Olga Woźniak: Zajmuje się pani dziećmi uzdolnionymi matematycznie, i do tego dziećmi małymi - chyba trudno pani znaleźć ochotników do badań? Co przedszkolaki wiedzą o matematyce?

Prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska*: Uzdolnienia matematyczne to nie tylko szkoła. One manifestują się już u starszych przedszkolaków. Można je dostrzec w grupie pięciolatków, zanim jeszcze rozpoczną naukę w szkole. Oczywiście jeżeli umie się przeprowadzić taką diagnozę. Z moich badań wynika, że tu co piąte dziecko jest wybitnie uzdolnione, w grupie sześciolatków co czwarte dziecko wykazuje się wysokimi uzdolnieniami matematycznymi. Tymczasem w grupie pierwszoklasistów, po pół roku nauki w szkole, wybitne uzdolnienia wykazuje już tylko co ósmy uczeń.

Jak to możliwe? Co przedszkolaki wiedzą o matematyce?

- Bardzo wiele! Myślenie stosowane w nauce matematyki to naturalna cecha naszego umysłu - jest tak uniwersalne, że pomaga nam się uczyć dosłownie wszystkiego. Nasz mózg jest nastawiony na wyszukiwanie prawidłowości, rytmów. Tak tworzy reguły dotyczące funkcjonowania otaczającego go świata. Stawia hipotezy i je testuje w licznych doświadczeniach. Wystarczy popatrzeć, jak eksplorują świat niemowlęta. Kiedy stajemy się starsi, należy tylko nam nie przeszkadzać, może trochę wspomóc, a matematyczne uzdolnienia same się rozwiną.

To dlaczego w szkole matematyczny talent jakoś ginie?

- Przyczyn jest kilka. Po pierwsze, ucząc matematyki, nauczyciele rzadko kiedy zdają sobie sprawę z tego, jak funkcjonuje dziecięcy umysł. I że nie jest on po prostu miniaturą tego dorosłego. Po drugie zaś, szkoła oprócz uczenia ma jeszcze jedno istotne zadanie - przygotować do życia w społeczeństwie. Efektem ubocznym tej socjalizacji padają często uzdolnienia matematyczne.

Socjalizacja to coś złego?

- Ależ skąd! Groźne jest tylko to, że często przymusza ona dzieci do przeciętności. Bo dzieci matematycznie zdolne to wielki kłopot edukacyjny. Zadają zbyt dużo pytań, wiedzą zdecydowanie więcej niż koledzy, lubią się tym chwalić albo nudzą się i przeszkadzają innym. Rozwiązują wszystko szybciej i często innym sposobem, niż chciałaby pani. Rówieśnicy odbierają je jako wywyższające się.

Wciąż są przez nauczyciela strofowane, pouczane i równane do reszty klasy?

- A wtedy buntują się, przekraczając ustalone normy, za co są karane. Dlatego już po kilku miesiącach nabierają "mądrości życiowej", która podpowiada im, by się nie wychylać. Przestają manifestować swoje uzdolnienia. A do tego nauczyciel pada często ofiarą stereotypu: "Przecież niegrzeczne dziecko nie może być uzdolnione, i to jeszcze w zakresie matematyki, która wymaga dyscypliny umysłowej".

Czytaj też inne teksty w naszym cyklu "Jak się uczyć":

*Co wynika z najnowszych odkryć neurobiologów i współczesnej wiedzy na temat działania i rozwoju mózgu. 10 przykazań dobrej szkoły;

*Jak sprawić, żeby dziecko polubiło matematykę;

*Kaligrafia to trening myślenia i pamięci;

*12 rad, jak uczyć dzieci pisać.;



No właśnie, wspomniała pani, że nauczyciel często nie zdaje sobie sprawy z tego, jak działa dziecięcy umysł.

