Kolejna odsłona Akademii Opowieści. O co chodzi w naszej akcji?

Cezary Łazarewicz radzi jak pisać [PORADNIK]

"Nieznani bohaterowie naszej niepodległości". Weź udział w naszej akcji, przyślij opowieść [FORMULARZ]

Zostało po nim pianino, porządny niemiecki steinway. Ma ponad sto lat, pół wieku stał w tym samym pokoju na parterze mojego rodzinnego domu w Katowicach. Schodzi z niego czarny fornir, z kilku klawiszy odpadła okładzina z kości słoniowej. Gdy siadam przy instrumencie, myślę sobie, że wreszcie trzeba go dać do renowacji. Ale to kosztuje majątek. A poza tym pianino jest koszmarnie ciężkie. Ilu ludzi trzeba, by je wynieść?

Mimo wieku ciągle dobrze się na nim gra. Gdy byłem w liceum, wpadali do mnie koledzy ze szkół muzycznych i nie mogli się nadziwić, bo ich współczesne pianina rozsypywały się po dziesięciu latach, a w steinwayu działał każdy młoteczek.

Stał pewnie w salonie jakichś niemieckich zamożnych mieszczan, może w Gleiwitz, może w Breslau. Ale gdy nadeszła Armia Czerwona, trzeba było uciekać. Pianin Niemcy nie byli w stanie zabrać. Poniemieckie instrumenty, których nie wywieźli Sowieci i nie dopadli szabrownicy, władza rozdzielała potrzebującym. Tak czarny steinway trafił do mojego dziadka, prof. Bolesława Szabelskiego, organisty, kompozytora, pedagoga Państwowej Wyższej Szkoły Muzycznej w Katowicach.

Wiele razy myślałem o niemieckich właścicielach: kim byli, co robili, dokąd uciekli? Dziadka na pewno to nie interesowało.

Po wojnie nie czuł do Niemców żadnej sympatii. Poza tym on nie zajmował się przyziemnymi sprawami. Jego światem była muzyka, a pianino narzędziem pracy.

Był współtwórcą śląskiej szkoły kompozytorów, jednym z najważniejszych twórców muzyki poważnej w powojennej Polsce. A ja dorastałem w jego cieniu, zupełnie go nie znając. Czarny steinway to w zasadzie jedyna rzecz, która mnie z nim łączy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Przedstawiam wam najgrubsze drzewo w Polsce - powiedział Lechosław Herz, mój Wujek

Natchnienie w fotelu

Pokój, w którym stoi pianino, jest wielki. Pod koniec lat 50. okazało się, że w domu jest zbyt wiele pomieszczeń, więc urzędnicy chcieli nam dokwaterować sublokatora. Wystarczyło jednak zburzyć ścianę na parterze i duże pomieszczenie, które powstało z połączenia dwóch małych, nazwać pracownią profesora, by komuniści dali spokój.

Dziadek spędzał w nim całe dnie, dumając w fotelu. Nie wolno było mu przeszkadzać ani hałasować. Życie w domu było podporządkowane jemu. Co jakiś czas zrywał się z fotela, siadał za pianinem, grał, a potem coś notował na pięciolinii, skreślał, znów grał, poprawiał. A na koniec znowu lądował zamyślony w fotelu. Jeśli nie rozmyślał o muzyce, to do nocy słuchał radia.

To, co się działo wokół, mało go obchodziło. Nie zabiegał o sławę, zaszczyty i promocję swoich utworów. Za granicę władze PRL go nie wypuszczały.

W latach 50. słynna kompozytorka i opiekunka talentów Nadia Boulanger zaprosiła go do Paryża, ale nie dostał paszportu. Nie rozpaczał. Z dziennikarzami, którzy go nachodzili, zwykle rozmawiał lakonicznie. Był skromnym, zamkniętym w sobie starszym panem.

