* O co chodzi w Akademii Opowieści?

* Wyślij zgłoszenie konkursowe

* Zapoznaj się z regulaminem konkursu

Akademia OpowieściAkademia Opowieści Akademia Opowieści

Mój dziadek Michał Imiela i babcia Michalina dawno już nie żyli, nie poznałem ich. Wychowałem się w wielkim modrzewiowym domu w Wierzbniku - najstarszej dzielnicy Starachowic. W domu prowadzonym przez ciotki. Kiedyś było ich pięć. Były jeszcze Gienia i Anusia, znałem je tylko ze zdjęć i opowiadań.

Całe życie mieszkały razem, każda z nich zmarła jako panna. Dziwna to sprawa i zagadka rodzinna to staropanieństwo. Może nie były nazbyt urodziwe, ale pamiętam je jako bardzo dobrych ludzi, więc tym bardziej dziwi mnie, że panny. Stasia, Janka i Wanda. Jak zaradność, dobroć i mądrość.

Moi rodzice chodzili do pracy, a ja spędzałem długie godziny w towarzystwie ciotek. Uzbroiły mnie, kilkuletniego chłopca w tak wiele pozytywnych emocji, że starczy mi do dziś. Właściwie mogę powiedzieć, że wychowałem się przed wojną. W "starym domu" (tak się w rodzinie mówi o tym drewnianym gigancie) czas mocno zwolnił i w latach siedemdziesiątych wciąż było "przed wojną". O pełnej godzinie bił przedwojenny zegar, sikaliśmy do metalowych, przedwojennych nocników, jedliśmy przedwojenne potrawy gotowane na przedwojennej kuchni, a ciotki wciąż żyły przedwojennymi historiami.

Stacha

Organizowała ten dom. To ona paliła w piecach i uczyła mnie, jak rozpalać ogień, że trzeba zmiąć "Express Wieczorny", potem szczapki, podpalić zapałką od siebie i jak już huczy to po jednym węglu ostrożnie. Wysoka, zdecydowana kobieta, brała na siebie większość typowo męskich zajęć, nosiła węgiel z piwnicy i stała przy kuchni. Wieczorami siadała przy stole i układała skomplikowane pasjanse. Zapamiętałem ją jako najbardziej niedostępną, zamkniętą w sobie, trochę tajemniczą, wszystko umiejącą. Mimo że ja mówiłem "ciociu Stasiu", to o niej mówiło się "ciotka Stacha". Ciotka dyrektor. Prowadziła zeszyt, w którym zapisywane były wszystkie wydatki. Trzy zsumowane emerytury musiały się zbilansować kosztami codziennych zakupów, na fanaberie raczej nie wystarczało. Miała w metalowej puszce kolorowe landrynki. Dawała mi w tajemnicy. Kiedy przytulała mnie, jak nikt nie widział, miało to wyjątkową wartość. Bo jak dyrektor przytula to serce mięknie.

Janka

Była niewidoma. Kiedyś tam zapadła na jaskrę i tak już zostało. Miała radio, różaniec i papierosy. Nigdy do końca nie wierzyłem w tę jej ślepotę, bo niezwykle precyzyjnie robiła wycinanki. Przychodziłem do jej pokoju, ona brała małe nożyczki i wycinała mi leśniczego, choinki, sarny, żonę leśniczego, jego dzieci i snuła improwizowane opowieści o życiu w jakiejś leśniczówce. Ten cały las stał na tle wielkiego radia, z którego leciały wiadomości, a ja nie mogłem uwierzyć, że ona naprawdę nic nie widzi, bo wszystkie figurki były proporcjonalne i zgrabne. Ciotka Janka codziennie odmawiała różaniec, bardzo lubiłem wtedy na nią patrzeć, była jak w transie, w jakimś letargu, gdzieś poza światem. Nie wiedziałem długo, co mówi, co to są "żażyny". Słyszałem "między nami żażynami" - czyżby to było jakieś bractwo Żażynów, którego ona była tajemną członkinią? Potem się okazało, że "między nami grzesznymi" i czar trochę prysł. Siadywała przy stole i popalała papieroska, pointując rodzinne opowieści "to nie tak było, nic nie pamiętacie". A następnego dnia przy radiu wycinała dla mnie kolejny raz leśniczego, bo tamten wczorajszy zawsze znikał.