- Dorośli oczekują od dziecka, że w pierwszej klasie będzie już rozumowało na poziomie operacyjnym. A ono często jest do tego zupełnie niedojrzałe. Tymczasem szkolne uczenie matematyki od początku pełne jest obrazów, słów i zapisów symbolicznych, a dziecko rzadko ma okazję do praktycznego działania.

Kiedy siedmiolatki zaczynają naukę matematyki, ponad 20 proc. z nich nie rozumuje w sposób wymagany na lekcjach, a co dopiero mówić o sześciolatkach. Wiele z nich nie potrafi rozwiązać zadania z treścią, szczególnie gdy trzeba w nim wykazać, że w dwóch zbiorach jest tyle samo żyraf i motyli.

Dlaczego porównanie liczby żyraf i motyli jest takie trudne?

- Bo według dzieci sześć żyraf to nie to samo co sześć motyli. Przecież żyrafy są wielkie, a motyle malutkie. Dzieci, które rozumują przedoperacyjnie, łączą cechy ilościowe z jakościowymi, więcej jest dla nich tam, gdzie coś zajmie więcej przestrzeni. Weźmy takie dzielenie cukierków - cztery duże cukierki to nie tyle samo co cztery małe. Ważna jest jakość przedmiotów, na których dokonuje się manipulacji. Rozdzielenie tych kategorii następuje w umyśle w różnym wieku i nie dokonało się jeszcze u wszystkich dzieci rozpoczynających naukę w szkole. Te problemy widać przy rozwiązywaniu zdań z treścią.

Dzieci nie rozumieją treści?

- Ależ rozumieją. Ale w historyjce, w której mama miała dziesięć cukierków i dała dziecku trzy, a resztę sama zjadła, nie widzą zadania rachunkowego, tylko zwykłą niesprawiedliwość. Przecież mama nigdy by tak nie zrobiła! Dla dzieci jeszcze niedojrzałych do szkolnej nauki matematyki w zadaniach najważniejsza jest fabuła. Kojarzy im się ona z własnymi przeżyciami. Dlatego dane im zadanie to dla nich początek rozmowy i wymiany doświadczeń, a nie wstęp do rachunków. Kiedy więc nauczyciel zacznie im opowiadać o chłopcu, który zbierał grzyby i włożył do koszyka trzy brązowe i trzy żółte, usłyszy od takich dzieci opowieści, jak same były na grzybach i które grzyby są jadalne, a które trujące. A nie to, że w sumie w koszyku grzybów było sześć. Bo nawet jeśli dziecko potrafi dodawać i odejmować do dziesięciu, to wcale nie znaczy, że potrafi rozwiązać zadanie z treścią.

I to źle?

- Wcale nie. Dzieci w różnym wieku osiągają zdolność operacyjnego rozumowania na poziomie konkretnym, co jest podstawą zrozumienia matematyki. Ich rozwój można porównać do papierówek i jabłek zimowych. Żeby dojrzały jabłka zimowe, trzeba czekać trochę dłużej, ale potem niczym nie ustępują papierówkom. Trzeba im tylko dać czas i umiejętnie wspierać je w rozwoju umysłowym.

Tym, które rozwijają się wolniej, w szkole nie daje się czasu...

- ...a te, które są szybsze, się spowalnia. W efekcie jedne i drugie zaczynają kojarzyć szkołę z porażką i mozołem, a nauka matematyki jawi się im niczym najgorszy koszmar.

Jaki jest dla nich ratunek?

- Zmiana konwencji edukacyjnej w przedszkolu i w szkole. Wczesne diagnozowanie ich kompetencji oraz uzdolnień i podążanie za nimi. Napisałam w tym celu eksperymentalny program, który realizuje już kilkanaście szkół w Polsce. Udało mi się przekonać o tym rodziców i nauczycieli, ale nie Ministerstwo Edukacji. Nie ma już nadziei, że dostrzeże ono kiedyś potencjał takiego podejścia. Bo na nic akcje promujące nauki ścisłe wśród studentów czy uczniów szkół średnich - większość zdolnych tracimy już na samym starcie edukacyjnym.

