Kolejna odsłona Akademii Opowieści.O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać. [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Najwięcej listów pochodzi z czasów narzeczeńskich, kiedy po praktyce studenckiej, podczas której poznali się, wrócili do swoich domów. Praktyka miała miejsce w hucie „Mała Panew” w Ozimku na Opolszczyźnie. Było lato 1955 r. Olek był studentem Wydziału Mechanicznego na Politechnice Łódzkiej, na kierunku odlewnictwo. Anna, zwana na co dzień Hanką, studiowała na Wydziale Elektryfikacji Górnictwa i Hutnictwa Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie.

Praktyka trwała 6 tygodni. To aż nadto, by poznać się, zakochać i przyrzec sobie dozgonną miłość. Nadszedł czas rozstania. Każde z nich ruszyło w swoją stronę. On do Aleksandrowa pod Łodzią, a ona do Krakowa.

Pisali do siebie codziennie. Hanka nieraz opowiadała, jak podczas przerwy w zajęciach na AGH, z alei Adama Mickiewicza biegła do domu na Łobzowską, by sprawdzić, czy w skrzynce jest list od Olunia. Jej rodzice przyglądali się temu zauroczeniu z dystansem, bo przecież nikt nie znał studenta z Łodzi. Widzieli go wyłącznie oczami zakochanej Hanki. A on, co on tak naprawdę o niej myślał i jakie miał zamiary? Kim on był, z jakiej pochodził rodziny? Czy jego rodzina akceptowała ten związek?

Babcia całe dnie leżała krzyżem

Olek, czyli Aleksander Tworowski, mój Tata, urodził się 11 listopada 1933 r. w Grabowcu (powiat Nadwórna, województwo stanisławowskie, obecnie Ukraina). Jego mama Maria, z domu Romaniuk, pochodziła z polsko-ukraińskiej rodziny, jakich było wtedy wiele w Stanisławowie (obecnie Iwano-Frankiwsk).

Młody Aleksander Tworowski (Olek)Młody Aleksander Tworowski (Olek) Arch. prywatne

Babcia Mania ukończyła seminarium nauczycielskie. W Grabowcu prowadziła wiejską szkołę. Dziadek kończył filozofię na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie. Kiedy urodził się mój Tata, babcia utrzymywała dom z nauczycielskiej pensji. Dziadek po ukończeniu studiów podjął pracę urzędnika. Prowadzili normalne życie, dopóki na teren Polski w 1941 r. nie weszli Rosjanie.

Dziadka aresztowali. Babcia całe dnie leżała krzyżem w kościele, prosząc Boga, by go wypuścili. 8-letnim Olkiem na zmianę zajmowały się Sławcia – siostra babci Mani i Hela, siostra dziadka Jaśka. Kiedy babcia odwiedzała dziadka w więzieniu, ten prosił ją o przemycenie metalowej piłki w chlebie, by mógł podjąć próbę ucieczki. Babcia nie chciała tego zrobić. – Zabiją cię – mówiła.

Bezskutecznie błagała swego ojca, który podobno był bardzo majętnym człowiekiem, by wykupił zięcia z aresztu. Którejś nocy więźniów wywieziono i słuch o moim dziadku zaginął.

Babcia pogrążyła się w czarnej rozpaczy i niewiele zajmowała się Olkiem. Przez jakiś czas wychowywały go wspomniane wcześniej ciotki i dziadek.

Po wojnie i zmianie granic państwowych, rodziny Tworowskich i Romaniuków postanowiły repatriować się do Polski. Dwóch braci babci Mani wraz z rodzinami i ona sama z synem wysiedli z pociągu z repatriantami na dworcu w Łodzi. Tworowscy pojechali dalej na zachód. Osiedlili się w Jaworze i w Bolkowie na Dolnym Śląsku.

Przez sześć lat (1946-1952) babcia Mania kierowała wiejską szkołą w Rudzie Bugaj, położonej 3 km od Aleksandrowa Łódzkiego. Olek przeskoczył jedną klasę w szkole podstawowej. Do matury przygotowywał się w Liceum Ogólnokształcącym w Aleksandrowie. Po zdaniu egzaminu dojrzałości dostał się na odlewnictwo na Politechnice Łódzkiej. Był po III roku, kiedy pojechał do Ozimka.

Kto widział w czarnym iść na ślub

Hanka, czyli moja mama Anna Tworowska, z domu Dużyk urodziła się w Krakowie 17 lipca 1935 r. Dziadek Józef był elektrykiem, babcia Honorata zajmowała się domem. Oboje pochodzili ze wsi Rajsko, obecnie w granicach wielkiego Krakowa. Byli prostymi, bardzo bogobojnymi ludźmi. Ukończyli jedynie kilka klas szkoły podstawowej. Mama miała starszego o pięć lat brata Włodka. Tak naprawdę byli trzecim i czwartym dzieckiem moich dziadków, ale ich starsze rodzeństwo zmarło wkrótce po urodzeniu.

