Człowiek, dzięki któremu jestem tu, gdzie jestem. Który miał jakiś wpływ na to, czym zajmuję się teraz i w jaki sposób to robię... Trudne pytanie. Nie sposób odpowiedzieć jednym nazwiskiem. W konkretnym czasie zawsze jest ktoś dla nas ważny. Może też najważniejszy. Ale czas mija, pojawiają się kolejne osoby. Ogromnie trudno jest więc bezapelacyjnie stwierdzić, kto jest tym najważniejszym. Czy to jest w ogóle możliwe?

Ale gdy myślę o sobie pod kątem swojej pracy, to wiem, że w pewnym stopniu spory wpływ na mnie miało dwóch artystów. Prof. Jerzy Jarnuszkiewicz, rzeźbiarz z warszawskiej ASP i jego uczeń Grzegorz Kowalski, u którego później studiowałam. To, w jaki sposób teraz pracuję z moimi uczniami, to jeden z efektów bycia w pracowni Kowalskiego, a także podpatrywania Jarnuszkiewicza. Ich metod pracy, podejścia do studenta w taki sposób, by ten miał satysfakcję ze swojej pracy.

Moja droga do obu tych artystów była dość kręta. Duże znaczenie miało to, że na studia trafiłam wtedy, gdy większość ludzi z mojego rocznika je kończyła. I to, że byłam świadoma wyboru, dobrze wiedziałam, czego chcę. Kowalski do dziś żartuje, że jestem jego pierwszą świadomą studentką. Gdy teraz patrzę na to wszystko z perspektywy czasu, myślę, że znalazłam się we właściwym miejscu, we właściwym czasie.

Powrót Kawelina

Nie szkoda czterech lat?

Pomysł na studia artystyczne zrodził się późno. Byłam po szkole plastycznej w Supraślu, miałam jakieś 25 lat, gdy się zdecydowałam. Wcześniej głowę miałam zaprzątniętą czymś zupełnie innym. Właściwie myślało się: po co studia, przecież jest prawie wojna, trwał stan wojenny, może zaraz będzie koniec świata. Zajmowałam się domem i dzieckiem, pracowałam w Biamecie jako jubiler. Syna urodziłam w klasie maturalnej – wtedy nie tylko nie myślałam o studiach, ale też o tym, by w ogóle zabrać papiery ze szkoły plastycznej. Pamiętam, był 1978 rok, przyszłam do swojego nauczyciela prowadzącego w supraskim plastyku, z takim zamiarem. A prof. Wojciech Załęski powiedział mi:

„Buba – bo tak mnie nazywano już wtedy, i tak przydomek mam do dziś – nie szkoda czterech lat?” Sporo mu zawdzięczałam w tamtym okresie. M.in. dzięki niemu skończyłam jednak szkołę. Zebrałam się w sobie, ze wszystkim zdążyłam, pierwsza się obroniłam – z kutej biżuterii. Byłam na czas ze wszystkim, bo dano mi szansę. Ale potem było pięć dziwnych, takich zawieszonych lat. Pierwsza połowa lat 80., beznadziejny czas, straszny kryzys, kartki, moja niechęć do pracy w jubilerskiej fabryce. Któregoś dnia przyszła koleżanka, zaczęła opowiadać, że coś kupiła taniej, sprzeda drożej... 

Słuchałam tego i pomyślałam, że już nie mogę. To życie nie jest dla mnie. Doszłam do ściany. Wiedziałam, że za żadne skarby nie chcę tam pracować. Potrzebowałam wolności. A taką wolność może dać tylko sztuka. Mój syn chodził wtedy do zerówki. A w nas – moim mężu Wojtku Niedzielce i mnie – zaczęła dojrzewać decyzja – chcemy iść na studia. Wtedy, w latach 80. na festiwal do Olecka przyjeżdżali artyści z całej Polski. Któregoś razu przyjechała Akademia Ruchu. A wraz z nią Zbyszek Olkiewicz. Długie rozmowy. Skontaktował nas z asystentem na warszawskiej „rzeźbie”. I tak myśl o studiach zaczęła zamieniać się w coś konkretnego, choć wiązało się to ze zmianą całego życia. Już wtedy jeździłam do Warszawy na wystawy. Zobaczyłam w tej Warszawie, że koniec świata wcale nie jest taki bliski, że tam jednak nie jest tak przygnębiająco, jakoś świat dalej funkcjonuje, że w świecie sztuki można być wolnym.

