Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

„Konie nie chciały wieczorem tamtędy chodzić. Ludzie objeżdżali więc Wichrówkę dołem. Koń mojego ojca Edwarda, ale i konie Dominika Jelenia i Pierchały stawały tam dęba” – opowiadał Kazimierz Sołtys z Dursztyna. Opowiadał o Wichrówce, przedziwnej willi na Spiszu – pięknej, drewnianej, podobno przeklętej. I dorzucił jeszcze, o córce ówczesnego właściciela (bo dom przechodził z rąk do rąk, a te ręce nie zawsze były zwyczajne): „Kiedyś uciekła stamtąd w nocy. Pobiegła najpierw do Mochorka, potem do mojego ojca, który wtedy był sołtysem. Skarżyła się też mojej matce. Pamiętam też, że którejś nocy poszli tam chłopi sprawdzać, czy rzeczywiście w Wichrówce straszy, bo jej nie uwierzyli. I co? I w środku nocy uciekli do domów” (wspomnienie opublikowane na Dursztyńskim Portalu Informacyjnym).

Maria Makuch: – Dom postawiony przez mojego dziadka Bogusława Pajora rzeczywiście miał coś w sobie. Może i przyciągał dziwaków, chłonął nieszczęście, ale nie był przeklęty. To lata tajemnic, cierpienie, strach, a jednak wielka nadzieja. Mój tato, Zbigniew Pajor, ukrywał w nim kurierów, ludzi AK, którzy przez góry docierali z informacjami do Budapesztu (tzw. węgierskie wrota). Mój tato schował w nim pod podłogą żydowskie małżeństwo, uratował im życie. Szkoda, bardzo szkoda, że nigdy nie chciał o tym opowiadać. Ta historia została tylko w rodzinie, wie o niej niewielu. Nie, tata nie ma medalu Yad Vashem ani swojego drzewka.

W AKADEMII OPOWIEŚCI: Marcin Zegadło, poeta: Dziadek prosił, bym pokazał mu się w garniturze. Wiem, że chciał zobaczyć, jak będę wyglądał na jego pogrzebie

Polski dom w niepolskim kraju

Bogusław Pajor zawsze marzył o domu w górach, posłuchał zaprzyjaźnionych księży reformatów z Krakowa i kupił kawałek ziemi na Spiszu, w Dursztynie. Na górze Honaj. Dookoła tylko polany i lasy; jeżeli domy, to daleko. Z przeszklonej werandy widać było Tatry.

Był notariuszem, miał kancelarię w centrum Krakowa i dom przy ul. Czarnowiejskiej. I dwóch synów – Zbigniewa i Kazimierza – oraz córkę Krystynę. Wichrówka miała być dla nich. Stanęła w 1935 r. Pajorowie spędzali tam wakacje, przyjeżdżali zimą.

Sielanka skończyła się we wrześniu 1939 r., a ostatecznie w dniu, w którym Gestapo aresztowało Bogusława. Miał dojechać do syna Zbigniewa i Antoniny Małasińskiej (później w konspiracji „Ninka”), narzeczonej starszego syna Kazimierza, który już wtedy walczył na Zachodzie. Bogusław nigdy tam nie dotarł, a przecież rodzina przekupiła, kogo mogła, walczyła o ojca. Trafił najpierw do aresztu na Montelupiuch w Krakowie, zginął w Palmirach pod Warszawą w czerwcu 1940 r.

Rodzina się podzieliła: w Krakowie matka i siostra, w Dursztynie – syn i narzeczona drugiego syna. Zbigniew był jedynym gospodarzem Wichrówki. Maria Makuch: – W trakcie wojny Polska straciła Dursztyn i inne miejscowości. Wichrówka była polskim domem w niepolskim kraju.

Kiedy skończyły się pieniądze, Zbigniew sprzedawał meble, krzesło po krześle, stół po stole.

Spisz i Podhale to tereny przemytników. Jedni rzeczywiście przemycali, inni przekazywali raporty, rozkazy, byli kurierami Państwa Podziemnego. Taka działalność potrzebowała tajemnicy, ukrycia. Wichrówka była idealna. Wypatrzył ją Dominik Stanek z Łapsz Niżnych, w którego domu była już kryjówka, tyle że cholernie na widoku. Stanek chodził wokół willi, podpytywał Zbigniewa, sprawdzał, czy odważny, potrafi ryzykować.

