Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Dziadek Wiesław miał 67 lat, kiedy jego kręgosłup uszkodził tętniak, który rósł mu w brzuchu przez lata, aż w końcu posadził go na wózku inwalidzkim, na którym dziadek spędził resztę życia.

Twierdził, że to wynik pobicia na Gestapo. A może stało się to wtedy, kiedy esesman stłukł go kolbą karabinu w pierwszym dniu pobytu w Gross-Rosen, dokąd wywieźli go Niemcy kilka tygodni po tym, jak wspólnie z kolegą zostali zatrzymani przez niemiecki patrol w częstochowskich Alejach z torbą pełną broni dla „organizacji”. Nie wiedziałem wtedy, że tą organizacją były Narodowe Siły Zbrojne. O tym dowiem się dopiero po latach.

Niewielkie wgniecenie

Był synem pedagogów, Jana i Janiny. Jan – ateista, Janina – głęboko wierząca katoliczka. Od niej nauczy się modlić, to ona przekaże mu kult Matki Boskiej, dzięki której – jak będzie utrzymywał przez resztę życia – „przeżył dwa obozy”.

„Bardzo cię bili, dziadku?” – pytam. Jestem dziewięcioletnim chłopcem, którego przyprowadzili do niego na podwieczorek. Dziadek siedzi przy stole. Jest postawny. Ma duży brzuch i jeszcze chodzi. Usta napycha sobie kruchym ciastem, a z tego, co zostało na talerzu, kręci małe kulki, które odkłada na brzeg, a na koniec zjada. Babcia bije go delikatnie po dłoniach, kiedy tak to ciasto ugniata.

W Częstochowie żyje przed wojną ponad 20 tys. Żydów. Mały Wiesio przygląda się żydowskim kobietom, które w częstochowskich Alejach wraz z żydowskimi dziećmi wylegają na ławki. Dzieci opychają się bananami i białym pieczywem. Już niedługo. W czasie okupacji znajduje się tutaj jedno z największych gett okupowanej Polski.

Wiesio katolik, a Żydzi zabili Pana Jezusa. Wiesio nie lubi Żydów. Nie wiadomo za co. Czy to za te bułki, czy za tego Jezusa. Nigdy go o to nie zapytałem. Byłem 15-latkiem, kiedy zmarł.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Adam Michnik: Spróbujmy opowiedzieć sobie o swoich losach

Po latach, kiedy Wiesio zostanie moim dziadkiem, będzie brał moją kilkuletnią dłoń do swojej kilkudziesięcioletniej dłoni, dotykał będzie moją dłonią swojej łysej głowy i pytał: – Czujesz niewielkie wgniecenie, o tutaj, na tej właśnie wysokości, trochę nad uchem w kierunku potylicy, czujesz?

A ja za każdym razem będę odpowiadał, że czuję. I wtedy dziadek będzie mówił dalej. Że zaraz po przywiezieniu do obozu Gross-Rosen nie chciał się zanurzyć w specjalnej wannie służącej do dezynfekcji więźniów i wtedy esesman uderzył go dwa razy kolbą. Raz w głowę i raz w kręgosłup, żeby go ta woda w wannie całego przykryła.

Taka historia o germańskim esesowskim sadyście i moim kilkunastoletnim dziadku.

Dziadek Marcina ZegadłoDziadek Marcina Zegadło Z ARCHIWUM MARCINA ZEGADŁO

Kulki z ciasta

A wtedy jest już po Wielkiej Akcji, tej, która zaczęła się w drugiej połowie 1942 r., już jest po wywózkach do Bełżca, do Kulmhof. Już Treblinka idzie pełną parą. I wtedy Wiesia też wywożą. Najpierw do Gross-Rosen, później do Buchenwaldu. Dostaje pasiak i gonią go do pracy. Przywiązuje sobie nadgarstki do taczki, żeby mu ta taczka z rąk nie wypadła, ponieważ wtedy esesman strzela bez ostrzeżenia.

– A najgorsi więźniowie to byli Żydzi – mówi dziadek.

Jestem dzieckiem, słucham. Nie pytam dlaczego. Całe lata później uzmysłowię sobie, że w Buchenwaldzie dziadek był w tym samym czasie co Imre Kertész, pisarz i noblista. On – węgierski Żyd. Dziadek – Polak, katolik. Podobny los, a tu coś takiego. Że Żydzi najgorsi. Nie pytam dlaczego. Jestem chłopcem na podwieczorku u dziadków. Jem ciasto i piję herbatę. Nic nie wiem o gettach, o komorach, o gazie. Nie wiem też nic o pałkarzach, Falandze i Narodowych Siłach Zbrojnych, których dziadek był członkiem. Mam dziadka, którego bezgranicznie kocham, który opowiada.

