Czym jest Akademia Opowieści? Opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu. Wasze prace będziemy przyjmować od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku [WIĘCEJ]

Wypełnij zgłoszenie konkursowe

Zapoznaj się z REGULAMINEM

Michał Nogaś: Najważniejszy w twoim życiu?

Magdalena Parys: – Dziadek Antoni. Myślę o nim każdego dnia, rozmawiam z nim, mimo że nie żyje... Noszę przy sobie figurkę św. Antoniego.

Dlaczego?

– Mama podarowała mi pierwszą zaraz po śmierci dziadka, gdy miałam 12 lat. Św. Antoni jest patronem rodziny, nie tylko rzeczy zagubionych. Niechętnie chodziłam wtedy do kościoła, ale kupowałam kolejne figurki, namiastki ukochanego dziadka. Chodziło też o tradycję.

Jaką?

– Dziadek był wielką tajemnicą. Dużo opowiadał o życiu, ale nie wiadomo, czy szczerze. Wiem, że jego rodzina pochodziła z okolic Białegostoku, ale korzenie miała warszawskie. W czasie rewolucji październikowej musieli uciekać na wschód. Tam prababcia Aniela poznała pana Arcimowicza, a dziadek Antoni był owocem ich krótkiej miłości. Arcimowicz zginął najprawdopodobniej podczas rewolucji bolszewickiej, a prababcia wróciła do Białegostoku. Chłopcu nadała swoje panieńskie nazwisko.

Walczył w kampanii wrześniowej, ranny trafił do stalagu, gdzie przed śmiercią uratował go lekarz. Miał podobno zwrócić uwagę na jego wyjątkowo aryjskie rysy i świetną znajomość niemieckiego. Mój tata uważa, że za wszystkim stał św. Antoni, którego poszczerbioną figurkę dziadek przez całe życie nosił przy sobie. Stąd ta tradycja – teraz ja ją noszę.

Po wypuszczeniu z obozu dziadek był dozorcą w niemieckim sadzie pod Warszawą. Tam z okoliczną dziewczyną stracił dziewictwo. Później miał się okazać wielkim łamaczem kobiecych serc.

Przyszłą żonę, babcię Józefę, poznał u niej na prywatkach. Nie wiedział, że były przykrywką Armii Krajowej, z którą współpracowała.

Po wojnie ruszyli z dwójką dzieci do Gdańska. Miał maturę, dostał pracę w wojsku i mieszkanie. Był lubiany i szanowany – jako instruktor bhp, urzędnik w piekarni, organizator zakładowych imprez sportowych.

Mieszkali w poniemieckim domku we Wrzeszczu, klepali biedę. Pisywali wiersze. Dziadek powtarzał, że gdy spotyka się dwoje romantyków, musi być niezwykle ciężko.

W Akademii Opowieści: Przyjaźń na mały palec. O niej opowiada film "Fale" Grzegorza Zaricznego

Pierwsze wspomnienie z nim związane?

– Przenieśliśmy się do Szczecina, gdzie tata dostał nową pracę. Rodzice byli jeszcze razem, później mama zostawiła tatę dla innego mężczyzny. Obrzucałam tam dziadka kasztanami. Strasznie mi się nudziło, bo – jak zwykle – byłam chora. Powracające anginy, sepsa, zapalenie opon mózgowych. Albo stałam w drzwiach wielkiego pokoju, dziadek leżał na werandzie, a jego głowa była koszem, do którego chciałam trafić piłką. Głupia zabawa, a on nic nie powiedział.

Mógłby przylać?

– Nigdy nie widziałam go wściekłego. Nie podniósłby ręki na swojego syna czy na mnie. Przez 10 lat byłam jedynym dzieckiem w rodzinie, żadnej kuzynki, ciotecznego brata. Niczego mi nie brakowało, ale czułam się samotna. Wszystko, co moje, zostało w Gdańsku. Po latach zrozumiałam, że tak czuła się moja mama – wyobcowana, oderwana od korzeni, nieszczęśliwa. Aż znalazła nową miłość.

W Akademii Opowieści: Byłeś moimi plecami. Gdyby nie ty, wróciłbym z Afganistanu w trumnie

Rodzice się rozwiedli, ale więzy rodzinne nie zostały przerwane?

– Rodzice się rozstali, ale dziadkowie – z obu moich rodzin – bardzo się do siebie zbliżyli. Dziadek przesiadywał w mieszkaniu rodziców mojej mamy, zaprzyjaźnił się z babcią Jasią. Spędzali ze sobą tak dużo czasu, że byłam przekonana, że się jej oświadczy. Antoni – do śmierci – zastąpił mi na odległość ojca, z którym straciłam kontakt.

