O co chodzi w Akademii Opowieści? Opowiedzcie nam o najważniejszym człowieku w waszym życiu. Wasze prace będziemy przyjmować od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku [WIĘCEJ]

* Wypełnij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z REGULAMINEM

Miał dwie godziny po wylądowaniu, żeby zostawić graty w domu i dotrzeć na dworzec kolejowy, a z niego udać się do Kattowitz. Dziś wypadały urodziny Kasi, jego chrześniaczki. Kasia skończy szesnaście lat, oficjalnie wieczorem podczas sylwestrowej kolacji, ale ona sama chyba nie zdawała sobie sprawy z upływu czasu. Była miła i ufna. Ciotka Helena dla odmiany, jej matka, była kobietą po tak zwanych przejściach, w związku z czym starała się nie pokładać żadnej nadziei w innych – dzięki takiej postawie inni często pozytywnie zaskakiwali.

Najpierw nieudane małżeństwo – Zbyszek był pewien, że następujące po nieudanym narzeczeństwie – z mężczyzną giętkim i smukłym jak łasica, który okazał się kryminalistą, którym był już wcześniej, choć nikt o tym nie wiedział z wyjątkiem wspólników i jego przyjaciół, o ile tacy w ogóle mu się napatoczyli.

Potem rozwód i małżeństwo z zamożnym wdowcem, zakończone wdowieństwem. Jej drugi mąż zmarł na sedesie, gdy piękna Helena wyjechała na wakacje, do Sopotë, sam na sam ze swoim okazałym biustem.

Gdy wróciła do Kattowitz, równie nietknięta jak przed wyjazdem, zdziwiona tym, że mąż nie odbierał telefonów, i weszła do mieszkania, otwarłszy wcześniej siedem zamków, pohukując: Kochanie, jestem już, nie znalazła ani śladu małżonka.

W kuchni zastarzała filiżanka z niedopitą kawą, w salonie porozwalane gazety, jakby ktoś nieusatysfakcjonowany wiadomościami wybebeszył papiery, doszukując się prawdy. Zachciało jej się sikać, skierowała swe szpilki do łazienki, w której drzwi nie chciały się otworzyć. Przez sporawą szparę wsadziła głowę i zajrzała do środka.

W pierwszym momencie ujrzała podniesioną klapę muszli sedesowej, a w drugim – gdy jej wzrok zstąpił ku terakocie – małżonka w pozycji embrionalnej, na lewym boku, ze spodniami zaplątanymi wokół kostek i pojedynczym papuciem na stopie (drugi tkwił przy sedesie).

Zamarła w zdumieniu i pewnie z tego powodu udało jej się pokonać warstwę Chanel N° 5 oddzielającą ją od świata i bezrobocia – poczuła smród, duszny i dławiący, mdłosłodki jak zestarzałe napoleonki.

Rozpłakała się. Nie wiedziała potem, czy z rozpaczy, czy ze smrodu. Prawdopodobnie ze szczęścia, choć o tym nikomu nie wspominała.

Od przynajmniej dwóch lat była przygotowana na wdowieństwo. Odkąd usłyszała o szmerach w sercu, co ciekawe – własnym.

I wreszcie przyszło, przyszło, choć odwrotnie, niż sobie wyroiła, bo nie na Staszka.

Otarłszy łzy, zabrała się do pracy. Przeciągnęła ciało na korytarz. Wilgotną ściereczką starła z jego pośladków brunatnawe ślady, a potem psiknęła między martwe pośladki odświeżaczem powietrza. Chusteczkę wrzuciła do sedesu, oczko wodne nabrało czerwonej barwy. Czyżby przed śmiercią jadł buraki? Spuściła wodę. Trzykrotnie. I polała wszystko ajaxem.

Wróciła do małżonka. Eksmałżonka. Spróbowała go rozprostować, bez sukcesu. Zesztywniał jakoś, za późno. Wciągnęła go na poprzednie miejsce. Zawsze miała skłonność do zbędnych czynności. I zadzwoniła na policję.

A dwa lata później urodziła się Kasia, dziecko z jej pierwszego męża. Uwinął się jakoś pomiędzy odsiadkami, zadekował się w jej mieszkaniu. Nie schronił się na długo, też zadzwoniła na policję i też podała adres, gdy tylko jej pierwszy przysnął, tym razem jednak zadzwoniła anonimowo. Policja zwlekała, dlatego pierwszy zdążył jej i w niej zrobić Kasię.