Miałam okazję poznać studentów z pracowni prof. Jerzego Jarnuszkiewicza. Widziałam ich wystawy. Czułam, że to rodzaj pracy i edukacji, który mi bardzo odpowiada. Że bardzo chcę studiować właśnie u profesora Jarnuszkiewicza. Złożyliśmy papiery – ja na rzeźbę, mąż na grafikę.

Ucho zrobione wspaniale

Pamiętam, że po tym odkryciu i podjęciu decyzji, byłam w Supraślu i spotkałam swojego byłego nauczyciela. Prof. Załęski pyta, co u mnie, ja mówię, że będę studiować w ASP w Warszawie. A on na to: – „Tylko nie idź do Jarnuszkiewicza, bo tam się nie rzeźbi. Tam się gada”.

A ja na to ze śmiechem. „To ja właśnie tam idę”. O te gadanie, przegadywanie, rozmawianie również mi chodziło. To było to, czego potrzebowałam.

Tyle że ja w 1984 roku zaczęłam studia, a prof. Jarnuszkiewicz w 1985 roku już poszedł na emeryturę. Wtedy pierwszy rok mógł wybrać obligatoryjnie tylko dwie pracownie – u prof. Gustawa Zemły lub prof. Stanisława Słoniny i dopiero później ją zmienić. Wybrałam pracownię Zemły. Ale z nastawieniem, że potem będą zajęcia u Jarnuszkiewicza. Koniecznie. Dobrze wiedziałam, czego chcę. Chodziłam, przyglądałam się pracy pracowni. Gdy okazało się, że odchodzi na emeryturę, uznałam, że naturalną koleją rzeczy będą studia u jego ucznia – Grzegorza Kowalskiego. Obaj reprezentowali to, co bardzo mi odpowiadało. To był rodzaj otwartej dydaktyki, partnerstwo między studentem, długie rozmowy, poszukiwania, stawianie na indywidualizm, wielka tolerancja dla pracy drugiego człowieka. Wszystko to, co zobaczyłam i czego nauczyłam się podczas kontaktów z tymi mistrzami – później miało wielkie znaczenie dla mojego myślenia o pracy.

Pamiętam, jak profesor Jarnuszkiewicz, już będąc na emeryturze, przychodził na korekty. Do dziś pamiętam korektę pracy kolegi – całkowitego freaka. Profesor podszedł do jego pracy, przygląda się i mówi: „Panie Jerzy. Wspaniale pan to ucho zrobił. Naprawdę”. A potem dodał: „Tu troszeczkę bym poprawił. Bo co pan sądzi o tym, że...”.

Bardzo dokładnie to pamiętam. I zapamiętałam na całe życie. Człowiek cudownej klasy. Siła spokoju, wielka erudycja. Tak powiedzieć studentowi, by ten miał poczucie, że jest znakomity, by w to uwierzył, a potem odrobinę delikatnie nakierować go dalej – to naprawdę wielka sztuka.

Takie osoby rzadko się już dziś zdarzają. Prof. Jarnuszkiewicz szanował studenta jako partnera.

Buma mówiła: Nie masz o czym gadać, nie gadaj w ogóle. Akademia Opowieści

Grzebanie w bebechach

Rzeźby zwykle kojarzymy z realistyczną formą. To, co postawił jako zarzut mój profesor z plastyka – że w pracowni Jarnuszkiewicza się nie rzeźbi, że się gada – dla mnie akurat miało duże znaczenie. Rozmowa o dziele, nawet na poziomie koncepcji, jest bardzo ważna. Chodzi o samoświadomość. To powinno być jak rozciąganie mózgu. Przy takiej rozmowie dotykamy wielu zjawisk.

Do dziś podczas swoich zajęć z uczniami stawiam dwie oceny: jedną za artefakt, a drugą za obronę ustną. Uczeń nie może mi wcisnąć, że zrobił tak, bo tak i już. Nienawidzą mnie czasem za to. Ale trudno. Musi to uzasadnić. A więc przeprowadzić analizę. To ważne, bo trzeba być pewnym siebie, pewnym tego, co się robi. Brak konkretu to ślizganie się po temacie. Teraz uczniowie, gdy idą na studia, najczęściej idą za kolegą. Coś tam usłyszeli, myślą, że mają już warsztat, że go dopracują. A tak nie jest. Studia to grzebanie w bebechach. To ważny czas. Muszą to robić świadomie. Mówię im: „To są lata, które spędzisz z konkretnym człowiekiem. Nie znasz twórczości wybranego profesora, nie wiesz, jak ją ugryźć, i idziesz?”. Staram się ich trochę na to uczulić, tak, by podjęli decyzję świadomie, by nie zmarnowali tego ważnego czasu. Moje podejście było zupełnie inne. Jestem trochę wymagająca, ostrożna, podejrzliwa. Musiałam się poprzyglądać, poobserwować. Ale też i inny był czas, w którym podejmowałam decyzję, inny wiek, inne było moje użytkowanie czasu niż innych studentów w owym okresie.

