* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem konkursu

Akademia OpowieściAkademia Opowieści Akademia Opowieści

Nie jest sam, zawsze: ja i on. Lubiliśmy uciekać na małych dystansach. Grupa za nami, my przodem, o te dwadzieścia kroków, o zasięg głosu, żeby pogadać. Czasem obgadać pozostawionych z tyłu, to zupełnie jasne. Podziwić się, poplotkować. Zacząć od środka, od miejsca porzuconego poprzednim razem, ponieważ nas dogonili i musieliśmy zmieniać temat, albo padało za mocno, żeby ignorować brak nieprzemakalnego kaptura. Mieliśmy szybkość w genach. Nie, nie uprawialiśmy - ani on, ani ja - żadnego sportu, śmieszył nas "jogging". Właściwie trudno wymyślić taki sport, który mógłby nas wciągnąć. Mieliśmy kruche ciała i delikatne dusze - konfrontacja z kimkolwiek i czymkolwiek zostawiałaby na nas nieusuwalne ślady. A sport to zawsze gra z kimś, z czymś, o coś. Tylko chodziliśmy, pokonując reumatyzmy, przykurcze, skrzywienia, niemoce. Oboje pracowaliśmy w podobnej postawie: na siedząco, schyleni, z wysilonym wzrokiem, w samotności, odrywając się od obiektu zainteresowania ku interesantom, gdy było trzeba. Byliśmy jedynakami i każde z nas miało matkę. Nasze matki mieszkały razem, więc wychodziliśmy do kuchni, żeby o nich pogadać. Pijaliśmy na stojąco wódkę, przechylając kryształowe kieliszki lustrzanym ruchem. Gdyby ktoś podpatrzył nas w takiej chwili, zobaczyłby, że mamy tak samo zbudowane dłonie, wykrzywiamy się podobnie i miarowo przyspiesza nam mowa po procentach.

Podczas ucieczek nie omawialiśmy żadnych spraw istotnych dla ludzkości. Oddychaliśmy. Lubiliśmy świat. Nie obchodziła nas planeta, polityka, moralność, kultura, raczej ich strzępki i nietypowe miejsca. Nie udawaliśmy mądrali, czerpaliśmy wiedzę o rzeczywistości z nasłuchu ludzi, radia i telewizora. Komentowaliśmy celne riposty ulubionych dziennikarzy, życiowe perypetie sąsiadek. Byliśmy jak tabloidy i paparazzi - tyle że nie dbaliśmy o sprzedaż. Szliśmy sobie coraz szybciej, żeby dać napęd jednemu zdaniu, niemożliwemu do powiedzenia nikomu innemu: małżonkom (bo on miał żonę, a ja męża), kochankom (jeśli takich mieliśmy, co pozostawało nieruszanym sekretem), przyjaciołom i przyjaciółkom (którzy cieszyli się naszą życzliwą uwagą), nauczycielom (on się douczał w czasie, gdy ja zaczynałam liceum). Lubiliśmy chłodniejszą porę, zimę i jesień, ewentualnie wiosnę. Dziwne, jeśli weźmiemy pod uwagę, że oboje mieliśmy niskie ciśnienie i marzliśmy jak psy, które kochaliśmy najbardziej ze wszystkich zwierząt, nie licząc ptaków, ale czy ptaki to zwierzęta? Takie małe i niegłaskliwe, chyba raczej należą do pejzażu. Poza tym, że kochaliśmy psy, baliśmy się ich panicznie, chociaż on udawał, że nie i czasem mnie przed jakimś ujadającym kundlem zasłaniał.

Naśladował męskie postawy, co traktowałam pobłażliwie - wiedziało się, że jest łagodny, melancholijny i uciekł z wojska w chorobę. O chorobach też lubiliśmy zagaić, ale nie tak jak z sąsiadkami, które na wszystko miały domowe i apteczne sposoby, poza tym znały się na lekarzach. Odsłanialiśmy przed sobą nawzajem zakamarki naszych nadpsutych organizmów, żeby usprawiedliwić utykania, zadyszki, kaszelki, wylatujące plomby. Nienachalnie, bo w las, w aleję parkową, w czeluść ulicy idzie się, żeby porzucić zużytą skórę na środku drogi, popędzić sobie swobodnie, powiewając wyimaginowanym latawcem. Jak w dzieciństwie, bo każde z nas chciało być podczas tej małej ucieczki wolne jak dziecko, chociaż wcale nie tęskniliśmy za przeszłością.