Drugi mąż zostawił fortunę tak poobciążaną i zawiłą, iż skurczyła się do mieszkania, daczy na Mazurach i balansującej na granicy bankructwa hurtowni artykułów papierniczych. Kurczenie się postępowało – została z M3 w bloku na krańcu świata, tuż nad przepaścią.

Kawalerkę odziedziczył pięć lat temu po ciotce. Ciotka pracowała w rozlewni wódki albo w gorzelni, nie pamiętał funkcji tego zakładu. Przyszedł kapitalizm, ciotka przeszła na wcześniejszą emeryturę. Zakład upadł, co dziwi, popyt na wódkę bowiem nie wysechł – bez wódki nie udałoby się przetrzymać transformacji, nie na trzeźwo. Ciotka nienawidziła odoru alkoholu. Nigdy nie miała chłopaka, męża ani nieślubnego dziecka. Wiktor naprawdę się z nią zaprzyjaźnił. Ciotka po prostu sprawiała wrażenie bardzo podobnej do niego.

Przyszedł kapitalizm, a z nim harlequiny. Ciotka kupowała je i czytała nałogowo. Za punkt honoru postawiła sobie kupienie (i przeczytanie) wszystkich, jakie się ukazywały. Emerytura nie należała do wysokich przed rewaloryzacjami (po nich zresztą też nie), ciotka jednak wolała odjąć sobie od ust – dosłownie: zamiast szynki tylko mortadela albo topiony, tylko z nazwy, serek – niż zrezygnować z lektury.

Ciotka i Wiktor spędzali wspólnie tak wiele czasu, jak to było możliwe bez wywoływania pytań rodziny. Oglądali telewizję, spacerowali, przede wszystkim jednak rozmawiali o książkach, o napisanych w nich miłościach i o tym, jakie to nieziszczalne, jakie krótkie i jak nieudolnie przełożone, a jednak – ludzie się w tych opowieściach spotykali.

Szczególny rodzaj więzi między ciotką a Wiktorem nie brał się wyłącznie z rozmów. Łączyło ich nade wszystko to, co w słowach mogłoby się jedynie zgubić lub zabrudzić niepotrzebną jednoznacznością.

Wiktor zastanawiał się, czym to było. Chyba zdolnością do cieszenia się tym, co się dostało albo na co zapracowało. Jego matka powiedziałaby pewnie: Brak ambicji. Niechęć do dużego. Nie lubili wielkich zdarzeń, samochodów, uniesień, apartamentów, wojen. Urodzili się nie na bohaterów, tylko do telenoweli, i mieli odwagę – czy to była rzeczywiście odwaga? – do tego się przyznać. Mieli też odwagę – jeśli to była odwaga – nie ulegać naciskom ze strony otoczenia. Odwagę połowiczną, kończącą się kompromisem: nie zrobili tego, czego od nich oczekiwano, ale też nie zrobili tego, o czym marzyli.

Ciotka zmarła pięć lat temu, gdy Wiktor oddawał się idiotycznym podróżom po kontynentach, na które nie dociągnięto prądu, na nowotwór. Nowotwór uwinął się z nią w trzy tygodnie. Matka mu opowiedziała.

Kasia od narodzin zachowywała się inaczej niż większość dzieci. Była jakaś taka, Helena nie wiedziała, w jaki sposób to nazwać, przesunięta, nieobecna. No i te spiczaste uszka, jak z bajki o elfach. Z trudem opanowywała podstawowe umiejętności: jedzenie wydawało się zbyt skomplikowane, a utrzymywanie równowagi wręcz niemożliwe. I ta twarz – w ogóle nie przypominała łasicowego ojca, co akurat Helenę cieszyło. Wydatne usta, szerokie czoło, pucułowate policzki, zadarty nosek, ogromne oczy z dziwaczną tęczówką. Patrzyła dziwnie, nie zauważała bliskich przedmiotów. Zabawki znikały w jej rękach, a stawały się na powrót sobą, dopiero gdy Helena odkładała je na półkę.

Prezent noworoczny przybył uszkodzony – tego była pewna.

Helena pokochała córkę, swoje baśniowe stworzonko, ale równocześnie palił ją wstyd przed rodziną i sąsiadami. Bała się, że pomyślą, iż to ona zrobiła coś złego i została za to ukarana Kasią. Bała się także, że świat zewnętrzny nie zrozumie czarownej odmienności jej córci i wyrządzi jej krzywdę. Dlatego – ze świadomością przechodzącą w nieświadomość konsekwencji – izolowała swoje najdroższe dziecko od kontaktów ze światem zewnętrznym. Dlatego między innymi zmieniły mieszkanie.

