W mieście o ponadtysiącletniej historii zobaczyć można przynajmniej 120 zabytków architektury, a spacer po nim będzie doskonałą lekcją narodowych dziejów dla wszystkich. Sandomierz można podziwiać z góry (z 33-metrowej Bramy Opatowskiej), z dołu (ze statku na Wiśle), pieszo i na rowerze (licznymi szlakami), a nawet spod ziemi (trasą turystyczną przez dawne piwnice pod starówką).



Swój najstarszy zabytek - zbudowany z cegły romański kościół św. Jakuba - miasto zawdzięcza biskupowi krakowskiemu Iwowi Odrowążowi i jego bratankowi św. Jackowi. Ten pierwszy ufundował świątynię dla sprowadzonych w 1226 roku dominikanów. Drugi pilnował, by ona powstała. Legenda głosi, że jeden z sandomierzan chciał bardzo drogo sprzedać plac pod budowę. Ale zgodził się oddać go za darmo, jeśli święty dokona jakiegoś cudu. Jacek posadził na placu lipy, ale konarami do ziemi. Gdy na wiosnę przyszli zobaczyć, czy coś z nich wyrosło, wśród rozkwitłych drzewek roiły się już pszczoły.

Król zostawił koronę

Sandomierz sporo zawdzięcza Kazimierzowi Wielkiemu. Z systemu obronnego, który powstał z jego inicjatywy, pozostało kilka odcinków potężnych murów, wspomniana Brama Opatowska oraz zamek. Ten ostatni wielokrotnie zmieniał wygląd, wysadzili go Szwedzi, nie oszczędzali też inni najeźdźcy.

Główną część zamku zajmują sale ekspozycyjne Muzeum Okręgowego. Ma ono swoją wystawę w ratuszu (wzniesionym także za Kazimierza Wielkiego), który po późniejszej rozbudowie i zwieńczeniu renesansową attyką stał się symbolem miasta. Pamiątką po ostatnim z Piastów jest też bazylika katedralna pw. Narodzenia NMP.

Kazimierz Wielki tak pokochał Sandomierz, że zostawił tu nawet swoją koronę hełmową. Wykonana ze stopu miedzi i srebra znaleziona została w 1910 r. Dziś znajduje się w skarbcu katedry na Wawelu, w Sandomierzu natomiast zobaczyć można jej wierną kopię - na wystawie w ratuszu.



Kolejnym władcą, który pokochał i hojnie obdarował Sandomierz, był Władysław Jagiełło. W prezbiterium katedry podziwiać możemy freski w stylu bizantyjsko-ruskim ufundowane przez tego króla. Na dodatek po bitwie pod Grunwaldem, w której znaczny udział mieli sandomierscy rycerze, Jagiełło podarował świątyni relikwiarz Drzewa Krzyża Świętego. Jest eksponowany w Muzeum Diecezjalnym, mieszczącym się w gotyckim domu dla księży mansjonarzy. Można zobaczyć tam także wykonane z cienkiej skórki rękawiczki - według tradycji królowa Jadwiga podarowała je mieszkańcom podsandomierskiej wsi Świątniki za pomoc w wyciągnięciu z zaspy jej sań.

Wąwozy, wzgórza i róże

W samym Sandomierzu królowa Jadwiga miała zgubić pantofelek podczas spaceru w lessowym wąwozie, który nazwany jest jej imieniem. Ma blisko 500 m długości i wysokie na jakieś 10 m strome ściany, w których można podziwiać fantastyczne kształty korzeni rosnących w górze drzew. Ich korony tworzą teraz zielony parasol, przez który z trudem przebijają się promienie słońca.

Takich wąwozów, które miasto zawdzięcza naturze, jest jeszcze kilka. Najdłuższy nosi nazwę Piszczele, ponieważ znaleziono w nim kości ludzkie. Ponoć należały do Tatarów, którzy zginęli w lochach wprowadzeni tam podstępnie przez Halinę Krępiankę.



Sandomierz z racji położenia na siedmiu wzgórzach bywa nazywany małym Rzymem. Jedno z nich (w południowo-zachodniej części) nosi nazwę Salve Regina [Cześć Królowej]. Przypomina kopiec i było uważane za grób legendarnego założyciela miasta - Sędomira lub Sudomira. Według innej legendy to dzieło wielkiego byka szukającego zemsty na Tatarach, którzy wymordowali dominikanów. Rozwścieczony byk nie dogonił oprawców, usypał więc kopiec i wyrył na nim rogami "Salve Regina", pierwsze słowa pieśni, którą mieli śpiewać zakonnicy przed męczeńską śmiercią.

Po drugiej stronie miasta znajdują się Góry Pieprzowe. Ich nazwa pochodzi od przypominających pieprz łupków kambryjskich, kruchych skał liczących około 500 milionów lat. Z roślinnością charakterystyczną dla stepu, poprzecinane licznymi wąwozami, nazywane są też Górami Różanymi. Stanowią bowiem naturalne rozarium, w którym spotkać można aż 12 gatunków dziko rosnących róż. Warto się tam wybrać zwłaszcza w maju i czerwcu, gdy rozkwitną.