Ostatnim utworem, który powstał przy czarnym steinwayu, był koncert fortepianowy z 1978 r. 80-letniemu, schorowanemu dziadkowi nuty musiał zapisywać pomocnik. Powstał 20-minutowy, ciężki, przygniatający i rwany utwór, w którym słychać starego człowieka u kresu drogi konfrontującego się z tym, co nieuniknione. Gdy wykonano go pierwszy raz, byłem już na świecie. Szabelski czasami stawiał wózek obok pianina i coś mi na nim grał. Gdy zmarł pod koniec sierpnia 1979 r., miałem niespełna rok.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Pani Helena z Kresów przywiozła tylko książki. W Gorzowie założyła pierwszą księgarnię

Bolek superstar

Babcia Irena nie lubiła portretu dziadka. Spoglądał z niego siwowłosy, ubrany tylko w białą koszulę. Według babci wyglądał na nim jak chłop. A przecież już w podeszłym wieku na każde spotkanie ze studentem zakładał marynarkę. Inaczej nie wypadało. Babcia nie potrafiła się pogodzić z jego śmiercią. Traktowała go jak świętego. Gdy z czułością opowiadała o „Bolku”, głos jej się łamał.

Pobrali się dziesięć lat po wojnie – miała 33 lata, on dobiegał sześćdziesiątki. Był już znanym muzykiem, cieszył się autorytetem, miał studentów. Co skłoniło córkę zamożnej katowiczanki, by związać się z mężczyzną, który mógł być jej ojcem? Czy związek z Szabelskim miał złagodzić jej traumę po stracie pierwszego męża parę lat wcześniej? Albo traumy z czasów wojny, gdy siedziała w niemieckim więzieniu z wyrokiem śmierci, czekając, aż zawloką ją na gilotynę? Nigdy o to nie zapytałem. Jestem jednak pewien, że tkwiła w tym jakaś głęboka, jednostronna fascynacja. Szabelski nie był wylewny ani uczuciowy, nie zajmował się domem. Babcia tyrała, organizując mu życie. Wierzyła, że upływ czasu uda się zatrzymać, a dziadek będzie tworzył coraz większe dzieła z nią u boku. Gdy pod koniec życia chorował i pogrążał się w demencji, nie przyjmowała tego do wiadomości. Gdy umarł, zawalił jej się świat.

Wszystko, co miało związek z Bolesławem Szabelskim – jego zdjęcia, listy, wycinki prasowe, ordery – stało się relikwią. W domu chciała nawet założyć jego muzeum, ale władze Katowic dyplomatycznie odpowiadały, że brakuje pieniędzy.

Zawsze mi powtarzała, że mam pamiętać, czyim jestem wnukiem. I mam pójść w jego ślady. Trzydzieści lat temu zabierała mnie na koncerty i uroczystości. Niektóre filmowała nawet telewizja. Niewiele rozumiałem z tego, co się dzieje, nie mówiąc o granej muzyce. Ważne było tylko jedno: chodziło o dziadka.

Szabelski w opowieściach babci był herosem kultury, twórcą ze światowego panteonu. Gdy jeden z biografów napisał, że bywał zawzięty i sądził się z braćmi o podział majątku, zagroziła procesem. Gdy ktoś powątpiewał w jego znaczenie w historii polskiej muzyki, była gotowa wydrapać oczy. Dla niej „Bolek” był człowiekiem bez skazy. Portret w białej koszuli kazała przemalować, dziadek musiał być w marynarce, by nie wyglądał jak chłop.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Mieczysław Gębarowicz. Strażnik polskich skarbów Ossolineum we Lwowie

Uczeń Szymanowskiego

Parterowy dom z pokrytym blachą spadzistym dachem stoi w miejscowości Sadowne, 90 km na północny wschód od Warszawy. Dziadek spędził tu dzieciństwo. Urodził się w 1896 r. w Radoryżu, między Garwolinem a Łukowem. Jego ojciec Franciszek był tam organistą. Na początku XX w. dostał posadę w kościele w Sadownem. Szabelski miał kilka lat, gdy zaczął się uczyć grać na organach. Miał niezwykły talent, rodzina postanowiła wysłać go na naukę do Warszawy. To, że miał ledwie 12 lat, nie miało znaczenia. Prababcia co tydzień woziła mu jedzenie. Szkołę organistów skończył jako najlepszy uczeń.