Marsz rozgrzewa, może dlatego nie przepadaliśmy za latem. W słońcu zamieraliśmy jak jaszczurki, na chwilę, jasna karnacja wykluczała plażowanie-polegiwanie, którego mistrzynią była mama. Szukaliśmy cienia, zaciemnionych koronami drzew alei, biegliśmy w nie, w głąb, daleko od akwenów, gdyby akcja przebiegała w ich sąsiedztwie. Nie lubiliśmy kąpieli. On się kiedyś topił, co wyczułam podczas nielicznych lekcji pływania. Przekazywał mi swój lęk, a może nawet nie musiał, już go w sobie miałam: w genach, w skórze, w gadzim mózgu. Nie dałam się przekonać, że woda jest przyjemna, pochodziłam zdecydowanie z lądu, jak on. Wypełzanie na brzeg kojarzyło nam się z wysiłkiem, którego nie mieliśmy ochoty powtarzać. Stawialiśmy zdecydowane, duże kroki po suchym.

To się zdarzało, lecz nie było częste. Uciekaliśmy kilka razy w roku, na więcej nie było nas stać. Malutkie odbiegnięcia lub pełnowymiarowe spacery. Czy liczą się wyjścia do kuchni po herbatę? Może tak. Na tyle, ile trwa zagotowanie wody. Okazja do zdania-dwóch i riposty lub pokiwania głową. Zbieram teraz minuty, metry, słowa, żeby ulepić osobę. Nie ma w nich fabuły, jest zbiór wrażeń. Ważniejszych od pouczeń, instrukcji obsługi życia, czynów. Ojciec lubił ze mną być, tak jak ja lubiłam być z nim. We dwoje, na chwilę, na opowiastkę, która wylatywała z głowy zaraz po spacerze. Wracaliśmy żwawo, napić się czegoś ciepłego.

***

Od autorki: Opowieść nie ma jednego wzoru, chociaż istnieją podręczniki, w których przeczytacie coś innego. Autorzy instrukcji powiedzą wam, że ważny jest konkretny czas, dookreślone miejsce, wyrazista postać, wciągająca anegdota i puenta. Dobrze mieć wywołujący wspomnienia przedmiot, intrygującą fotografię. Sportretowany według tych zasad najważniejszy dla nas człowiek powinien dzielić się mądrością, dobrocią, oryginalnym przesłaniem. Tymczasem w naszej pamięci dominuje mgła, królują drobiazgi, niedookreślone wrażenia. Opisuję więc mojego "najważniejszego" niezgodnie z zasadami, ale w zgodzie z sobą. Bo nie ma jednego wzoru opowieści, każda odkrywa coś nowego.

*Prof. Inga Iwasiów - profesor literatury w Uniwersytecie Szczecińskim, poetka, pisarka, krytyczka literacka. Autorka m.in. zbioru opowiadań "Smaki i dotyki", powieści "Bambino" (nominowanej m.in. do Nagrody Nike), "Ku Słońcu", "Umarł mi. Notatnik żałoby", "W powietrzu", "Pięćdziesiątka".

NAJWAŻNIEJSZY CZŁOWIEK W MOIM ŻYCIU

Akademia Opowieści to temat Akademii Opowieści, akcji, do której "Gazeta Wyborcza" zaprasza swoich czytelników, widzów i internautów. Namawiamy do opisania najważniejszego dla Was człowieka.

Autorom opowieści, które będą podobały się nam najbardziej - zaoferujemy pomoc dziennikarzy "Dużego Formatu" w przygotowaniu tekstów do druku. Najlepsze opublikujemy.

W nowym roku nasi mistrzowie Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii do 12 miast w Polsce. Będziemy uczyć, jak dobrze opisać Waszego bohatera.

Do Akademii będziemy powracać w "Dużym Formacie", a szczegóły znaleźć można w naszym serwisie wyborcza.pl/akademiaopowiesci.

O opisanie "Najważniejszego człowieka w moim życiu" poprosiliśmy kilkoro znanych szczecinian. Ich opowieści drukujemy w świątecznym piątkowym "Magazynie Szczecińskim". Mamy nadzieję, że zainspirują Was do własnych przemyśleń i nadsyłania opowieści.

Termin nadsyłania prac: od 12 stycznia do 31 marca 2017 roku