Kasia niezwykle silnie reagowała na dźwięki. Woda lejąca się do wanny zmuszała ją do zasłonięcia uszu, a czyjś krzyk potrafił przyprawić o atak paniki.

Kasia była spragniona kontaktu z drugą istotą, która nie byłaby matką albo kotem Belzebubem – tłustym, rozwydrzonym cichochodem, którego jedyną zaletą była niezdolność do miauczenia czy prychania.

Z głodu drugiego człowieka zamęczała każdą ciotkę i każdego wujka, gdy tylko nadarzyła się ku temu sposobność.

Z tego też głodu Kasia najbardziej kochała dzień swoich urodzin, chociaż równocześnie najbardziej się go bała: w głowie wybuchały race, sztuczne ognie i petardy, a oczy ślepły od huku. Ale to później, bo wcześniej przy wielkim stole zasiadali członkowie rodziny, głównie tej dalszej i – z oczywistych względów – nie ze strony biologicznego ojca. Rozmawiali cicho i dawali dużo prezentów. Nawet szeleszczący papier, w który je opakowano, nie ranił tak bardzo słuchu Kasi.

Ciotki wydawały się jednakowe, zwłaszcza z bliska – rozmywały się w plamy i biżuterię, nieco wyostrzone nowymi szkłami. Z wujków najbardziej kochała wujka Zbyszka. Nosił piękne, długie i ciemne włosy, zupełnie jak ciotki, ale miał też brodę jak wujkowie. Wujek Zbyszek nie tylko był ulubiony, on był również inny albo dlatego właśnie był ulubiony, bo inny. Kasia wyczuwała tę inność, choć nie potrafiłaby jej nazwać. Wujek po prostu był. doskonalszy. Był bardziej człowiekiem niż ciotki i wujowie. On posiadał. więcej. Więcej czego, kochanie?, zapytała matka. Kasia zamyśliła się, otwierając szeroko buzię. Helena rozczulała się, patrząc na drobne, szeroko rozstawione ząbki, dziecięce i słabe. Nie wiem, mamusiu. Do wujka Zbyszka pasuje więcej słów niż do innych wujków.

Aha – odparła jej mama – chcesz powiedzieć, że Zbyszek ma więcej cech?

Kasia zacisnęła usta i się rozpłakała: Nie. Wcale nie chcę tak powiedzieć. „Cecha” to niedobre słowo, ono kaleczy jak pazury Belzebuba.

Dwuklatkowy, dwupiętrowy blok stojący pośrodku niczego, ni to łąki, ni to zarośli, ani w mieście i nie na wsi. Pozostałość ambitnego planu wybudowania osiedla pracowniczego dla zatrudnionych w rozlewni wódki lub gorzelni, nigdy nie pamiętał. Z osiedla ostały się nici: ten jeden jedyny mały blok oraz cztery wykopy, zakrzaczone i zawalone śmieciami, w których miały wyrosnąć kolejne bloki, a wyrosły dzikie śmietniki. Mieszkały tu kobiety zużyte i spracowane, mężczyźni bez wyjątku pijący. A ich potomstwo uciekło w świat, choćby autobusem do Amsterdamu czy samolotem do Londynu, zawsze jednak bez biletu powrotnego. Dziecko ostało się jedno, dziewczynka-cudaczka z samotną matką. Sąsiedzi wołali ją piękna Helena, ta jednak dla odmiany nie wywołała żadnej wojny.

Nie przeszkadzało mu, że większość pije od rana, a w weekendy także na umór. Na klatce zawsze było czysto, żadnych wymiocin i puszek, zamiast nich kaktusy i pelargonie w doniczkach. No i liche firaneczki w oknach. Sąsiadki zmobilizowały się i własnym sumptem obdarowały blok i jego mieszkańców firankami. Firanki, czyli dom, swojskość, porządek —przypuszczalnie taką drogą biegły skojarzenia, biegły, aż zatrzymały się na szybach.

U niego w bloku piło się na cicho, żadnych krzyków, z rzadka podniesiony głos albo głośny śmiech. Nie wiedział, z czego tak sąsiedzi się zaśmiewają. Wyobrażał sobie, że śmieją się z tego, że mają nic, a wszystko w dupie. Dach nad głową był, renty, emerytury i zapomogi starczały do wiązania końca z końcem, a przecież czasem dawało się dorobić na czarno w szarej strefie.