Podczas I wojny światowej rzuciło go do Kijowa. Działał w polskiej konspiracji, walczył w wojnie polsko-bolszewickiej, podczas plebiscytu organizował polskie chóry na Górnym Śląsku. Organy i kościelna muzyka to było dla niego za mało. Kompozycję studiował u Romana Statkowskiego, w połowie lat 20. został uczniem Karola Szymanowskiego. Twórca „Harnasi” powiedział, że ma talent. Gdy w 1929 r. w Katowicach powstawała Państwowa Wyższa Szkoła Muzyczna, zarekomendował dziadka na wykładowcę. Już w Katowicach Szabelski skomponował „Toccatę”, najczęściej wykonywany utwór. To ekspresyjna, ciepła, radosna, nieokiełznana kompozycja. Odbierałem ją zawsze jako ślad po przedwojennej beztrosce. Takich optymistycznych brzmień w jego twórczości już potem nie było.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Porozmawiajmy o Szymanowskim. Jak świat kupił polskiego kompozytora

Muzyk w podziemiu

Na cmentarzu w Sadownem rodzina Szabelskich ma grobowiec. Wśród pochowanych jest Edward Szabelski. Brat mojego dziadka, katolicki ksiądz z Lidy, zmobilizowany we wrześniu 1939 r. Gdy dostał się z oddziałem do niewoli, Niemcy chcieli go wypuścić, ale został przy żołnierzach. Kiedy w obozie jenieckim za bardzo angażował się w podtrzymywanie ich na duchu, uznali go za cywila i przekazali gestapo. Zginął w Dachau. Urnę z prochami za opłatą Niemcy odesłali rodzinie.

Dziadek miał więcej szczęścia. Z Katowic wyjechał ostatnim pociągiem, wioząc w walizce archiwum szkoły. Gdyby został, Niemcy zabiliby go jak innych przedstawicieli polskiej inteligencji na Śląsku. Wrócił w rodzinne strony.

Pod pseudonimem „Chmiel” działał w AK, fałszował dokumenty, brał udział w wysadzaniu niemieckich transportów. Ukrywał się, gdy Niemcy zaczęli za nim węszyć. Po wojnie wrócił do Katowic i do muzyki.

W 1999 r. jako młodziutki dziennikarz relacjonowałem międzynarodowy konkurs dyrygentów w Filharmonii Śląskiej. Włoch Massimiliano Caldi z długiej listy utworów wybrał akurat „Concerto Grosso” Szabelskiego. Utwór jest niesamowity, a wykonanie pod batutą Włocha było znakomite. Przechodziły mnie ciarki. Caldi wygrał konkurs, a gdy inni dyrygenci mówili mi potem, że mój dziadek jest fantastyczny, pękałem z dumy.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Stanisław Hejmowski. Kontrole i nagonka w prasie zniszczyły go psychicznie. Postępująca izolacja zrujnowała mu zdrowie

Perfekcjonista i dyktator

W naszym ogrodzie stoi altana, która zapisała się w historii polskiej muzyki. Dziadek miał zdolnego ucznia, który w domu nie miał warunków do pracy. Piętro pod nim mieszkał trębacz, który ciągle ćwiczył. Ten młody człowiek nie był w stanie się skupić. Dziadek zaproponował mu naszą altanę, w której też stało pianino. Po kilku godzinach w ciszy uczeń wrócił z zapisaną partyturą. Mówił, że napisał symfonię. – Symfonię powiadasz... – dziadek pokręcił głową.

Okazał się najwybitniejszym wychowankiem mojego dziadka. Nazywał się Mikołaj Henryk Górecki i jest dziś w panteonie polskich kompozytorów.

