka. Generał jest już stary, schorowany, ale wciąż ma wielkie wpływy. Klimek nie ma pojęcia, skąd się znają. Interwencja jest skuteczna.

Nie zawsze udaje się pomóc. Na jednego z właścicieli zakładów kamieniarskich spada kontrola za kontrolą. Kamieniarz umiera, zanim interwencje Szymika przynoszą skutek. Prezes ma dużo roboty – w latach 80. w katowickiej Izbie jest zrzeszonych 26 tysięcy rzemieślników. Niemal każdy ma jakieś problemy.

Prezes działał jak generał Ziętek

Po 1989 roku przedsiębiorcy wreszcie przestają być nazywani „prywaciarzami”. Działa kodeks pracy, towary można kupować w hurtowniach, koniec z domiarami. Ernest Szymik ma 67 lat i postanawia przejść na emeryturę. Wychował córkę i dwójkę przysposobionych dzieci. – Czas zająć się wnukami, rodziną – mówi Klimkowi, który zdążył zrobić doktorat, habilitację i został profesorem.

Ernest Szymik umiera w katowickim Podlesiu w 2011 roku, jego stanowisko piastuje teraz Jan Klimek. – Jeśli ktoś mnie pyta o osobę ważną, prawdziwy autorytet, odpowiedź może być tylko jedna. Ernest Szymik był człowiekiem spolegliwym. Dlatego jedna z nagród naszej Izby nosi tytuł „Spolegliwy przyjaciel rzemiosła”. Nie mam wątpliwości, że gdyby nie on, w czasach PRL-u wielu rzemieślników by nie przetrwało. Szkoda, że nikt wtedy jego działań nie dokumentował. Ale osoby, którym Szymik pomógł, wiedzą, co dla nas robił. Pomagał bezinteresownie – zaznacza Klimek. – Działał jak generał Ziętek. Oni nawet byli podobni posturą. Ten sam wzrost, figura. Wolał robić, niż gadać. Zawsze powtarzał: „Dajcie mi chwilę pomyśleć, coś zaradzimy”.

Jerzy Ziętek dał Katowicom Spodek i Park Śląski, a Ernest Szymik w ciemnych czasach chronił piekarzy, krawcowe, kamieniarzy, krawców, cukierników… – mówi Klimek.

***
Akademia Opowieści. „Nieznani bohaterowie naszej niepodległości”

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto,
* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto,
* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto.