Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Owszem, przypuszczałem, że toczą zażartą walkę o przetrwanie, próbują sobie jakoś radzić z mrozem i śniegiem. Wiedziałem, że nie mają łatwo, bo sóweczka z samej swojej natury nie pasuje do zimy. Jest mała, waży tylko 60 gramów, wielkością przypomina szpaka. A jak jesteś małym zwierzakiem, to szybciej się wychładzasz. Żeby nie zamarznąć na śmierć, musisz oczywiście jeść, ale o tej porze roku trudno zapełnić żołądek. Po pierwsze, dzień jest krótki, a sóweczki, choć to sowy, słabo widzą w ciemnościach, więc późną jesienią oraz zimą mają naprawdę mało czasu na polowanie.

Kolejnym problemem jest śnieg, który znakomicie chroni główne ofiary sóweczki nornice - to m.in. od grubości pokrywy śnieżnej zależy, ile z nich przetrwa zimę. Nornica rzadko wyściubia nosek spod śnieżnej pokrywy. Niektóre sowy potrafią zlokalizować gryzonia nawet pod śniegiem i sprawnie go chwycić, np. znakomicie robi to puszczyk mszarny. Ale on ma asymetryczne uszy, które pozwalają mu wychwytywać dźwięki w różnych płaszczyznach i lokalizować obiekt ataku niemal wyłącznie na słuch.

Tymczasem uszy sóweczek są symetryczne i tropiąc ofiarę, muszą polegać głównie na wzroku. Poza tym lekka sóweczka, uderzając z powietrza, nie przebije grubej śnieżnej warstwy i nie dosięgnie ukrywającego się pod nią gryzonia. Co prawda sóweczki mogą polować jeszcze na ptaki, ale tych w zimowym lesie jest o wiele mniej niż wiosną.



Jak więc sobie radzą te sympatyczne ptaszki? Byłem przekonany, że raczej marnie i głód zbiera wśród nich olbrzymie śmiertelne żniwo. Przecież żeby poradzić sobie w takich warunkach i z takimi wyzwaniami, trzeba być zapobiegliwym i mądrym. A sóweczki, których większość mózgoczaszki zajmują oczy, wbrew ludzkim mitom o ich inteligencji wcale zbyt bystre nie są.

Okazuje się, że się myliłem. Sóweczki jak najbardziej są przewidujące. Dowodzą tego badania skandynawskich naukowców, na które niedawno natrafiłem. Otóż sóweczki polują zawsze, gdy nadarzy się okazja - nie bacząc na to, że są drapieżnikami i powinny polować tylko wtedy, gdy są głodne. Naukowcy już od dawna wiedzieli, że zabijają one w ciągu dnia znacznie więcej, niż mogą zjeść. To zrozumiałe, jeśli wychowują młode, ale okazuje się, że one tak robią stale. Jesienią tuż przed pojawieniem się śniegu i gdy tylko temperatura spadnie nieco poniżej zera, sóweczki wciąż polują ile wlezie, a swoje ofiary chowają w miejscu, które moglibyśmy nazwać spiżarnią. Gdy zrobi się naprawdę zimno, spiżarnia zamienia się w zamrażarkę. To zwykle dziuple, a w Skandynawii - budki lęgowe.

Właśnie dzięki temu, że norweskie i fińskie sóweczki często trzymają zapasy w budkach, do których łatwo zajrzeć, naukowcom udało się podejrzeć, co tam chowają. Wyniki były dość zaskakujące. Jedna sóweczka może mieć przynajmniej kilka takich spiżarni, w nich upchanych nawet po 90 ofiar. Rekordzistka miała ponad 200 w jednej tylko budce!

Gdy więc napada naprawdę dużo śniegu i ciężko jest polować, sóweczki zjadają zapasy. Ofiary są przy tym odpowiednio ułożone - prawowity właściciel szybko się orientuje, czy ktoś mu nie podkrada jedzenia. Naukowcy zauważyli, że sóweczki przenoszą jedzenie w bezpieczne miejsce, gdy podejrzewają, że ktoś chce im je podwędzić.

Pozostała jeszcze jedna zagadka: wciąż nie byłem sobie w stanie wyobrazić, w jaki sposób sóweczki, które są dość delikatne, dobierają się do zamarzniętych na kość gryzoni. W literaturze nic nie wyszperałem, ale znawca tych sów dr Romuald Mikusek wszystko mi wyjaśnił: - Oprócz spiżarni mają też specjalne miejsca do rozmrażania ofiar. Wyjmują nornicę, przelatują do pustej budki lub dziupli, ogrzewają jedzenie własnym ciałem, a potem zabierają się do uczty.

Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Adam Wajrak

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.