Trafił. Zbigniew i Antonina zostali konspiratorami, wstąpili do AK. Wichrówka zamieniła się w bazę kurierów. Syn Bogusława nie wątpił, że tak trzeba. Tu zatrzymywali się Józef Stanek („Józek”, „Lis”) i Zbigniew Ryś („Zbyszek”), kurierzy. Ale nie tylko oni. Być może i Jan Karski.

W AKADEMII OPOWIEŚCI: Po Marcu '68 babcia Lusia wyjechała z kraju. Niemcy zachodnie dały jej poczucie bezpieczeństwa, którego pozbawiła ją komunistyczna Polska

Baza

To było skomplikowane, to wymagało kluczenia, precyzji w planowaniu, zgrania.

Dursztyński Portal Informacyjny: „Wiozący przesyłkę kurier najpierw z Warszawy musiał dojechać do Waksmundu, a stamtąd (przez Harklową, rzekę Białkę, Krempachy i Dursztyn) do Łapsz Niżnych. Później (już na Słowacji) przedostawał się do Spiskiej Starej Wsi, a potem taksówką przez Kieżmark, Poprad i Dobszynę do Polomy. Tam wysiadał z wiozącego go samochodu i po pokonaniu pieszo ok. 15 km meldował się na stacji Rożniawa, by wsiąść do jadącego do Budapesztu pociągu. (…) Potem zmieniono nieco sposób przemierzania tej trasy, tworząc dobrze przemyślaną sztafetę kurierską. I tak pierwszy łącznik (tzn. kurier krajowy) dostarczał pocztę z Warszawy do Waksmundu, drugi brał ją stamtąd do Łapsz Niżnych, trzeci (był nim posiadający obywatelstwo słowackie Polak Józef Stanek) przewoził tajne papiery do słowackiej Polomy, a tam czekał już Zbigniew Ryś, by dostarczyć przesyłkę do Budapesztu”.

Wichrówka była tym miejscem, w którym kurierzy przekazywali sobie przesyłki, odpoczywali. Ryś wspominał: „W czasie każdorazowych przejść nocą obok Wichrówki zachwycałem się jej położeniem i przydatnością w czasie konspiracji – z dala od zabudowań ludzkich i blisko lasu”.

To pewne, że Zbigniew Pajor i Antonina Małasińska nie wiedzieli na początku, kogo ukrywają. Myśleli, że zwyczajnych przemytników, ci przecież mieli zawsze przy sobie towar (cukier, naftę, cokolwiek). Później dostali już konkretne zadania. W Wichrówce najlepszą kryjówką był strych – jak się zdjęło belki z części stropu, a potem przykryło je słomą, tworzył się bunkier, w którym mogło się schować kilka osób. Kiedy baza u Dominika Stanka została odkryta, Zbigniew Pajor przeprowadził kurierów do Waksmundu.

Baza w Wichrówce działała na wysokich obrotach do wybuchu powstania warszawskiego. Potem kurierzy pukali do drzwi willi coraz rzadziej. Jesienią 1944 r. rozpoczęła się czystka ludności żydowskiej na Spiszu i Podhalu. Któregoś dnia na progu Wichrówki stanęli Winklerowie, żydowskie małżeństwo. Zbigniew Pajor o nic nie pytał, ukrył ich pod podłogą.

Maria Makuch: – Tato nigdy o tym nie mówił. Może czasem mama coś wspomniała – że nie wyszli z lasu, nie wyskoczyli z pociągu; ta operacja była przygotowywana. Tato zawsze się bał, że opowiem w szkole komuś tę historię; on w latach 50. stawał na baczność, jak tylko usłyszał, że pod domem zaparkowało auto (myślał, że to UB). Nie powiedział więc ani słowa, a ja bym chciała wiedzieć: jak Winklerowie żyli pod tą podłogą? Kto im przynosił jedzenie? Tata rozmawiał z nimi? O czym? Kiedy stamtąd wyszli? W którym kierunku poszli?

W AKADEMII OPOWIEŚCI: Moja mama miała misję i poczucie obowiązku wobec swoich uczniów

Praga

Oskar Winkler – rocznik 1909, słowacki architekt, projektował domy w Łuczeniecu, Bańskiej Bystrzycy, Rymawskiej Sobocie. Kiedy wybuchła wojna, walczył w armii węgierskiej, trafił w końcu do Rosji. Część jego rodziny zginęła w Auschwitz. Do końca wojny ukrywał się w Wichrówce. Potem wrócił do zawodu, był wizjonerem; tę karierę przerwała katastrofa budowlana na osiedlu, które zaprojektował. Sąd uznał, że jest niewinny, ale to nie miało żadnego znaczenia. Co miało się przylepić do Winklera, przylepiło się na zawsze. Zmarł w 1970 r. na zawał serca (pierwszy przeżył, drugiego już nie).