Część kamienicy przy ul. Łobzowskiej 9, w której mieszkali, zajmowała podstacja elektryczna, w której urządzenia produkowały prąd dla krakowskich tramwajów. W tej podstacji pracował mój dziadek.

W 1954 r. mama zdała maturę w IX LO w Krakowie i zaczęła studiować na AGH. Latem 1955 r. pojechała na wspomnianą tygodniową praktykę studencką do Ozimka i tam poznała miłość swojego życia – Olunia.

Wiosną następnego roku Olek się oświadczył. Został przyjęty. Pierwszy ślub wzięli 3 maja 1956 r. w aleksandrowskim Urzędzie Stanu Cywilnego. Tego dnia babcia Mania podała na śniadanie kawę zbożową i chleb z masłem. Przyjęcia nie było.

Anna (Hanka) i Aleksander (Olek) Tworowscy. Zdjęcie ślubneAnna (Hanka) i Aleksander (Olek) Tworowscy. Zdjęcie ślubne Arch. prywatne

Drugi ślub, kościelny, odbył się w lipcu 56 r. w Krakowie. Oburzona rodzina Hanki długo komentowała czarny kostium babci Mani, w którym pojawiła się na ślubie syna.

– Kto to widział przychodzić w czarnym stroju na ślub? – mówili zniesmaczeni.

Babcia próbowała się tłumaczyć, że nosi żałobę po zmarłym niedawno ukochanym bracie. Jednak jej pełne wyższości zachowanie i kiepsko skrywana niechęć do młodej synowej rzucały się w oczy.

Nie będziesz moja panno...

Hanka przerwała studia na AGH i przeniosła się do męża, do Aleksandrowa Łódzkiego. – Nie będziesz moja panno siedzieć w domu i nic nie robić – stwierdziła teściowa i zaprowadziła Hankę do szkoły (w której sama uczyła), by podjęła pracę nauczycielki. W tym czasie Olek, po ukończeniu Politechniki Łódzkiej (dyplom nr 1122 z 19 listopada 1956 r.), podjął pracę w Widzewskiej Fabryce Maszyn Włókienniczych Wifama.

Zaczynał jako technolog, by po paru latach dojść do stanowiska kierownika odlewni. W styczniu 1957 r. urodziła im się córka Ewa, czyli ja.

W 1958 r. Hanka po ukończeniu Państwowego Kursu Nauczycielskiego, na który jeździła do Radomia, uzyskała dyplom nauczyciela szkół podstawowych. W ciągu sześciu lat w Aleksandrowie Hanka uczyła w dwóch szkołach podstawowych. Bardzo angażowała się w swoją pracę, troszczyła o uczniów. Wraz z trójką klasową nieraz odwiedzała ich w domach, sprawdzając, w jakich warunkach się uczą. Podczas pewnej wizyty przeżyła prawdziwy szok.

Jeden z uczniów nagle stracił matkę. Pomimo to zawsze był przygotowany do lekcji, miał odrobione zadania domowe i najstaranniej prowadzone zeszyty. Tymczasem, kiedy otworzył im drzwi do mieszkania, okazało się, że jest w nim tylko łóżko. Załamany niespodziewaną stratą żony mąż i ojciec zaczął pić i wyprzedawać wszystko z domu.

– Dziecko, jak ty odrabiasz lekcje? - zapytała Hanka. – Przecież tu nie ma nawet stołu?!
– Na parapecie albo na podłodze przy świeczce – odparł chłopiec.

Na szczęście udało mu się pomóc, dostawał obiady w szkole, a po jakimś czasie jego ojciec się opamiętał.

Dlaczego poszliście do partii

W 1963 r. w trójkę przenieśli się do Łodzi. Wreszcie do własnego trzypokojowego spółdzielczego mieszkania przy ul. Zbiorczej. Hanka objęła kierownictwo niewielkiej szkoły nr 76, a Olka służbowo przeniesiono do Zjednoczenia Przemysłu Maszyn Włókienniczych „Polmatex” i powierzono funkcję głównego specjalisty w Wydziale Technicznym.

W 1964 r. oboje wstąpili do PZPR. Każde z innego powodu. Spytałam ich, kiedy byłam już dorosła.

Hanka: – Sekretarz POP chodził za mną bez przerwy i nie dawał spokoju, pytając: pani Aniu, kiedy zapisze się pani do partii? Miałam go dość i na odczepnego zgodziłam się. Myślałam – Łódź duże miasto, przecież mogę pojechać do kościoła do innej dzielnicy, kto mnie sprawdzi. Dobrze wiesz, jaka ważna była i jest dla mnie wiara. Nie mogłam zrezygnować z niedzielnej mszy!