Wandzia

To ona miała dla mnie nagrody. Wobec mych czynów wyjątkowych, tych naprawdę wyjątkowych, które zdarzają się raz na kilka tygodni, wołała mnie do dużego pokoju, gdzie stał wielki drewniany kredens, otwierała skrzypiące prawe drzwi na dole, gdzieś tam sięgała w kredensią otchłań i wyciągała dla mnie jednego migdała. Jadłem go chyba z godzinę najpierw gryząc po kawałku, potem międląc w ustach i w końcu rozgryzając całość ostatecznie. Do dziś jedzenie migdałów jest dla mnie wyjątkową, perwersyjną wręcz rozkoszą. Ciocia Wandzia przed domem hodowała piękne, olbrzymie gladiolusy (czyli mieczyki). Pamiętam je jako rośliny egzotyczne, jakąś namiastkę bajkowych afrykańskich światów. Ta nagradzająca ciotka za zasługi powszednie przyrządzała mi tzw. grzybek. Żeby po obiedzie zasłużyć na grzybek, wystarczało być po prostu grzecznym przez cały dzień. Grzybek był to biszkopt z jabłkami pieczony w piecu w metalowej małej patelni. Obłędny smak, którego nigdy już potem nie zaznałem. Ciotka Wanda czytała "Amerykę". Prenumerowane czasopismo wydawane chyba przez rząd USA, kompletnie odklejone od rzeczywistości PRL. Zupełnie nie wiem, jak to było możliwe, żeby w tamtych czasach prenumerować "Amerykę", ale w starym domu były kolejne jej numery, pachniały innymi zapachami, błyszczały nieznanymi kolorami i amerykańskimi uśmiechami ludzi z innej planety.

Każde święta są pretekstem do wspomnień o ciotkach. Wigilie, do których siadało kilkanaście osób, na stole była odpowiednia liczba potraw zrobionych przez ciocię Wandę i ciocię Stasię, rozmowy toczone w ciszy, przy akompaniamencie tykającego wielkiego zegara, wiedeński fortepian po mojej babci, na którym grywał mój stryjek, cała rodzina zasiadająca do gry w loteryjkę lub preferansa. Tamten dom był z jakiegoś innego wymiaru, wycięty z przedwojennej rzeczywistości razem z kipiącym zielenią ogrodem i wstawiony do siermiężnego PRL-u mówiącego do mnie głosem Edwarda Gierka. Ciotki mówiły inaczej niż Gierek, używały języka polskiego, inaczej składały zdania, mówiły do mnie słowa takie jak oficyna, podwieczorek czy brytfanna. Otaczały mnie bezwarunkową miłością, byłem wtedy jedynakiem, którego uwielbiała cała rodzina. Na szczęście, gdy miałem sześć lat, przyszła na świat moja siostra, a dwa lata później mój brat, bo zgłupiałbym od tego niepodzielnego uczucia.

U niektórych ludzi wspomnienia wzbudza jakiś zapach z przeszłości, smak z dzieciństwa, mnie przenoszą w czasie dźwięki. Dziś ten wiedeński fortepian mojej babci stoi u mnie w domu i żaden inny instrument nie brzmi tak jak on. W te święta zagram na nim kolędy i znów cofnę się w czasie, a wtedy przy wigilijnym stole ciotka Wanda będzie podawała sos chrzanowy, ciotka Janka zapali papieroska, a surowa ciotka Stacha pod stołem poczęstuje mnie landrynką.

NAJWAŻNIEJSZY CZŁOWIEK W MOIM ŻYCIU

Akademia Opowieści to temat Akademii Opowieści, akcji, do której "Gazeta Wyborcza" zaprasza swoich czytelników, widzów i internautów. Namawiamy do opisania najważniejszego dla Was człowieka.

Autorom opowieści, które będą podobały się nam najbardziej - zaoferujemy pomoc dziennikarzy "Dużego Formatu" w przygotowaniu tekstów do druku. Najlepsze opublikujemy.

W nowym roku nasi mistrzowie Mariusz Szczygieł, Michał Nogaś i Włodzimierz Nowak zapraszają na warsztaty Akademii do 12 miast w Polsce. Będziemy uczyć, jak dobrze opisać Waszego bohatera.

Do Akademii będziemy powracać w "Dużym Formacie", a szczegóły znaleźć można w naszym serwisie: AKADEMIA OPOWIEŚCI .