Tyle pisze słowacki portal Lepsiebyvanie.centrum.sk.

Ale Maria ma w domu album. Rzadko do niego zaglądała. Był jednym z wielu rodzinnych, nic wyjątkowego.

Otworzyła go kiedyś, patrzy, a w nim rodzice – pewnie na wycieczce, bo okolice ładne, uśmiechnięci; stoją przy zabytku, gdzieś w ruinach zamku, pozują na placu, piją kawę, siedzą w restauracji.

A z nimi kto? Kobieta i mężczyzna, po pięćdziesiątce, niscy oboje, roześmiani. I Maria zaczęła kojarzyć: rodzice pojechali na wycieczkę do Pragi, ktoś, kto nazywał się trochę po niemiecku, przysłał im zaproszenie; to nazwisko już słyszała. Winklerowie.

Zaczęła sobie przypominać: mama przecież mówiła, że ci państwo zaprosili ich na wycieczkę (rok 1963); że oni byli bardzo eleganccy, dostojni tacy, dobrzy. Pajorowie nigdy wcześniej nie bywali w takich restauracjach.

A potem cisza. Już o Winklerach się nie mówiło. Tamto spotkanie obu rodzin w Pradze było ostatnie.

Córka Marii Makuch, Aleksandra, szuka Winklerów (dzieci, może wnuków). Uparła się, że znajdzie. Bo to, co się spotkało, potem rozeszło, musi się znowu spotkać, żeby zakończyć tę historię.

Jak Śmiałkowski ze Zwierzyńskim

Skąd te opowieści, że w Wichrówce straszy?

Bracia Pajorowie przyjechali do willi zaraz po wojnie. Wchodzą do środka, a tam dwa trupy – Niemiec i Rosjanin. Pierwszy drugiego odkrył, drugi próbował pierwszego zatrzymać? Bracia sprzedali Wichrówkę.

Kupił ją Józef Śmiałkowski, nowotarżanin. Człowiek, który stworzył swój życiorys (bo raczej nie ma potwierdzenia, że walczył pod Monte Cassino, że uratował ludzi w sanatorium w Alpach, wynosząc ich na własnych plecach; że przyjął go papież i obdarował relikwiami). Wichrówkę przechrzcił na Duninówkę (niby że wywodzi się ze szlacheckiego rodu Duninów, herbu Łabędź). Ludzie mówili o nim, że jasnowidz. Patrząc na człowieka, potrafi znaleźć w nim chorobę i uleczyć.

Ze Śmiałkowskim i jego żoną zamieszkał w willi niejaki Zwierzyński, który miał zostać gajowym. Gospodarz i gość mieli podobne charaktery, pożycie sąsiedzkie (w dodatku pod tym samym dachem) się nie układało. Któregoś dnia Zwierzyński porwał flintę i wycelował w Śmiałkowskiego. Oddał dwa strzały.

Dzisiaj Wichrówka to dom rekolekcyjny.

Zbigniew

Maria Makuch: – Mówią, że powinnam być z taty dumna, przecież był w AK, ukrywał kurierów, opiekował się dwójką Żydów. Co to znaczy „duma”? Co ona dziś znaczy? Bo mnie kojarzy się ze wstawaniem z kolan. Tato zrobił to, co powinien zrobić człowiek – zachował się przyzwoicie. Najlepsze, co mógł zrobić. Medale i drzewka są nieważne. Ta historia jest taka nasza, niech tak zostanie.

Maria jest żoną Janusza Makucha, dyrektora Festiwalu Kultury Żydowskiej. Tak sobie kiedyś rozmawiali:

On: – W garażu zimuje drzewko oliwne, już chyba czas, żeby je wynieść do ogrodu.

Ona: – Jeszcze za zimno.

On: – A może je posadzić przy domu?

Ona: – Nie wytrzyma na mrozie, nie w naszym klimacie.

On: – To może jakiś dąb posadzić? Dalibyśmy mu na imię Zbigniew.

***

Akademia Opowieści. "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto
* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto
* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto