Ten artykuł czytasz w ramach bezpłatnego limitu
W ostatnim tekście pisałem, jak sikorki potrafią wywęszyć swoje owadzie ofiary i pomóc tym drzewom, a przy okazji ludziom, którzy przejmują się losem drzew. Po tym tekście dostałem masę listów z pytaniem, jak i kiedy zacząć dokarmiać ptaki i czy takie dokarmianie nie ułatwia walki z owadami uznawanymi przez nas za szkodliwe. Na drugie pytanie odpowiem od razu. Tam, gdzie dokarmiamy, pojawia się więcej ptaków, w tym ptaków owadożernych, takich jak sikory. Zajadają się one smakołykami podawanymi przez nas, ale też przeszukują z zapałem okoliczne drzewa i ściółkę, jeżeli nie jest przykryta śniegiem, i wyjadają ukryte, zimujące owady i ich jaja. Oczywiście najbardziej wyczyszczone z owadów zostają okolice karmnika, a im od niego dalej, tym większej ilości owadów udaje się przetrwać.

Z pytaniami dotyczącymi, jak i kiedy dokarmiać, mam, niestety, nie lada problem. W świetle wyników badań opublikowanych w tym roku w "Nature" może się okazać, że lepiej nie dokarmiać. Wiem, wiem, wielu z państwa jeży się teraz włos na głowie. Jak to?! Nie dokarmiać ptaków zimą? Wtedy gdy potrzebują naszej pomocy?! No cóż, jeśli chodzi o to, czy ta nasza pomoc jest ptakom potrzebna, czy nie, już od dawna wiadomo, że ptaki pomocy nie bardzo potrzebują. Zimy, i to znacznie sroższe niż obecnie, wszystkie dokarmianie przez nas gatunki przeżywały bez problemu przez tysiące lat.

Dokarmianie jest zjawiskiem zupełnie niedawnym. Zaczęło się wtedy, gdy my, ludzie, zaczęliśmy produkować więcej żywności, niż sami możemy zjeść. Szczególnie dotyczy to dokarmiania ptaków na masową skalę - jak ma to miejsce teraz. Nie mogłem znaleźć danych dla Polski, ale to, co udało się zebrać naukowcom w innych krajach, pokazuje, z jak wielkim zjawiskiem mamy do czynienia. Tylko w USA w 2002 roku wysypano do karmników 450 mln kilogramów ziarna. Tylko w roku 2006 amerykański rynek związany z dokarmianiem ptaków był wart około 4,5 mld dol. W Wielkiej Brytanii, gdzie dokarmia się ptaki przy 75 procentach wolno stojących domów, rocznie na pokarm dla ptaków wydawane jest blisko 300 mln funtów. Szacuje się, że na Wyspach - jeżeli weźmiemy pod uwagę najpopularniejsze gatunki odwiedzające tamtejsze karmniki, czyli takie jak sikory, zięby, kosy lub rudziki - na jeden karmnik przypada zaledwie dziewięć ptaków. Czy to dobrze, czy to źle? Oczywiście ludzie, tacy jak na przykład ja, którzy dzięki karmnikowi mogą obserwować i fotografować ptaki, są zachwyceni. Naukowcy jednak coraz częściej kręcą nosem. Już od wielu lat wskazują na to, że karmniki, w których przecież koncentrują się ptaki, to siedlisko wielu chorób. Wywoływana przez pasożytniczego pierwotniaka rzęsistkowica, która przetrzebiła brytyjskie dzwońce i zięby, prawdopodobnie roznosiła się znakomicie właśnie dzięki sieci karmników.



Wróćmy jednak do badań opublikowanych w "Nature", bo niestety jest więcej złych informacji. Otóż naukowcy z Uniwersytetu w Exeter, Brytyjskiej Fundacji Ornitologicznej oraz ich włoski kolega z uniwersytetu w Turynie postanowili przyjrzeć się, jaki wpływ może mieć dokarmianie na sukces lęgowy. Pod lupę wzięli sikorkę modrą, jednego z najczęstszych gości w naszych karmnikach. Żeby badania nie były zakłócane przez czynniki zewnętrzne, szczególnie innych dokarmiających, do swojego eksperymentu wybrali trzy populacje tych sikor mieszkające w lasach. Ponieważ, co każde dziecko wie, sikory uwielbiają tłuszczyk, naukowcy zaoferowali ptakom właśnie ten pokarm. Jedna grupa dostała tłuszcz czysty, druga wzbogacony witaminą E, a trzecia nie dostała nic. Ptaki, szczególnie takie małe jak sikory, nie mogą długo deponować zapasów tłuszczu. Teoretycznie więc to, ile go zjedzą, nie mogło wpływać na ich kondycję w okresie lęgowym zaczynającym się przynajmniej kilka tygodni po zaprzestaniu zimowego dokarmiania. Ale przecież w tłuszczu łatwo rozpuszcza się wiele substancji, w tym witamin i przeciwutleniaczy, które w ciele pozostają bardzo długo.

Niespodzianka czekała na badaczy, gdy porównali wyniki obejmujące trzy lata. Otóż okazało się, że znacznie lepszy sukces lęgowy mają sikory, które nie były dokarmiane. Żółtko w ich jajach jest większe, młode również są większe, zdrowsze, silniejsze i więcej z nich opuszczało budki lęgowe w dobrym zdrowiu. Owszem, sikorki, które dostawały tłuszcz z witaminą E, miały nieco lepsze wyniki niż te, które dostawały zwykły tłuszcz, ale pisklęta jednej i drugiej dokarmianej grupy bardzo odstawały od tych, których rodzice zdani byli na siebie. Jak to wytłumaczyć? W wyniku dokarmiania zimowa selekcja ptaków jest o wiele łagodniejsza, i to może powodować, że rodziny zakładają ptaki, które nie przeżyłyby zimy, albo byłyby na tyle słabe, że nie zdecydowałyby się na posiadanie potomstwa. Dokarmianie może zaburzać ocenę przyszłych terenów lęgowych, bo skoro jest na nich pokarm, to mogą się wydawać ptakom dobre, a takie wcale nie muszą być. Młodych nie da się nakarmić tym, co jest w karmniku, muszą dostawać owady. Wreszcie dokarmianie może powodować, że ptaki rezygnują z naturalnego pokarmu albo jedzą go mniej. A naturalny pokarm jest bardziej zbilansowany i wartościowy niż pokarm, który serwujemy w karmnikach i który jest zwykłym ptasim fast foodem i jedzenie go musi się odbić na kondycji zwierząt.

Fot. Waldemar Gorlewski / Agencja Gazeta
Adam Wajrak

Artykuł otwarty w ramach bezpłatnego limitu

Wypróbuj prenumeratę cyfrową Wyborczej

Nieograniczony dostęp do serwisów informacyjnych, biznesowych,
lokalnych i wszystkich magazynów Wyborczej.