Anna (Hanka) i Aleksander (Olek) Tworowscy. Zdjęcie ślubneAnna (Hanka) i Aleksander (Olek) Tworowscy. Zdjęcie ślubne Arch. prywatne

Olek: – Zauważyłem, że głos mądrych ludzi, którzy naprawdę mieli coś ważnego do powiedzenia, w ogóle nie był brany pod uwagę, jeśli nie należeli do partii. Słuchało się tych „wicie, „rozumicie”, bo mieli stosowną legitymację. Powiesz – koniunkturalista? Być może, ale w słusznej sprawie.

Na zachód... Ale tam są Niemcy!

W lipcu 1966 r. Hanka po dwuletniej nauce uzyskuje z wynikiem bardzo dobrym dyplom Studium Nauczycielskiego w Łodzi na kierunku matematyka z fizyką.

Pod koniec 1966 r. Olek dostaje propozycję objęcia stanowiska zastępcy dyrektora ds. technicznych w Lubuskiej Fabryce Zgrzeblarek Bawełnianych w Zielonej Górze.

Pamiętam naradę rodzinną w mieszkaniu na Zbiorczej. Siedzieliśmy w kuchni w czwórkę, razem z babcią Manią. Włączony był gazowy piekarnik, bo w mieszkaniu było po prostu zimno. Olek opowiadał o możliwości awansu i szansie dla siebie. Tłumaczył: – Jedziemy tylko na trzy lata. Postawimy z Czesławem zakład na nogi i wracamy do Łodzi.

Hanka słuchała, a babcia Mania była zdecydowanie przeciw. – Nie jedźcie tam. Tam są Niemcy!

Olek jednak podjął decyzję o przenosinach rodziny do Zielonej Góry. Propozycja takiego awansu bardzo mu zaimponowała. Miał przecież dopiero 33 lata, a w Zjednoczeniu po prostu się nudził. Do Zielonej Góry miał jechać od razu, a Hanka i Ewa dojechać latem, by od września 1967 r. podjąć pracę i naukę w szkole w niewielkim mieście na zachodzie Polski.

Zgrzeblarka CZ 68

W tym czasie fabryka popularnie zwana Zgrzeblarkami miała bardzo złą passę. Trzy miesiące wcześniej dyrektorem przedsiębiorstwa został Czesław Ł. i to on wskazał Olka na swojego zastępcę. Znali się jeszcze z czasów łódzkiej Wifamy. Ł. był tam naczelnym dyrektorem i awansował Olka na kierownika odlewni. Zdaniem Olka był menadżerem z prawdziwego zdarzenia, choć wówczas, na przełomie lat 50. i 60. nikt takich pojęć nie używał.

Wyprodukowane zgrzeblarki były wadliwe, więc reklamowali je zarówno krajowi, jak i zagraniczni klienci, szczególnie ze Związku Radzieckiego. Proces usuwania wad był prosty. Z maszyny należało wymontować złą część, a na jej miejsce zainstalować nową, dobrą. Proces usuwania reklamacji trwał dobrych kilka miesięcy. Fabryka jako taka zaczęła zyskiwać dobre opinie u kontrahentów, natomiast w Zjednoczeniu cały czas była pod kreską. Poza usuwaniem wad w funkcjonujących zgrzeblarkach zakład musiał także produkować nowe urządzenia, a wielkość produkcji ustalało… Zjednoczenie.

Dość spektakularne wydarzenie miało miejsce w Zduńskiej Woli, gdzie postawiono przędzalnię bawełny. Tam, z polecenia ministra, nadzór nad montażem urządzeń mieli sprawować naczelni dyrektorzy poszczególnych przedsiębiorstw. Ze względu na sytuację w zielonogórskiej fabryce minister zgodził się, by jedynie ona była reprezentowana przez dyrektora technicznego, czyli Olka.

W Zduńskiej Woli trzeba było zamontować 100 zgrzeblarek i kilka ciągów trzepalnianych. Niektórzy z branży im kibicowali, inni wyśmiewali ich pracę na trzy zmiany (chcieli zdążyć na czas). W efekcie jako pierwsi spośród wszystkich firm skończyli montaż. Przy odbiorze dyrektor przędzalni wynajdywał różne powody, by nie odebrać maszyn. Kiedy kolejne jego argumenty nie znajdowały potwierdzenia w rzeczywistości, stwierdził, że zielonogórska fabryka nie zapewniła części zamiennych, o których była mowa w kontrakcie. Wówczas Olek nie wytrzymał:

– Panie ministrze – zwrócił się do szefa resortu, obecnego przy odbiorze. – Proponuję powołać komisję, by zbadała zarzuty dyrektora. Jeśli okażą się prawdziwe, podaję się do dymisji. Gdy jednak komisja stwierdzi, że wszystkie części są, proponuję, by do dymisji podał się nasz kontrahent.