Zakotwiczyli w Sandomierzu

Na rynku obok ratusza zwraca uwagę kotwica z łańcuchem sztywno wznoszącym się w górę. Wydobyta została z dna Wisły i stanowi instalację "Zakotwiczenie nieba". Jej autorem jest artysta plastyk Cezary Łutowicz, który ponad 40 lat temu przybył do Sandomierza ze Słupska i zakotwiczył tu na dobre.



- Zakochałem się i w mieście, i w kamieniu. Wspaniałym krzemieniu pasiastym - zwierzał się "Wyborczej". Ta występująca na ziemi sandomierskiej odmiana krzemienia przed tysiącami lat służyła do wyrobu broni i narzędzi. Gdy przyszła epoka brązu i żelaza, stał się bezużyteczny.

Łutowicz na początku lat 70. zaczął robić z niego biżuterię i wydobył z zapomnienia. Jest nazywany kamieniem optymizmu, a biżuterię z niego kupić można nie tylko w jego pracowni, ale także w kilkunastu innych punktach w mieście.

Po wiekach do miasta wrócili też rycerze, wszystko dzięki pochodzącemu z Zakopanego Karolowi Buremu, prawnikowi i sędziemu sądu rejonowego. W 1994 roku założył on Chorągiew Rycerstwa Ziemi Sandomierskiej, bez której trudno sobie wyobrazić Sandomierz. Rycerze uświetniają praktycznie wszystkie wydarzenia w mieście, byli też w Brukseli, gdy Polskę przyjmowano do Unii Europejskiej. Biorą udział w inscenizacjach bitwy pod Grunwaldem i imprezach w całej Polsce. W Sandomierzu organizują m.in. Turniej o Miecz Zawiszy Czarnego z Garbowa (w tym roku 9-10 lipca), a turystom udostępniają swoją zbrojownię w kamienicy nazywanej Konwiktem Boboli (Rynek 5). Zobaczyć tam można repliki dawnej broni, przymierzyć zbroję czy ubrać się w szlacheckie i dworskie szaty. Chorągiew zajmuje również część Kamienicy Oleśnickich (Rynek 10). To w niej w 1570 roku miało dojść do podpisania przez protestantów tzw. zgody sandomierskiej uważanej za najstarszy akt ekumeniczny w Europie.



Od 2007 roku w Sandomierzu zakotwiczył "Ojciec Mateusz", serial telewizyjny realizowany na podstawie włoskiego formatu "Don Matteo". - Szukaliśmy miasteczka, które przypominałoby włoskie Gubbio - opowiada Krzysztof Grabowski, producent "Ojca Mateusza". Podkreśla, że wybór okazał się trafny i choć wiele innych miast chciałoby się za pośrednictwem serialu promować, to detektyw w sutannie nadal będzie jeździł rowerem po pięknym Sandomierzu.

Specjalnie dla "Wyborczej" o tym, jak zmieniło się miasto opowiada Krzysztof Grabowski - producent "Ojca Mateusza"

- Odkąd zaczęliśmy kręcić pierwsze odcinki serialu w Sandomierzu zaszły tak wielkie zmiany, że aż trudno je oceniać nie mając do tego narzędzi. Mogę to zrobić jedynie optycznie. Jak przyjechaliśmy do miasta po raz pierwszy, to praktycznie nie było bazy hotelowej czy restauracyjnej. Sama decyzja o realizacji serialu w Sandomierzu była kompletnym zaprzeczeniem reguł produkcji filmowej. Oczywiście miasto odpowiadało pierwowzorowi z "Don Matteo", ale brakowało hoteli, był kiepski dojazd od Warszawy. M.in. dlatego nie mogliśmy kręcić w Sandomierzu wszystkich scen, choć taki był plan (część zdjęć realizowana jest w Warszawie).



Od tamtego czasu wiele się jednak zmieniło - powstało wiele hoteli i restauracji, ale Sandomierz stał się miastem dość kosztownym, nawet dla nas. Przez około 20 dni zdjęciowych w roku za same tylko hotele płacimy około 330 tys. złotych. Baza hotelowa jest jednak bardzo dobra.

Turyści, którzy tam przyjeżdżają, mają w czym wybierać. Podobnie jest z gastronomią. Powstają również nowe atrakcje. Z radością przyjęliśmy fakt, że jeden z inwestorów planuje otwarcie przy Rynku galerii Ojca Mateusza, w której będzie można oglądać namiastkę serialowych wnętrz, których w Sandomierzu nie ma.

Od początku świetnie współpracuje nam się z władzami miasta i lokalnymi służbami. Mamy również dobre relacje z mieszkańcami, którzy traktują nas już jak część krajobrazu, dzięki czemu nie przeszkadzają przy realizacji zdjęć.