PRZECZYTAJ TAKŻE: Światowa kariera muzyki Góreckiego, klasyka proszącego się o przeróbki. Nowe opracowania, wykonania i... nowe utwory

Zastanawiałem się często, o czym rozmawiałbym z dziadkiem, gdybym się urodził 20 lat wcześniej. Muzykę poważną odkryłem jako nastolatek, szybko porzuciłem klasyczny kanon, w poszukiwaniach zapędzałem się głęboko w wiek XX, docierając do dodekafonii czy serializmu, prądów, które niosły Szabelskiego u schyłku życia.

„Concerto Grosso” z 1954 r. to dzieło potężne, bogate pod względem wątków przeplatających się ze sobą w szybkim tempie. Jest mroczne. Gdy go słucham, wyobrażam sobie, że z dziadka wychodziły wojenne traumy. Jednak gdy dobiegał siedemdziesiątki, porzucił monumentalne dzieła i przyłączył się do awangardy. Powstały kameralne „Aforyzmy 9” czy „Koncert na flet”. Jerzy Waldorff, znany krytyk, pisał o tej przemianie z uznaniem, choć żartował, że starszy pan ubrał się w krótkie spodenki. Pod koniec lat 60. jego minimalistyczne nowatorskie kompozycje w świecie polskiej muzyki były wydarzeniem.

Rozmawiałbym o tym z dziadkiem? Jego byli uczniowie, w tym znany kompozytor prof. Jan Wincenty Hawel, opowiadali, że przychodziło się do jego gabinetu na uczelni na herbatę. Po półgodzinie milczenia dziadek wstawał i dziękował za rozmowę. Studenci mówili o nim „Rejent Milczek”. Mało mówił, ale był życzliwy. Choć i od małomówności były wyjątki. Dyrygent Jan Krenz złapał mnie kiedyś w korytarzu Filharmonii Śląskiej i sam z siebie opowiedział, jak dziadek w warszawskim Bristolu po kieliszku przegadał znanego gadułę Grzegorza Fitelberga.

W muzyce był perfekcjonistą i dyktatorem. Gdy w kompozycji studenta coś mu nie pasowało, tak długo naciskał, aż uczeń poprawił utwór według jego wskazówek.

Być jak Bolesław Szabelski

Nie jestem pewien, czy o muzyce chciałby ze mną rozmawiać. Wyznawał zasadę, że albo ktoś ma talent i poświęca muzyce całe życie, albo nie powinien próbować. Gdy urodziła się moja matka, kupił jej skrzypce. Ale potem uznał, że muzyka z niej nie będzie. Została inżynierem. Co powiedziałby o mnie?

O swoim dziadku nie rozmawiałem jedynie z Góreckim, który poróżnił się z Szabelskim. Sędziwy, tracący kontakt z rzeczywistością dziadek oskarżył go o kradzież partytur. Górecki zerwał z Szabelskim wszystkie kontakty. Nie pojawił się nawet na pogrzebie. Zrobił światową karierę, o swoim nauczycielu konsekwentnie jednak milczał. Zabierałem się kilkanaście lat temu do tego, by się z nim umówić, porozmawiać, wyjaśnić, co się stało. Uprzedził mnie kolega z redakcji, który do Góreckiego zadzwonił w innej sprawie. Napotkał mur. Górecki nie chciał rozmawiać z dziennikarzami. Spodziewałem się, że potraktuje mnie podobnie, nie miałem na to ochoty. Czas przeleciał. Górecki zmarł w 2010 r.

Partytury oczywiście się znalazły. Są w Bibliotece Narodowej. Ostatnio Narodowa Orkiestra Symfoniczna Polskiego Radia wykonała drugą symfonię Szabelskiego. Dziadka utworów słychać coraz więcej.

Muszę w końcu odnowić to pianino. Może któreś z moich dzieci pójdzie w ślady pradziadka.