Na sali, w której siedziało ponad 100 osób, zrobiła się głucha cisza. Minister odpowiedział: Pańską dymisję chętnie przyjmę, a co do innych, proszę nam nic nie sugerować.

Olek wygrał, bo w magazynie były wszystkie części zamienne objęte umową.

Wspólnie z Czesławem Ł. zaczęli stawiać na młodych inżynierów z głowami pełnymi pomysłów. Potrzebowali dwóch lat, by zakład wyszedł na prostą. Jednak większym uznaniem cieszyli się u włókienników niż w „swoim” przemyśle maszynowym. Dwóch młodych, niesamowicie zdolnych inżynierów konstruktorów, Ryszard L. i Jan S. skonstruowało zgrzeblarkę CZ 68.

Falubaz na pochodzie 1 MajowymFalubaz na pochodzie 1 Majowym Arch. prywatne

W Zjednoczeniu i w Ministerstwie nikt nie chciał słyszeć o wprowadzeniu tej maszyny do szerokiej produkcji, bo zielonogórskie zgrzeblarki kojarzyły się im wyłącznie źle, jako wadliwe urządzenia. Zaczęli szukać za granicą podobnej zgrzeblarki, by kupić na nią licencję i wprowadzić do produkcji w kraju. Tymczasem duże zainteresowanie CZ 68 wykazali Czesi i wzięli do testów 10 maszyn. Ponieważ sprawdziły się, zamówili ich kolejną partię. O tę zgrzeblarkę zaczęli upominać się inni zagraniczni kontrahenci LFZB, tylko w Polsce nikt o nią nie pytał. W końcu w Zjednoczeniu postanowiono, że licencja na zgrzeblarki zostanie kupiona u angielskiego Platta. Zawarto bardzo niekorzystną umowę, ponieważ zgodnie z jej zapisem wszystkie istotne dla maszyny podzespoły miały być importowane z Anglii. W jednym z wyjazdów do Oldham, gdzie siedzibę miał Platt, uczestniczył Olek. Ponieważ pobyt na wyspie zahaczał o weekend, dyrektor zapytał jakby chciał go spędzić. – Mam znajomych w Nottingham. Z chęcią bym ich odwiedził – odpowiedział Olek.

Resztę historii znam z przekazu cioci Ali, największej przyjaciółki Hanki z lat młodości, mojej matki chrzestnej. Do dzisiaj mieszka na Field Lane, w Beeston. To dzielnica Nottingham z małymi domkami w zabudowie szeregowej.

Ciocia pieliła w ogródku, kiedy przy furtce zatrzymał się rolls-royce. Wysiadł z niego kierowca w liberii. Ciotka była przekonana, że pomylił drogę i chce zapytać, jak się stamtąd wydostać. Tymczasem kierowca podszedł do tylnych drzwi, otworzył je, a z samochodu wysiadł … Olek.

Ponieważ produkcja Falubazu w części trafiała na eksport, Olek dużo jeździł za granicę. Czechosłowacka Republika Ludowa, Węgry, Turcja, Związek Radziecki. Także Francja, RFN, Meksyk, wspomniana wcześniej Wielka Brytania. Zawsze dbał o swoje dziewczyny i przywoził im kupione, dzięki zaoszczędzonym dietom, piękne rzeczy. W siermiężnej wówczas Polsce każda wykonana z dobrej jakości tkaniny i ciekawa kolorystycznie garsonka, bluzka czy kupon materiału wywoływały zachwyt obdarowanej. Olek przywoził też Hance przepiękne buty, zawsze ozdobione jakimś dekoracyjnym elementem, neskę oraz papierosy Kent. (Jeszcze w Ozimku nauczył Hankę palić papierosy. Wkrótce sam przestał, a Hanka paliła jeszcze przez wiele lat.) Trzeba Mu to oddać, miał gust. Nie zapomnę, jak z podróży do Szwajcarii przywiózł wielką tabliczkę prawdziwej czekolady z całymi orzechami laskowymi. Boże, jak ona smakowała.