Mieszkaliśmy w akademiku na Jelonkach. Koledzy mieli czas na nieustające imprezy. Ja nie. Rano odprowadzałam syna do szkoły, potem biegłam na studia, zwykle byłam pierwsza w pracowni, bo tak mi się układał harmonogram dnia.

Ten etap nawet nie był dla mnie trudny. Chciałam się wyrwać z marazmu, złapać oddech, znów mieć kontakt z czymś twórczym. I to się udało, i to mnie cieszyło.

Jacek chyba dziś by zwariował. Akademia Opowieści

Bez pieczątki

Pracownia Jarnuszkiewicza była interesująca, bo nie była akademicka. Na tamte czasy była nowatorska i twórcza. I choć z profesorem Jarnuszkiewiczem ostatecznie miałam niewielki kontakt, to jednak miał na mnie spory wpływ, tak jak Kowalski. Obaj prowadzili swoje pracownie tak, by mistrz nie wywierał piętna na swojego ucznia. Wielu profesorów nie tolerowało innych prac spoza obrębu ich działalności. I potem się szło przez życie z jego pieczątką. U nas było kompletnie inaczej. Tu było zindywidualizowane podejście. Dlatego na moim roku powstało wiele skrajnie różnych dyplomów. I to było fantastyczne.

Studiowałam w latach 1984-89. Zaraz po mnie w „Kowalni” – bo tak nazywa się pracownię Kowalskiego do dziś – studiowali m.in. Kasia Kozyra, Artur Żmijewski, Paweł Althamer. Wiele się zmieniło, wkroczyły nowe media, Grzegorz glinę zamienił na kamerę. Ale jeśli chodzi o rodzaj dydaktyki pracowni najpierw Jarnuszkiewicza, potem Grzegorza – jestem pod wielkim wrażeniem do dziś.

Zaakceptowali mnie, zaakceptowali to, kim jestem, co robię, na zasadzie cichej opieki. Ale ta opieka była na tyle dyskretna, że dawała mi satysfakcję z mojej pracy. To duża trudność, cały czas się z tym mierzę w swojej pracy z uczniami – by odpowiednio ich nakierować, nie podsuwać im gotowych rozwiązań, by mieli satysfakcję, że coś sami odkrywają. W odpowiednim momencie trzeba zamknąć dziób i czekać, aż sami „zajarzą”. I gdy zaskoczą, pomyśleć: super! I oni się cieszą, i ja się cieszę.

To, że teraz tak a nie inaczej pracuję z moimi uczniami, to jeden z efektów znalezienia się we właściwym czasie i we właściwym miejscu.

Zamknij oczy, otwórz uszy, wejdź do tajemniczego ogrodu

Małgorzata Niedzielko, rzeźbiarka

Absolwentka ASP w Warszawie w latach 1984-89. Miała swoją indywidualną prezentację prac na wystawie Open Studios w International Studio Program w Nowym Jorku, uczestniczyła w wystawach zbiorowych na całym świecie. Jej prace znajdują się m.in. w galeriach w Polsce i za granicą. Rzeźby można spotkać też w otwartej przestrzeni: na terenie Wigierskiego Parku Narodowego, w parku Branickich w Białymstoku – jest autorką repliki rzeźby parkowej psa Kawelina. Laureatka Nagrody Artystycznej Prezydenta Białegostoku 1996. Uczy w Liceum Plastycznym w Supraślu.

AKADEMIA OPOWIEŚCI

„Najważniejszy człowiek w moim życiu” to temat Akademii Opowieści, do której zapraszamy naszych Czytelników.

Szukamy opowieści, które nas uwiodą. Planujemy pomoc redaktorów i reporterów „Dużego Formatu” w przygotowaniu tekstów do druku na naszych łamach. Może to właśnie wasz bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. I znajdzie swoje miejsce w historii. Dajcie mu szansę, zasługuje na to. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o których milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych.

Nasi dziennikarze Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii.

Kim jest najważniejszy człowiek w Twoim życiu? Napisz nam. Weź udział w konkursie z nagrodami.

Czytelnicy mogą przysyłać swoje prace konkursowe do 31 marca 2017 roku na specjalnym formularzu zamieszczonym w serwisie Akademii Opowieści: wyborcza.pl/akademiaopowiesci