- Czy problemy w przestrzeni miejskiej Sandomierza można porównywać z tymi w Krakowie, Toruniu czy Kazimierzu Dolnym? - pytam Halinę Siemaszko, prezeskę fundacji Ośrodek Promowania Przedsiębiorczości w Sandomierzu. Prowadzi tu trzygwiazdkowy hotel Basztowy położony na skarpie Starego Miasta. - Mam wrażenie, że nas wyróżnia trudność w dojściu do porozumienia. Bo ludzie mało ze sobą rozmawiają. A jeśli już, to z reguły są to żądania - z różnych stron - odpowiada po dłuższej chwili namysłu.

Jerzy Sałata, właściciel Aparthotelu w Rynku i odmienionej przez Magdę Gessler restauracji Casa de Locos: - Konserwator działa w moim interesie. Dlaczego mam się za to obrażać? Robię nawet więcej, niż on wymaga.



Ale w Sandomierzu nie każdy tak może powiedzieć. Strefa ochrony konserwatorskiej skłóciła już wiele osób. I dalej skłóca. Choć wszyscy powtarzają, że zabytki są duszą zwanego "małym Rzymem" miasta.

Strefa obejmuje spory kawałek powierzchni Sandomierza - od Gór Pieprzowych na wschodzie po wzgórze Salve Regina na zachodzie i od ul. Kwiatkowskiego na północy do Wisły na południu.

Namiot solą w oku

Mariusz Marzec dzierżawi od księży XIX-wieczny - stylowy i zabytkowy - dworek Skorupskich, położony malowniczo u stóp Wzgórza Świętojakubskiego, czyli tam, gdzie miała miejsce pierwsza lokacja miasta. W zabytkowej budowli prowadzi hotel Dworek Ojca Mateusza. Prawami do nazwy nie musiał się martwić, bo to faktycznie... imię jego syna.



Wylicza, że niszczejący budynek postawił na nogi kosztem kilkuset tysięcy złotych. Gościli tu znani aktorzy - m.in. Andrzej Seweryn, Marian Dziędziel. Zagospodarował też ogród. I przy okazji wywołał złość służb konserwatorskich. A to wszystko przez namiot, który stoi tu już trzeci sezon. Początkowo był większy, ale zmniejszono go o połowę. Formalnie to teraz wiata o powierzchni ok. 50 m kw. Taką - według przepisów budowlanych - łatwiej postawić.

- To namiot gastronomiczny i samowola, a nie wiata. Trzeba nazwać rzecz po imieniu - nie ukrywa zdenerwowania Marek Juszczyk z sandomierskiej delegatury wojewódzkiego urzędu ochrony zabytków.

Marzec utrzymuje, że namiot chroni przed słońcem, deszczem, można pod nim coś zjeść. Juszczyk ripostuje: - Zasłania dworek. To porażka. Powinien zostać natychmiast rozebrany.

Przedsiębiorca odbija piłeczkę. Wskazuje, że namiot ma taką samą wysokość jak parasole, na które konserwator się zgodził, a dworek nie służy do zwiedzania, tylko jako hotel.

- Parasole nie powinny być rozkładane, jeśli nie ma takiej potrzeby. Apelowałem o to i nadal apeluję. To piękne miejsce, z widokiem na dolinę Podwala Dolnego, katedrę. Przez parasole nic nie widać - odpowiada Juszczyk.

Hotelowa kość niezgody

"Sprawa parasoli" została skierowana już do ministra kultury i dziedzictwa narodowego. Podobnie jak spór o siedzibę m.in. dawnego Towarzystwa Dobroczynności przy ul. Zamkowej. Ruiny XIX-wiecznego budynku są sławne, bo "zagrały" w ekranizacji książki Zygmunta Miłoszewskiego "Ziarno prawdy". W filmowej adaptacji znaleziono w nich zwłoki jednej z ofiar tajemniczych zbrodni. Drogę do makabrycznego odkrycia wskazywały kruki.



Samo położenie nieruchomości jest rewelacyjne, naprzeciwko jest katedra, nieopodal zamek królewski. Od kilku lat jej właścicielem jest Mirosław Tusznio i ma wobec niej poważne plany. Do obiektu chce dobudować dwa skrzydła i zamienić go w hotel. Po rozbudowie w budynku byłoby 70 miejsc noclegowych, restauracja, winiarnia. Inwestor chciałby, aby hotel miał standard czterogwiazdkowy.

- Nie ma zgody na obiekt o takiej kubaturze. Powstałby moloch - przekonuje Juszczyk. Zwraca uwagę, że obiekt nawiązuje swoją formą do późnorenesansowych willi toskańskich.

Tusznio mówi stanowczo: - Nie zgodzę się na nic mniejszego. Bo to będzie nierentowny interes, żaden bank mi nie da kredytu. To błędne koło. Konserwatora to jednak nie obchodzi.

Właściciel wylicza, że cała inwestycja kosztowałaby w sumie jakieś 12 mln zł i zapewniłaby ok. 30 miejsc pracy. Podkreśla, że od roku ma już wydaną prawomocną decyzję o warunkach zabudowy. - A budynek stoi pusty i niszczeje - utrzymuje.

Obecnie wygląda tak:



Juszczyk nie godzi się z takim postawieniem sprawy: - Właściciel wiedział przecież, co kupował, jakie są wytyczne dla obiektu. Niech winą nas nie obciąża.

Ale to niejedyna kość niezgody między lokalnym biznesmenem a konserwatorem. Kolejny spór toczy się o rozbudowę należącego do Tusznia hotelu Sarmata, który mieści się w XIX-wiecznym zabytkowym zespole dworskim Strużyńskich. - Chodzi o wbudowanie nowego skrzydła obiektu w coś, co jest pewnym układem historycznym, komunikacyjnym, krajobrazowym, przy przebiegającym przy starówce wąwozie lessowym - twierdzi Juszczyk.

- Nagle wszystko staje się zabytkowe. To złośliwość - uważa jednak właściciel obiektu. I sam nie pozostaje dłużny: - Głupota konserwatorska, gdyby umiała latać, byłaby gołębicą niebiańską.

Klimat ponad podziałami

Z ograniczeniami radzić muszą sobie także urzędnicy. I oni też często słyszą weto. - Choćby wtedy, gdy nie możemy wstawić okien plastikowych... Trzy razy tańszych - podaje przykład burmistrz Sandomierza Marek Bronkowski.

Ale największy problem miasto ma z lukami w zabudowie, które można by wypełnić. - Ale się nie da. Jest ich przynajmniej cztery-pięć na Starym Mieście - opowiada burmistrz.



Juszczyk przypomina, że obowiązuje tu ochrona układów urbanistycznych zachowanych od średniowiecza. I że każdy pomysł podziału działki trzeba rozpatrywać indywidualnie - po przeprowadzeniu badań archeologicznych i "przedstawieniu sposobu funkcjonowania" nowej zabudowy. Władze miasta uważają, że w związku z tak rygorystycznym podejściem część terenów w centrum stoi pusta.

- Bo pierwotny podział gruntu dziś sprowadza się do sytuacji, że na jednej działce mamy budynek i lukę w zabudowie. Nie mamy jak jej wydzielić i sprzedać. Choć aż się prosi - zauważa Bronkowski.

Po chwili jednak dodaje, że docenia troskę i pracę służb konserwatorskich. - Rozbieżności się zdarzają, ale chodzi o utrzymanie charakteru i wyjątkowego klimatu miasta. Co do tego nie ma u nas podziałów.