Żużlowa drużyna Falubazu

Żużlowcy Falubazu, wcześniej ZgrzeblarekŻużlowcy Falubazu, wcześniej Zgrzeblarek Arch. prywatne

Poza różnymi dobrami Olek przywoził z tych podróży wiele obserwacji. Jeśli jakaś firma wspierała drużynę sportową finansowo, to ta miała na koszulkach nazwę tego przedsiębiorstwa. Ponieważ Zgrzeblarki kojarzyły się odbiorcom z tym kiepskim okresem funkcjonowania zakładu, w 1971 r. Olek postanowił, że drużyna żużlowa, nad którą patronat zakład sprawował od 1961 r. zmienia plastrony. Myszka Miki na nich pozostała, ale zamiast nazwy „Zgrzeblarki Zielona Góra” pojawił się napis „Falubaz Zielona Góra”. Kibice długo byli niezadowoleni – dlaczego? po co ta nowa nazwa?, ale Olek nie ustąpił. Nazwa „Zgrzeblarki” kojarzyła się z trudnym okresem w życiu fabryki i wieloma reklamacjami. Poza tym sama fabryka lekko zmieniła nazwę. Z Lubuskiej Fabryki Zgrzeblarek Bawełnianych stała się Lubuską Fabryką Zgrzeblarek Bawełnianych „Falubaz”, więc drużyna miała reklamować przedsiębiorstwo, które produkowało wyłącznie dobre urządzenia do produkcji bawełny.

Olek dyrektorem naczelnym 

Olek zawsze uważał, że jeśli ludzie dobrze pracują, należy im się wszystko co najlepsze. Nie tylko zarobki na dobrym poziomie, ale i opieka socjalna jak się patrzy.

Falubaz składał się z trzech zakładów – głównego, zwanego „A”, który był położony przy ul. J. Dąbrowskiego, „B” na Jana z Kolna i „C”, czyli odlewni na Dąbrówki. To właśnie tam pracownicy najczęściej zapadali na różne choroby. Zakładowy lekarz – Rafał G. wystąpił z inicjatywą wybudowania fizykoterapii, gdzie dzięki różnym zabiegom ludzie mogliby wracać do zdrowia. Temu pomysłowi przyklasnęli obaj z naczelnym dyrektorem Czesławem Ł. Jeszcze pod jego okiem wybudowano I etap zakładu rehabilitacji. Nieco później naczelny rozchorował się i odszedł z firmy. Dyrektor Zjednoczenia szukał jego następcy. Kiedy meldował się w KW PZPR i przywoził w teczce kolejne kandydatury na nowego szefa Falubazu, za każdym razem odprawiano go z kwitkiem. Jak powiedziano mu w KW, w grę wchodziła wyłącznie jedna osoba – Olek. W końcu odpuścił. Z dniem 1 marca 1972 r. Olek został dyrektorem naczelnym Falubazu.

Gryżyna

LFZB miała ośrodek wypoczynkowy nad jeziorem Głębokie, za Międzyrzeczem. Stare, drewniane domki, sanitariaty gdzieś daleko. Marnie. Dlatego Olek polecił swoim podwładnym, by na terenie województwa znaleźli inne miejsce, gdzie można byłoby postawić ośrodek wypoczynkowy. Po wielu poszukiwaniach trafili nad jezioro Kałek nieopodal wsi Gryżyna. Z trzech stron było otoczone lasem, głównie sosnowym. Cisza, spokój. Jezioro było bardzo głębokie, ale miało krystalicznie czystą wodę. Olek od razu zakochał się w Gryżynie. Po uzyskaniu stosownych zezwoleń, rozpoczęła się budowa kilkunastu murowanych domków. W każdym z nich oprócz pokoi był aneks kuchenny, a także sanitariaty – prysznic i WC. Wtedy, na początku lat 70. XX w. to było wielkie wow. Ośrodek w Gryżynie szybko stał się bardzo popularny, nie tylko wśród pracowników Falubazu.

Droga przez pola

We wrześniu 1967 r. Hanka rozpoczęła pracę w Szkole Podstawowej nr 2 w Zielonej Górze, która mieściła się przy ul. Długiej. Ewa poszła tam do IV klasy. Mieszkali w hotelu robotniczym przy ul. Objazdowej. Najkrótsza droga prowadziła więc przez nieistniejącą już ul. Mostową, którą dochodziło się do bocznicy kolejowej. Tam zaczynały się kocie łby. (To w okolicach obecnej Centrali Rybnej.) Wcześniej szło się bitą drogą wysypaną żużlem. Jak było sucho, szło się w miarę dobrze. Jeśli jednak padał deszcz albo śnieg, było kiepsko. W okolicach odlewni przy ul. Dąbrówki pojawiał się chodnik. Potem kawałek Jedności Robotniczej, 1 Maja i w ciągu 20 minut docierały do szkoły, w której lekcje, w tamtych czasach, odbywały się od poniedziałku do soboty. Zimą zawsze ten, kto szedł pierwszy, wydeptywał ścieżkę następnym. Pracownicy odlewni zaczynali zmianę o 6.00 rano. Ci, którzy mieszkali przy Objazdowej, rozpoczynali marsz najwcześniej.