Cały blok złożył się na wieniec i pomaszerował na pogrzeb ciotki. Nikt nie płakał, bo przecież na tym polega życie. Matka mu opowiadała. Na czym polega życie, mamo?, zapytał, ponieważ nie zrozumiał. Na śmierci, odpowiedziała. Często obracał w głowie myśl, że mieszka w anomalii, wypłukanej z koloru i dwupiętrowej, absurdalnej i dopiero niedawno włączonej w granice administracyjne miasta. Lubił swoich sąsiadów, zawsze grzeczni i z dzień dobry. A najbardziej lubił dziewczynkę z mieszkania na górze. Bo nie pasowała, tak jak on.

Schodzili się już goście na przyjęcie urodzinowe. Nikt w jej wieku, nikt jej wzrostu. Bała się, że niedługo skończą się liczby. Umiała liczyć do dziesięciu, a już teraz doszła do siódemki. Co będzie, gdy przekroczy dziesiątkę? Czy będzie musiała odjąć mamę albo siebie, żeby zrobić miejsce nowo przybyłym? A jeśli odejmie mamę albo siebie, to czy one będą musiały wyjść z przyjęcia? Znikną tylko z salonu, czy już w ogóle i nigdzie nigdy ich nie będzie? Myśl o tym, że mamy mogłoby nie być, sprawiła, iż do oczu nabiegły jej łzy. Chciała je powstrzymać, ale się nie słuchały, identyko jak kot Belzebub, też się nie słucha. Przyszła kolejna osoba, numer osiem. Matka nazywała ją ciotką Ażaks. Co to jest Ażaks, mamusiu?, zapytała kiedyś matkę. To środek czyszczący, odpowiedziała automatycznie Helena, przekładając sterty faktur z hurtowni na kuchennym stole w poprzednim mieszkaniu. Czy to znaczy, że ciocia jest do czyszczenia? Helena dopiero teraz spojrzała znad papierów na córkę. I zaczęła się śmiać tak głośno, że Kasia musiała osłonić uszy: A to mi do głowy nie przyszło. Ale tak, ciotka ma zapach środka czyszczącego.

Wyciągnął się na wersalce. Przez pięć lat zmienił niewiele. Ciotczyne ubrania przekazał matce, aby rozdysponowała je wedle uznania, do piwnicy zniósł pamiątki z pracowniczych wakacji: te muszelki, plastikowe kule ze sztucznym śniegiem i drewniane rękodzielnicze koszmarki z gór, zdjął też tanią ikonę i reprodukcję obrazu przedstawiającego Afrodytę wynurzającą się z morza. Nie chciał, żeby ktoś na niego patrzył, gdy wreszcie jest sam u siebie.

Wyrzucił telewizor, dokupił biurko i krzesło. Nie chciał pozbywać się harlequinów, ale przyrastająca liczba książek zmuszała go do stopniowego wynoszenia papierowego spadku do piwnicy, mimo to nawet teraz na półkach stało wieledziesiąt książeczek, najczęściej w drugim rzędzie. Bawiło go to niezmiernie – wielka literatura na wierzchu, Bernhard i Jelinek, żeby nie wychodzić poza Ostrię, a pod nią skłamane szczęśliwe zakończenia.

Usłyszał krzyk i wyszedł na klatkę, a później przed blok.

Kasia odwróciła się plecami do usadzonych przy stole gości i pobiegła do swego pokoju. Rzuciła się na łóżko, wtulając się w ukochaną maskotkę, wielką Pandę Papę. I prosiła Pandę Papę, żeby już nikt więcej nie przychodził, tylko wujek Zbyszek. Tylko on jeden. Bo się skończą zaraz liczby. Wielką tajemnicą było to, że wszystkie sekrety powierzała Pandzie Papie i ją właśnie prosiła o to wszystko, o co nie śmiała prosić mamy. Od ciotki Eleny usłyszała, że jest jakiś dobry Bóg, lecz gdy matkę o dobrego Niego zapytała, ta odrzekła: Gdyby dobry Bóg był, to nie byłoby ciebie. Myśl ta dręczyła Kasię przez wiele dni, aż w łazience, gdzie w wannie wypełnionej wodą robiła swoim lalkom Barbie Ibizę, wykorzystując odwróconą do góry dnem plastikową miskę jako plażę albo jacht, Kasia wpadła na rozwiązanie zagadki. Poczuła krystaliczną pewność, że ona sama jest, i związaną z tym logiczną pewność, że Boga nie ma. Mama jej nigdy nie okłamała. A ponieważ Panda Papa również była mocno, jej pluszowe istnienie nie budziło wątpliwości, to do niej właśnie zanosiła swoje prośby.

Usłyszała, że drzwi do pokoju się uchylają, a w nich pojawia się kudłata głowa, hurra!!!, wujka Zbyszka. Rzuciła mu się w ramiona (w myślach dziękując Pandzie Papie).