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

Więc siedzi Wiesio w niemieckim obozie, jest mu źle i zimno. Głodny chodzi, owrzodzony, choruje. Chleb zjada rano. Całą dzienną porcję. Inni chleb oszczędzają i przez dzień cały jedzą go po trochu, wskutek czego czują głód i ssanie od świtu do nocy. On zjada od razu całą dzienną porcję, przez co przynajmniej przez chwilę nie czuje głodu i ssania.

A jak ktoś zawinił, coś zrobił, co w oczach Niemców było rzeczą niegodną więźnia Konzentrationslager Gross-Rosen, albo zwyczajnie nie spodobał się z powodu swojego niskiego bądź wysokiego wzrostu, z powodu swoich pleców prostych bądź też z powodu pleców nadto przygarbionych, to ciskali takim do kloacznego dołu – opowiada dziadek.

I widzę dziadka podczas podwieczorku, jak te kulki z ciasta kręci nieustannie, a przy kolacji skręca kulki z chleba. Kulki skręca z okruchów i zjada łapczywie. Nic na zmarnowanie i wszystko do brzucha, a brzuch ma dziadek duży i okrągły. I tylko babcia dziadkowi w ręce, co te kulki kręcą, daje od czasu do czasu delikatne klapsy. Uśmiecha się i mówi do dziadka, że już się skończyło, że nie trzeba kulek z chleba kręcić, bo chleba jest dużo i już go nie braknie. Bo szynki może nie być w ludowej ojczyźnie, może nie uda się zdobyć cytryn, cielęciny, ale chleba w demokracji ludowej zabraknąć nie może.

I śmieją się do siebie. Dziadek zawstydzony, ale śmieje się głośno, pokazując krzywe, jeszcze własne zęby. I widzę szybujących nad kloacznym dołem więźniów, kręcących kulki z dziennych racji chleba.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Wspomnienie o prof. Jerzym Kłoczowskim

Zdjęcie

A później dziadek zabiera nas do siebie. Do pokoju z dębowym biurkiem i przeszkloną biblioteczką, gdzie mnożą się książki, medyczne atlasy, stetoskopy, chirurgiczne narzędzia, strzykawki, bandaże. Doktor Wiesław bawi się z wnuczętami. Urządza z nimi harce w sekrecie przed żoną. Zjeżdżalnie z desek do prasowania, namioty cyrkowe z kocy lub śpiworów. Podróżujemy z dziadkiem niewidzialnymi pociągami nad szumiące morze. Zupełnie niewidzialne, lecz bardziej prawdziwe niż Bałtyk, który widziałem rok wcześniej. Po raz pierwszy. Wzburzony, zielony Bałtyk, pachnący jodem. Lało przez cały pobyt.

Zatem ocalał Wiesio z niemieckiego obozu. Cudem ocalał lub nie cudem. Amerykańskie samoloty ostrzelały pociąg pełen więźniów, który sunął z Buchenwaldu na zachód. Przyszli Amerykanie jak anielski orszak. Nakarmili, zabrali do szpitala, wyleczyli z owrzodzeń, dali mundur z napisem „Poland” na ramieniu, zrobili zdjęcie w tym mundurze.

Kiedyś, jeszcze w PRL, dziadek pokaże mi to zdjęcie, mówiąc: – Jak ktoś będzie cię w szkole pytał, co robił twój dziadek w czasie wojny, to powiedz, że służył w piechocie. Najlepiej nic nie wspominaj o Amerykanach. To i tak nie miało znaczenia. Ja zaraz po tym wróciłem do Polski. Do matki. Bo ojciec był w oflagu i nic o nim od pięciu lat nie wiedziałem. Nie mogłem matki zostawić samej. Chociaż mówili nam tam na Zachodzie, że Ruscy w Polsce takich jak ja, tych, co byli w organizacji u narodowców, to pod mur od razu i kula w łeb. Bez pytania o resztę. Obóz nie obóz – rozwalali. Ale ja wróciłem. Bałem się o matkę – mówi dziadek i kręci kulki z ciasta. Odkłada na później. Zaciąga zasłony, jakby z tego obozu nigdy się nie ruszył, jakby tam tkwił do dzisiaj w zgrzybiałym pasiaku.