Całe życie Hanka wstawała bardzo rano. Najchętniej o 4.00. Gotowała wówczas obiad, prasowała i przygotowywała się do lekcji. Czemu liczysz te wszystkie zadania? Pewnie znasz je na pamięć – stwierdziłam któregoś razu, kiedy mogłam już Hance zadawać pytania. No co ty – szczerze się obruszyła - przecież muszę znać właściwe rozwiązanie! Uczeń będzie rozwiązywał równanie na tablicy, zatnie się, muszę być przygotowana na każdą sytuację. Nie mogę iść na żywioł, przecież jestem za te dzieci odpowiedzialna. Muszę im od razu pokazać prawidłowy tok myślenia.

Do kościoła tylko o szóstej rano

Na początku pobytu w Zielonej Górze Hanka postawiła sprawę jasno. – Nie możemy zaszkodzić ojcu, więc do kościoła będziemy chodzić na 6.00 rano. Co niedzielę. Do „Zbawiciela” dreptały pół godziny. Jednak nadzieja Hanki, że nikt ich nie zauważy i nie doniesie, kiedyś została zweryfikowana. Olek został wezwany do KW i dostał ostrą reprymendę za to, ze żona z córką chodzą na niedzielne msze. Po powrocie do domu zapytał żonę, czy nie mogłyby sobie z córką tej niedzielnej mszy odpuścić? To była jedna z niewielu chwil, kiedy Hanka ostro się sprzeciwiła. – Możesz się ze mną rozwieść, ale do kościoła chodzić nie przestanę. Po jakimś czasie sprawa ucichła.

Anna (Hanka) Tworowska w SP nr 3 w Zielonej GórzeAnna (Hanka) Tworowska w SP nr 3 w Zielonej Górze Arch. prywatne

W „dwójce” Hanka szybko nawiązała kontakt z innymi nauczycielkami. Z panią Marią M., nauczycielką języka polskiego i prac ręcznych zaprzyjaźniła się najszybciej. Może dlatego, że pani Maria pochodziła z Zakliczyna nad Dunajcem, a Hanka zawsze tęskniła za swoim Krakowem. Ta serdeczna więź trwała aż do śmierci Hanki. W 1971 r. wraz z grupą nauczycieli przeszła do nowo otwartej Szkoły Podstawowej nr 3 przy ul. Cyryla i Metodego. W tej szkole pracowała aż do emerytury. W tak zwanym międzyczasie Hance kilkakrotnie proponowano, by została dyrektorem jednej z zielonogórskich szkół podstawowych. Zawsze jednak grzecznie odmawiała – w domu jest już jeden dyrektor – wyjaśniała.

1972, to był ważny rok

Dla ich trójki to był ważny rok. Nie tylko dlatego, że 1 marca Olek objął stanowisko dyrektora naczelnego Falubazu. We wrześniu Ewa rozpoczęła naukę w XXI LO przy ul. Kilińskiego, które z czasem stało się „jedynką”. W październiku Hanka podjęła studia na kierunku matematyka w Studium Zaocznym na Wydziale Matematyczno-Fizycznym Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Zielonej Górze. Także jesienią otrzymali klucze do swojego M, przy ul. B. Krzywoustego. Budynek był w zasobach Zielonogórskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Część prac wykończeniowych wykonywali sami. Choćby enerdowskie plastikowe płytki do kuchni udające kafelki. Olek z Ewą wyklejali je własnoręcznie. Hanka postanowiła, że będą przenosić się stopniowo, by ostatniego dnia jedynie „z torebką” w ręce przejść do nowego mieszkania. Pierwszą noc na Krzywoustego spędzili z 30 listopada na 1 grudnia.

W Zgrzeblarkach wszystko szło swoim rytmem. Plany były wykonywane, świetny zespół technologów zaprojektował linię do przerobu bawełny – od jej beli po taśmę wypuszczaną przez zgrzeblarkę. Jedynie w trzech krajach na świecie – RFN, Szwajcarii i Anglii produkowano podobne linie. W zielonogórskich maszynach montowane były podzespoły ze Szwecji (obicia do zgrzeblarek), oraz z Anglii i Francji (urządzenia odpylające). Zdaniem Olka był to dowód na to, że zielonogórskie zgrzeblarki były wyposażane w oprzyrządowanie na światowym poziomie. W Falubazie zostali ci najlepsi. Słabsi wykruszali się po kolei, kiedy zakład przeżywał trudne chwile.

