Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
Tak to już jest, gdy się pisze o "świętościach". A dla wielu taką świętością jest właśnie dokarmianie ptaków zimą. Po pierwsze dlatego, że lubimy pomagać, a w szczególności pomagać słabszym. A czy coś lepiej spełnia kryterium słabszego niż napuszona na mrozie sikoreczka? Gdy zima przyciśnie, nawet Ministerstwo Środowiska zwróci się jak co roku z apelem, by pomagać, czyli karmić. Po drugie, uwielbiamy dokarmianie, bo cudownie jest przecież obcować z tymi wszystkimi grubodziobami, sikorkami, dzwońcami lub trznadlami kłębiącymi się w karmniku za oknem. To lepsze niż telewizja. Ja też uwielbiam się na nie gapić.

Tłuszczyk nie dla sikorek?



Czasami tylko jakiś biolog przytomnie zauważy, że dokarmiając, ptakom za bardzo nie pomagamy. Przecież ptaki świetnie sobie radziły bez naszej pomocy przez setki tysięcy lat i podczas o wiele sroższych zim. Poza tym jest cała masa ptaków, które mają w nosie nasze karmniki, a sobie radzą. Te wszystkie pełzacze, dzięcioły trójpalczaste, raniuszki, śnieguły, które spędzają w Polsce zimę, nie korzystają z karmników, a zimę przeżywają. Podejrzewam, że gdyby policzyć gatunki u nas zimujące, to okazałoby się, że mniejszość korzysta z dokarmiania i raczej są to ptaki z gatunków pospolitych. Nie mam wątpliwości, że dokarmiamy raczej dla własnej radości niż dla ratowania ptaków. I nie ma w tym nic złego. Róbmy to, tylko z głową. Po pierwsze, oczywiście warto zwrócić uwagę na pokarm: im bardziej zbliżony do naturalnego, tym lepiej. Stosujmy jak najwięcej nasion, takich jak słonecznik lub orzechy, albo wszelakie zboża. Od czasu do czasu wieszajmy zamiast słoniny kawałek tłuszczu, ale z odrobiną mięsa, tak by przypominał padlinę, którą sikorki i dzięcioły uzupełniają swoją dietę w naturze. I tu znów wsadzę w kij w mrowisko: tam, gdzie to możliwe, zrezygnujmy ze stałych punktów dokarmiania, czyli karmników. Wiem, że znów wywołam przyrodniczy skandal: jak to?! Przecież uczono nas w szkołach, że punkty dokarmiania powinny być stałe, a dokarmianie regularne. Owszem, tak uczono, ale proszę się przez chwilę zastanowić. Czy coś takiego jak karmnik istnieje w naturze? Czy gdzieś w lesie lub na łące można znaleźć stałe i niezmienne źródło pokarmu? Takie, które ciągle jest w tym samym miejscu i ciągle dostarcza taką samą ilość pokarmu? Otóż nie.

Nawet w latach, kiedy owocują wielkie drzewa, takie jak dęby albo buki, ich nasion jest w jednym miejscu więcej, a w innym mniej. Pokarmu na początku jest dużo, potem coraz mniej, a drzewa owocują raz na kilka lat. Niektóre ptaki, takie jak krzyżodzioby, muszą odbywać długie podróże w poszukiwaniu urodzaju świerkowych szyszek, bo nie zdarza się on co roku w tym samym miejscu. Nawet zabity przez wilki jeleń, z którego korzystają kruki, bieliki, myszołowy, sójki oraz wspomniane sikorki i dzięcioły, to oczywiście góra białka, ale ponieważ amatorów jest wielu, szybko znika. Zwykle po dniu lub dwóch zostają tylko kości. Coś takiego jak stałe miejsce dokarmiania nie istnieje w naturze. Zostało wymyślone przez ludzi po to, żeby łatwiej zarządzać zwierzętami. A dokładniej - by łatwiej było je liczyć, no i łatwiej do nich strzelać. To nie przypadek, że góry zbóż lub buraków zwykle znajdują się tuż obok myśliwskich ambon. To, co ułatwia życie niektórym ludziom, może niestety utrudniać życie zwierzętom.



Naukowcy coraz częściej zwracają uwagę, że wśród białowieskich żubrów wszelakie pasożyty łatwiej się rozprzestrzeniają dlatego, że zwierzęta z powodu dokarmiania koncentrują się od lat w tych samych miejscach. Dziś coraz większy wysiłek wkłada się w rozproszenie żubrzych stołówek. Nasz karmnik, do którego sypiemy pokarm od lat i w którym tłoczą się stada ptaków, może działać tak samo. Do tego ułatwiamy zadanie drapieżnikom, takim jak koty lub krogulce. Upchane w jednym miejscu ptaki to idealny cel. Jakby tego było mało, ptasia drobnica małą zwraca uwagę na otoczenie, bo jest zajęta przepychankami i walkami o dostęp do ziarenek. A ponieważ pokarm jest skoncentrowany w jednym miejscu, nietrudno o awanturę. Bogatki straszą, rozkładając skrzydła, ale i tak nie dają rady takim zadziorom jak modraszki. Jedne i drugie próbuje przepędzić dzwoniec, a gdy przyleci grubodziób, dzięcioł lub sójka, to i tak wszyscy muszą zwiewać. Te awantury dla nas wyglądają bardzo efektownie, ale dla ptaków to stres. Co więc robić?

Tam, gdzie możemy, na przykład w ogrodzie, naśladujmy naturę. Pokarmu nie sypmy w jednym miejscu, ale raz tu, raz tam. Sypmy szeroko. Kiedy zima się na chwilę pojawiła, ja tak zrobiłem. I od razu zauważyłem efekt. Zrobiło się spokojnie. Ptaki mają tyle miejsca, że nie muszą się przepychać, i nawet te zadziorne modraszki są jakoś mniej nerwowe i nikogo nie zaczepiają.

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.