I nie da się tego nadrobić?

- Są okresy rozwojowe szczególnie wrażliwe na rozwijanie zdolności matematycznych, pierwszy to właśnie ostatnie lata wychowania przedszkolnego i początek nauki w szkole. Wtedy dzieci rozwijają typ rozumowania, który pozwala na późniejsze odnoszenie sukcesów w nauce fizyki, biologii, chemii. Jeżeli jednak uzdolnienia nie będą wtedy pielęgnowane, nie sposób tego potem dogonić.

Na czym polega to eksperymentalne uczenie matematyki?

- Po pierwsze, należy tak ustawić zajęcia, by wszystkie dzieci pracowały tak, jak potrafią: treści mają dopuszczać różne poziomy kompetencji. Dzieci powinny być uczone, by uzdolnione pomagały słabszym - dziecko nauczy inne dziecko lepiej niż dorosły. Na lekcji nie daje się wiedzy gotowej - trzeba do niej dojść samodzielnie. Nie poprawia się przy tym złych odpowiedzi, ale naprowadza dzieci tak, aż zrozumieją, o co chodzi. No i - co równie ważne - jak najmniej uczymy za pomocą słów. Używamy odpowiednio dobranych zabaw i gier, organizujemy specjalne sytuacje zadaniowe, z których wnioski formułują same dzieci. W pierwszej klasie jest też zakaz korzystania z pakietów edukacyjnych z matematyki. Każde dziecko samo tworzy własną matematyczną książkę.

Czy nauczyciele mogą się tego gdzieś nauczyć?

- Napisałam o tym kilka książek, a poza tym właśnie w tym roku akademickim na Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie otwieram studia podyplomowe. Nabór wciąż trwa.

A czy uzdolnienia matematyczne mają jakiś związek z płcią?

- U dzieci - żadnego. Wśród małych uczniów jest tyle samo matematycznie zdolnych dziewczynek i chłopców.

To dlaczego jest tak niewiele dziewczyn na politechnikach?

- Każde dziecko przykłada się bardziej do aktywności, za którą dorośli je chwalą. Jeśli będziemy chwalić za piękne rysunki, dziecko będzie chętnie rysowało, jeśli za deklamację wierszy, będzie deklamowało. A jakoś rzadko chwalimy dziewczynki za dobrze zrobione zadanie z matematyki. Matematyka społecznie postrzegana jest jako "niekobieca". Dlatego też regres zdolności matematycznych u dziewczynek obserwuje się w czasie, kiedy dzieci wchodzą w okres dojrzewania i zaczynają definiować swoją tożsamość płciową: w dziewiątym, dziesiątym roku życia. Niestety, dzieje się to w czasie, kiedy nie opanowały jeszcze arytmetyki. Kiedy biologia się uspokaja, trudno nadrobić zaległości.

A czy są dzieci całkiem niezdolne do matematyki?

- Wśród tych w normie intelektualnej takich nie spotkałam. Zresztą nad uczniami słabszymi pedagogika bardziej się pochyla. Jest wiele programów wyrównywania ich szans, dużo się o tym mówi. To zdolnych się zaniedbuje. Oni potrzebują uwagi, bo marnieją w szkole.

*Prof. Edyta Gruszczyk-Kolczyńska jest pedagogiem, autorką wielu publikacji poświęconych niepowodzeniom szkolnym dzieci. Od wielu lat wprowadza swój autorski program wspomagania rozwoju umysłowego dzieci i matematycznych uzdolnień w przedszkolach, od niedawna robi to także w szkołach. Kieruje Katedrą Wspomagania Rozwoju i Edukacji Dzieci w warszawskiej Akademii Pedagogiki Specjalnej



Zobacz też: Co zrobić, żeby dziecko polubiło matematykę