W 1973 r. zakład odwiedził I sekretarz KW PZPR Mieczysław H. Zapytał Olka – co słychać? Ten niewiele namyślając się odpowiedział – nudzę się. To jest samograj, doskonały zespół konstruktorów, bardzo dobra załoga, mamy zbyt na maszyny, wszystko kręci się jak należy. Mieczysław H. stwierdził – jesteście pierwszym dyrektorem, który mówi mi takie rzeczy.

Minęło pół roku. Olek został wezwany do KW, gdzie zaproponowano mu objęcie stanowiska dyrektora naczelnego Zaodrzańskich Zakładów Przemysłu Metalowego im. Marcelego Nowotki „Zastal”. Nie zastanawiał się długo. Przyjął tę propozycję, choć było mu bardzo trudno rozstać się z Falubazem.

31 października 1974 r. zajął gabinet przy ul. Sulechowskiej 4a.

Aniusia i ludzie moje oboje

Pod koniec maja 1982 r. Olek, już emeryt, kupił sobie wymarzonego wiele lat wcześniej doga niemieckiego arlekina. Według papierów nazywał się Abor z Szalonych Diamentów i pochodził z hodowli pod Żarami. Jednak przez domowników był wołany Goro. Tak wabił się pies Olka z dzieciństwa.

Olek mieszkał wtedy w niewielkim domku w Gryżynie od wczesnej wiosny do późnej jesieni. Ponieważ w tej wiejskiej chacie nie było ogrzewania, na zimę zjeżdżał razem z psem do miasta, ale obaj źle to znosili.

W 1984 r. przyszła na świat pierwsza wnuczka Olka i Hanki – Agatka. Dziadkowie oszaleli na jej punkcie. Obdarzyli niewyobrażalną wręcz miłością. Trzyletnia Agatka miała kłopot z prawidłową wymową głoski „r”.

– Powiedz rodzice – zachęcała ją Ewa.

Mała nie zastanawiając się wcale, odpowiedziała: – Ludzie moje oboje.

Od tamtej pory w tej rodzinie rodziców nie określało się innymi słowami jak „ludzie moje oboje”.

W 1991 r. pojawiła się druga wnuczka Justyna, zwana przez domowników Tysią.

Dziadkowie byli szczęśliwi. Uczyli wnuczki szacunku do przyrody. Pokazywali różne gatunki ptaków, uczyli zbierania grzybów, wskazywali spacerujące w oddali sarny, jelenie, dziki.

Na grządkach letniego domku w Gryżynie rosły truskawki, poziomki, a obok na krzewach maliny. Cały ogród był prowadzony „pod potrzeby” wnuczek. One nie mogły mówić do Hanki babciu, bo Hanka sobie tego nie życzyła.

– Wszystkie dzieci kuzynów mówią do mnie Aniusiu, więc moje wnuczki też tak mogą się do mnie zwracać – uzasadniała. Z czasem rodzina i wszyscy znajomi przejęli to imię. Hankę zastąpiła Aniusia.

1 września 1999 r. Aniusia rozpoczęła pracę w Gimnazjum nr 2 w Zielonej Górze. Stara „trójka” była wygaszana. W listopadzie tego samego roku została skierowana na okresowe badania lekarskie i trafiła też do laryngologa.

– Od kiedy pani pracuje? – zapytał.
– Od 1956 roku – odpowiedziała.
– I wystarczy, ani jednego dnia dłużej – stwierdził bez chwili wahania. W ten sposób, z dnia na dzień, Aniusia stała się emerytką.

Tętniak

Wreszcie mieli czas dla siebie. W Gryżynie Aniusia najlepiej czuła się latem i wczesną jesienią. W innych porach roku raźniej jej było w mieście, a na wieś wpadała po staremu, w weekendy. Latem 2002 r. Olek pojechał na kolejne kontrolne USG brzucha do dr. Leszka Sz. Ten nie miał dla Olka dobrych wiadomości.

– Ma pan na tętnicy biodrowej wspólnej pięciocentymetrowego tętniaka. Kwalifikuje się do natychmiastowej operacji. To tykająca bomba zegarowa. W każdej chwili może pęknąć. Zalecam bezzwłoczną konsultację z chirurgiem naczyniowym.

Aleksander (Olek) TworowskiAleksander (Olek) Tworowski Arch. prywatne

Olek szybko umówił się na wizytę do dr. Jacka M., szefa zielonogórskiej chirurgii. Równie szybko poddał się operacji. Coś jednak poszło nie tak. Kiedy wywozili go z bloku operacyjnego, krzyczał do Aniusi i Ewy, by coś zrobiły, bo strasznie boli go noga. Podczas operacji uszkodzono nerwy. Opadała mu stopa. Ogromny ból towarzyszył mu przez kolejne trzy lata.