Jeździłam często do Gdańska, czekał wtedy w mieszkaniu babci Jasi. Gdy raz się spóźnił, dał mi małpkę, najbrzydszą przytulankę na świecie. Kupił chwilę wcześniej w kiosku. Biegł do tramwaju i wpadł do kałuży, a dodatkowo ochlapał go przejeżdżający żuk. Pobrudzona małpka stała się moją najważniejszą zabawką. Po jego śmierci z mamą, ojczymem i malutkim bratem wyjechałam na stałe do Berlina Zachodniego i ją zabrałam. Jeszcze kilka książek i listy od dziadka. Gdy po latach mama wyrzuciła małpkę do kosza, zrobiłam jej awanturę.

Widzę go pochylonego nad stołem we Wrzeszczu. Zawsze coś dla mnie malował, przedstawiał mi świat obrazami. Kiedy wymarzyłam sobie lalkę, a jego akurat nie było na nią stać, narysował mi ją.

Tłumaczył mi zasady piłki nożnej. Uczył mnie „Kto ty jesteś? Polak mały”, dawał mi lekcje patriotyzmu w najlepszym wydaniu.

Tylko z nim mogłam porozmawiać o książkach, które znalazłam w domu babci Jasi, także o tych, które mama zapomniała oddać do biblioteki. Z nudy po nie sięgałam i odkryłam inny świat: Dostojewskiego, Tołstoja, albo dwoistość ludzkiej natury po lekturze „Dr Jekyll i pan Hyde”. W mojej 10-letniej głowie pojawiały się setki pytań, na które tylko dziadek starał się znaleźć odpowiedź.

Nauczył mnie solidności i rzetelności. Mówił: „Żeby zbudować dom, musisz stworzyć silny fundament”.

Magdalena Parys: Wszędzie gdzie jest o przekraczaniu granic, jest też o mnie

Wprowadziłaś to w życie?

– Ale dopiero niedawno zdałam sobie z tego sprawę. Zaczęłam pisać późno, zadebiutowałam jako 40-latka. Musiałam nabrać doświadczenia i dystansu, zdobyć wiedzę. To był ten fundament, o którym mówił dziadek.

„Tunel”, moją pierwszą powieść o podzielonym murem Berlinie, mogłam napisać, gdy przetrawiłam doświadczenia z przeszłości: lęk na widok wschodnioniemieckich żołnierzy przy murze berlińskim, zabawę z amerykańskimi żołnierzami na jednej z zachodnioberlińskich dyskotek. Jako 20-30-latka nie miałam jeszcze odpowiedniego zasobu słów.

Myślę o tym, gdy oglądam w telewizji rozmowy polityków. Razi mnie to, że kłamią i są głupi. Tacy ludzie mają odwagę rządzić krajem? Bez jakiegokolwiek fundamentu?

Posłuchałaś dziadka w życiu prywatnym?

– Próbowałam, ale chyba powtórzyłam błędy rodziców. Podobnie jak oni zbyt szybko wyszłam za mąż. Miałam niespełna 23 lata, co w ówczesnym Berlinie Zachodnim było ewenementem. Robiłam, co chciałam, nie słuchałam ich. Byłam już tak tym zmęczona, że uciekłam w małżeństwo, myśląc, że to jest przystań.

Do tego czasu zdążyłam założyć firmę, bo chciałam udowodnić sobie i innym, że umiem rozkręcić duży biznes. Rzuciłam studia w Berlinie, przyjechałam do Polski, zamieszkałam w Gdańsku. Związałam się na jakiś czas z Amwayem. W ciągu kilku miesięcy stałam się liderką dużej grupy. Kupiłam samochód i mieszkanie – tak jak założyłam. Kiedy udowodniłam sobie, że jestem lepsza od rodziców, którzy wykonywali to samo w Niemczech, zachciało mi się zmiany. Zostałam trenerką fitness, bo nic lepszego nie przyszło mi wtedy do głowy. A gdy i to się znudziło, postanowiłam się zakochać. I ku własnemu zaskoczeniu spotkałam miłość mojego życia. Ale był o wiele starszy ode mnie, miał żonę i dziecko. Rozbiłam małżeństwo – odebrałam komuś dom tylko dlatego, że miałam na to ochotę. Zachcianka, zabawa, przez którą ktoś stracił męża, ojca.

Dlatego uznałam, że najlepszym rozwiązaniem będzie małżeństwo i powrót do Berlina na studia.

W Akademii Opowieści: Jak pisać? Magdalena Parys: Konspekt, szczerość, koncentracja

Uciekłaś przed wyrzutami sumienia? Wygodnie.

– Bardzo.

Dziadek nie byłby dumny.

– Ale pamiętam, że akceptował i kochał mnie bezwarunkowo. To mi dawało siłę, gdy się potykałam. Ściskałam mocno figurkę św. Antoniego, prosiłam go o pomoc i wierzyłam, że mnie wspiera.

Zawsze traktował mnie jak osobę dorosłą i tak ze mną rozmawiał. Nie używał zdrobnień, operował wspaniałą polszczyzną, słowami, które mi imponowały. Sprawdzałam później w słowniku, co oznaczają.