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

A później doktor Wiesław w kilku instytucjach z oddaniem wypełnia swoje obowiązki. Dzieci mu się rodzą. Dwoje z nich umiera.

Taki prezent

– Byliśmy bardzo młodzi, jak się pobieraliśmy z Ligusią – mówi dziadek. – Najpierw urodził się Marek, ale umarł zaraz. Dwa lata później Ania i Tadzik, bliźnięta. Ani umarło się wcześnie, sześć miesięcy miała, Tadzik przeżył i z Tadzikiem wyjechaliśmy na wieś. Dostałem nakaz pracy. Trzeba było jechać. Był rok 1953, właśnie umarł Stalin.

I widzę, jak kiwa się dziadek na lichej furmance. Jak go chłop po piaszczystej drodze wiezie do porodu, do grypy, do ropnia. Widzę, jak do kościoła we wsi prowadzi rodzinę Matce Boskiej dziękować za wyjście z obozów, za to, że się uchował chociaż jeden Tadzik spośród całej trójki. Bóg dał i Bóg zabrał. Wszystko w rękach Boga.

Po kilku latach wracają do miasta. Zajmują mieszkanie na jego obrzeżach. Całkiem nowa dzielnica. Wszędzie glina i błoto i wszędzie daleko. Widzę, jak Tadzik w tym błocie zostawia kalosze, kiedy go matka prowadzi przez błoto do szkoły.

– Babcia chciała i meble, i samochód – opowiada dziadek. – Mówiła: „Jesteś lekarzem, na dyrektorskim stanowisku, więc powinniśmy mieszkać i żyć jak ludzie. Mało się w życiu nabiedowałeś?”. Tak mówiła. Ale ja jej powtarzałem: „Ligusiu, masz dach nad głową, masz co jeść, jest nam ciepło? No to czego chcesz więcej. Ja się, Ligusiu, całe dwa obozy i całe więzienie modliłem do Matki Boskiej o cudowne ocalenie, a ona wstawiła się za mną, rozumiesz, Ligusiu? Za mną się wstawiła, nie za meblościanką, nie za stołem, kredensem albo samochodem”. Tak do niej mówiłem – opowiada dziadek, leżąc w łóżku bezwładnie, w kremowej pidżamie. Od czterech lat jest sparaliżowany. Tętniak wbił się w kręgosłup, przebił rdzeń kręgowy, bezpowrotnie zrywając połączenie z dołem. Widocznie Jezus Chrystus razem z Matką Boską uznali, że już się dziadek w życiu nabiegał, nachodził.

Wpadłem do niego przelotem, na krótkie odwiedziny, wracając z egzaminów wstępnych do liceum. Prosił, żebym mu się pokazał w nowym garniturze. Pierwszym garniturze „dorosłym”. Szytym już na mężczyznę, nie na chłopca. Uśmiechnął się do mnie wesoło. I powiedział: „Ładnie”. Po prostu „ładnie”, nic więcej. Dwa dni później nie żył. Zmarł w imieniny swojej żony. Mojej babci Ligii. W ostatnich dniach czerwca. – Taki mi zrobił prezent, widzisz! – mówi babcia.

A ja dopiero wiele lat później zdałem sobie sprawę, że wtedy chciał po prostu zobaczyć, jak będę wyglądał w tym garniturze na jego pogrzebie.

– Chodź, zbieramy się, zaraz zacznie padać! – mówi Tadzik, który od 15 lat jest moim ojcem. Chwyta mnie za ramię. Dziadka trumnę przed chwilą spuścili do grobu. Wracamy z cmentarza. A za chwilę maluchem jedziemy na rodzinny obiad. Pamiętam, że na pierwsze była kalafiorowa. Jest rok 1992. Czerwiec. Przede mną wakacje. We wrześniu idę do ogólniaka.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Jego domem jest Wrocław [MACIEJEWSKA O ŁAGIEWSKIM]

Marcin Zegadło – poeta, prozaik, autor pięciu tomów wierszy: „Monotonne rewolucje” (2003), „Nawyki ciał śpiących” (2006), „Światło powrotne” (2010), „Cały w słońcu” (2014), „Hermann Brunner i jego rzeźnia” (2015). Publikował m.in. w „Odrze”, „Czasie Kultury”, „Pograniczach”, „Gazecie Wyborczej”, „Chimerze”, „Akcencie”. W tym roku ukaże się jego kolejna książka.