Dwie wizyty w Klinice Leczenia Bólu w Krakowie pomogły na krótko. Wpadł w depresję. Zażywał ogromne ilości leków przeciwbólowych. Coraz mniej interesowało go życie.

Aniusia stawała na głowie, by choć trochę mu pomóc. Co chwilę wzywała do domu specjalistów. Gryżyna była za daleko. Olek musiał mieć stały kontakt z lekarzem i z powrotem zamieszkał w Zielonej Górze. Dlatego wspólnie z Ewą podjęły decyzję o sprzedaży Gryżyny. Chaty za wsią nie miał kto doglądać.

Dzięki uprzejmości dyrektor zielonogórskiego hospicjum Olek trafił doń pod koniec sierpnia 2005 r. Miał przebywać tam przez miesiąc po to, by Aniusia mogła odpocząć w domu. Mimo tych planów Aniusia siedziała w hospicjum przy Olku od rana do wieczora. Do domu szła tylko po to, by się przespać. Niespodziewanie Olek zmarł we śnie 18 września, o czwartej po południu.

Rak

Następnego dnia Ewa odebrała wynik rezonansu magnetycznego jamy brzusznej Aniusi. Czytała załączony opis i nie wierzyła własnym oczom. Poprosiła o rozmowę z lekarzem. – Panie doktorze wczoraj umarł mój tata. Jestem jedynaczką, a to jest wynik badania mojej mamy – mówiła. Doktor zerknął na opis i spuścił głowę. – Bardzo pani współczuję – powiedział.

To był nowotwór z przerzutami do innych organów. Aniusia tak zatraciła się w opiece nad Olkiem, że nie zauważyła toczącej ją choroby. Mimo chemioterapii, rak nie ustąpił. Aniusia trafiła do hospicjum 8 sierpnia 2006 r.

Do Pana Boga odeszła 18 sierpnia o czwartej rano. Dokładnie w jedenaście miesięcy po Olku.

Ewa długo źle znosiła osiemnasty dzień każdego miesiąca. Tak było aż do 18 października 2013 r., kiedy na świecie pojawił się jej wnuk – Adaś, syn Agatki.

* Ewa Tworowska-Chwalibóg – mieszka w Zielonej Górze, pracuje na Uniwersytecie Zielonogórskim

Akademia Opowieści. "Nieznani bohaterowie naszej niepodległości"

Historia Polski to nie tylko dzieje wielkich bitew i przelanej krwi. To również codzienny wysiłek zwykłych ludzi, którzy nie zginęli na wojnie. Mieli marzenia i energię, dzięki której zmieniali świat. Pod okupacją, zaborami, w czasach komunizmu, dzisiaj – zawsze byli wolni.

Każdy w polskiej rodzinie, wsi, miasteczku i mieście ma takiego bohatera: babcię, dziadka, nauczyciela, przyszywanego wujka, sąsiada. Jednych znaliśmy osobiście, innych – ze słyszenia. Opowiada się o nich anegdoty, wspomina ich z podziwem i sympatią.

Byli prawnikami, konstruktorami, nauczycielami, bywało też, że nie mieli żadnego zawodu. Uczyli, leczyli, tworzyli, wychowywali dzieci, budowali, projektowali. Dzięki nim mamy szkoły, biblioteki na wsi, związki zawodowe, gazety, wiersze, fabryki. Dawali innym ludziom przykład wolności, odwagi, pracowitości.

Bez nieznanych bohaterów – kobiet i mężczyzn – nie byłoby niepodległej Polski. Dzięki nim przetrwaliśmy.

Napiszcie o nich. Tak stworzymy pierwszą wielką prywatną historię ostatnich stu lat Polski. Opowieści zamiast pomników.

Na wspomnienia o nieznanych bohaterach naszej niepodległości o objętości nie większej niż 8 tys. znaków (ze spacjami) czekamy do 15 sierpnia 2018 r. Można je przysyłać za pośrednictwem NASZEGO FORMULARZA.

Najciekawsze teksty będą sukcesywnie publikowane na łamach „Gazety Wyborczej” (w tym jej dodatków, np. „Ale Historia”, „Magazyn Świąteczny”, „Duży Format” oraz w wydaniach lokalnych) lub w serwisach z grupy Wyborcza.pl. Nadesłane wspomnienia wezmą udział w konkursie, w którym jury wyłoni trzech zwycięzców oraz 80 osób wyróżnionych rocznymi prenumeratami Wyborcza.pl. Laureatów ogłosimy 5 listopada 2018 r.

Zwycięzcom przyznane zostaną nagrody pieniężne:

* za pierwsze miejsce w wysokości 5556 zł brutto

* za drugie miejsce w wysokości 3333 zł brutto

* za trzecie miejsce w wysokości 2000 zł brutto