Nauczył mnie też kochać Niemcy. Najważniejszymi w jego życiu byli Schiller i Goethe. Zauroczył go też Wagner, dziś tak jednoznacznie kojarzony z nazistami, którzy wykorzystywali jego muzykę do swoich obrzydliwych propagandowych celów.

Antoni zdążył pokochać ten kraj przed II wojną światową, dlatego nie stawiał wszystkich Niemców w jednym szeregu. Nienawidził tylko Rosjan, zapewne dlatego, że rewolucja odebrała mu ojca. Zawsze też powtarzał, że Stalin był większym zbrodniarzem od Hitlera. Dziadek był bardzo tolerancyjny, ale niektórych krzywd, niestety, nie umiał wybaczyć.

Nauczył cię tolerancji?

– Nie mówił, że mam innych kochać, być dobra, ale pokazywał, jak to robić. Przychodził do domu, który wielu uznałoby za wrogi, do rodziny synowej, która zostawiła swojego męża dla innego mężczyzny.

Podobno dzieci z rozbitych małżeństw najbardziej potrzebują harmonii, a nie udawanej miłości. Dziadek był tego najlepszym przykładem. Nigdy nie powiedział, że kogoś nienawidzi, nie obgadywał, dla każdego miał czas, szacunek. To mi imponowało. Dziś wypowiadam się o innych po zrozumieniu motywów, sytuacji, w której się znaleźli.

Został w Gdańsku i zmarł, gdy miałaś 12 lat. Nie mieliście dla siebie w życiu zbyt wiele czasu.

– Dziadek Antoni zawsze mówił: „Przeżywaj ból krótko, ale intensywnie”. Sam był królem życia. Podobało mi się to.

Miałaś świadomość tego, że odchodzi?

– W szpitalu, gdy minęłam jego łóżko, bo go nie rozpoznałam. Usłyszałam takie ciche, słabe: „Madziu...”.

Był zmieniony przez chorobę, wychudzony, wyglądał jak obcy starzec, a moja rodzina chciała uchronić mnie przed cierpieniem. Wiedzieli, że zrobię wszystko, by przyjechać z Berlina na pogrzeb. Dlatego nie zdążyłam się z nim pożegnać, a przecież to dla każdego bardzo ważne. To stanięcie nad grobem, namacalność śmierci najbliższego człowieka.

Czego nie zdążyłaś powiedzieć?

– (długa cisza) Że go kocham. Wyznanie miłości wydawało mi się wtedy oznaką jakiejś słabości. A ja chciałam być twarda i nie okazywać uczuć.

Dziś, gdybym mogła, chciałabym go przeprosić za to, że rzucałam w niego tymi kasztanami.

W „Białej Rice”, twojej ostatniej książce, bardzo mocno inspirowanej skomplikowaną historią rodzinną, wszystkie postacie mają fałszywe imiona. Tylko dziadek Antoni ma własne.

– Musiałam zostawić go takim, jakim był. Najprawdziwszym.

Ciekawe, że dopiero po ukazaniu się tej książki obie moje rodziny zdecydowały się wyjaśnić wiele tajemnic z przeszłości, rozmawiać o tym. Tata pojechał do mieszkania, gdzie spodziewał się odnaleźć rzeczy, które należały do dziadka. Znalazł jego farbki, a także notes, który należał do jego mamy. Przywiózł mi to do Berlina, bez słowa położył na stole.

Na moich dzieciach zrobiło to tak ogromne wrażenie, że zapytały, czy w ogóle mogą dotknąć tych przedmiotów. Wcześniej o nim specjalnie z nimi nie rozmawiałam.

Jak zaczęłabyś swoje opowiadanie o dziadku?

– „Wszyscy myślą, że umarłem. Ale ja jestem”.

KONKURS Z NAGRODAMI: Kim jest najważniejszy człowiek w twoim życiu

Stałeś się dzięki niemu lepszy, mądrzejszy, bardziej wartościowy. Kim on jest, co dla ciebie znaczy?

Opowiedz nam o nim, razem napiszmy jego historię. W konkursie szukamy opowieści, które nas uwiodą. Planujemy pomoc redaktorów i reporterów „Dużego Formatu” w przygotowaniu tekstów do druku na naszych łamach. Może to właśnie twój bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. I znajdzie swoje miejsce w historii. Daj mu szansę, zasługuje na to.

Aby pomóc w pracy nad waszymi opowieściami, wyruszamy w Polskę, by uczyć pisania. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o jakich milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych. Nasi dziennikarze Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii i poświęcą waszym opowieściom dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans.

Serwis: AKADEMIA OPOWIEŚCI

Prace do 8 tys. znaków przyjmujemy do 30 marca 2017 r. I nagroda będzie miała wartość 5 tys. zł, II – 3 tys. zł, III – 2 tys. zł