– Ależ urosłaś!

– Tak! Mam już metr trzydzieści i trochę więcej!

– Zuch dziewczyna!

Wujek podał jej prezent, białe pudełko jak od butów, nieopakowane w szeleszczący, zły papier. Kasia wyjęła z niego coś jakby słuchawki.

– Co to?

– Tego używają ludzie pracujący w hałasie. Żeby nie słyszeć.

Kasia obracała przedmiot w dłoniach.

– Załóż, a mój głos zniknie.

Pomógł swojej córce chrzestnej z nausznikami, cały czas mówiąc jakieś nieistotne rzeczy, aby zorientowała się, że dźwięk zanika. Mówił dalej, a Kasia raz zdejmowała, raz zakładała prezent. Po iluś razach uśmiechnęła się szeroko:

– Teraz będę mogła krzyczeć, a świat będzie mógł sobie strzelać. I to nie będzie bolało. Kocham cię, wujku!

Wrócili do salonu. Zbyszek zdryfował w stronę rodziców i ciotki Heleny. Gładkie zdania, grzeczności i uprzejmości. Wypolerowane na błysk anegdoty. Typowa w jego rodzinie sylwestrowa kolacja Kasiowa. Nie chciał przed sobą przyznać, że lubił te spotkania. Wolał udawać, że robi to wyłącznie dla Kasi.

Zbyszek uwielbiał Kasię. Wcale nie wydawała mu się upośledzona, lecz prostsza, czystsza, niezanieczyszczona. Utracona niewinność. Może i zatrzymała się w rozwoju, rzecz jednak w tym, że inni rozwijają się po to, żeby osiągnąć stan niewinności i szczerości, w którym Kasia trwała.

Nagle dziewczynka zaczęła piskliwie krzyczeć. Wszyscy spojrzeli na nią przerażeni. Kasia się śmiała. Zdjęła ochraniacze z uszu.

– To działa – oznajmiła, po czym założyła na oczach zbaraniałych dorosłych ochraniacze i znowu zaczęła krzyczeć.

Zbyszek się roześmiał jako jedyny, nie licząc Kasi, która śmiała się, krzycząc.

On też chciał krzyczeć. Razem z nią, zamiast tego powiedział, że wychodzi na papierosa.

Wiktor nie zauważył niczego podejrzanego, żadnych półzwłok, tylko zwyczajową półpustkę kończącego się roku z zapowiedzią nowego. Strzelały już pierwsze fajerwerki. Zapomniał papierosów. Musiał wrócić do mieszkania. W drzwiach niemal zderzył się z nieznajomym. Nie zapamiętał, kto rozpoczął rozmowę. Wziął od niego papierosa. Już nie był nieznajomy. Nazywał się Zbyszek i przyjechał do dziewczynki. Wiktor Zbyszek, razem wuzetka, powiedział nowo poznany. Jak niewiarygodnie przecinają się ludzkie ścieżki, a czasem na przecięciu ktoś buduje dom.

*Ignacy Karpowicz – pisarz, czterokrotny finalista nagrody Nike (za powieści „Gesty”, „Balladyny i romanse”, „ości” oraz „Sońka”). Tłumaczenia „Gestów”, a potem „ości” i „Sońki” ukażą się wkrótce w USA

AKADEMIA OPOWIEŚCI. KONKURS Z NAGRODAMI

Najważniejszy człowiek w moim życiu” to temat Akademii Opowieści, do której zapraszamy naszych czytelników. Szukamy opowieści, które nas uwiodą. Planujemy pomoc redaktorów i reporterów „Dużego Formatu” w przygotowaniu tekstów do druku na naszych łamach. Może to właśnie wasz bohater będzie tak interesujący, że pozna go cała Polska. I znajdzie swoje miejsce w historii. Dajcie mu szansę, zasługuje na to.

By pomóc w pracy nad waszymi opowieściami, wyruszamy w Polskę, by uczyć pisania. Chcemy bohaterów pełnych życia, z krwi i kości. Takich, o jakich milczą podręczniki, a przecież dla was najważniejszych. Nasi dziennikarze Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii i poświęcą waszym opowieściom dużo więcej czasu niż akademicki kwadrans.

Do Akademii będziemy powracać w „Dużym Formacie”, a szczegółów i aktualnych informacji na temat Akademii szukajcie w naszym serwisie: AKADEMIA OPOWIEŚCI

Prace będziemy przyjmować od 12 stycznia do 30 marca 2017 r.