Witający gości debaty Jerzy Wójcik, zastępca redaktora naczelnego "Gazety Wyborczej" przypomniał genezę Pracowni miast. Zaczęło się od dyskusji, w której padły słowa: - Musimy coś zrobić, żeby miasta zmieniały się na miarę naszych marzeń, bez względu na poglądy polityczne, zamożność, sytuację życiową i wiek.

A dlaczego "pracownia", a nie np. modny "salon"? - Bo z "pracownią" kojarzą się słowa: "warsztat", "praca", "solidność", "zaufanie", "odpowiedzialność", "zaangażowanie", "solidność" i "profesjonalizm" - tłumaczył Wójcik.

- Miasto to przede wszystkim mieszkańcy. A mieszkańcy to różni ludzie. Żeby to miasto mogło się rozwijać, ludzie muszą ze sobą rozmawiać, współpracować - podkreśliła Iwona Pawluk, koordynator akcji Pracownia miast.

Rura jest apolityczna

Wojciech Bartkowiak, szef redakcji lokalnych "Wyborczej" przypomniał historię polskiej samorządności po 1989 roku mówiąc o jej zmarłych niedawno ojcach założycielach: prof. Jerzym Regulskim i prof. Michale Kuleszy.

- W maju 1990 roku odbyły się tak naprawdę pierwsze wolne, w pełni demokratyczne wybory w tym kraju, wybory do rad gmin. Joanna Szczepkowska powiedziała, że 4 czerwca upadł komunizm. Moim zdaniem zaczął wtedy upadać, ale z dzisiejszej perspektywy, kiedy spojrzeć wstecz, to dla mnie, poznaniaka, ważny był moment, gdy władzę w mieście przejmował prezydent Wojciech Szczęsny-Kaczmarek - mówił Bartkowiak. Zacytował słowa pierwszego prezydenta stolicy Wielkopolski: "rura jest apolityczna". - To sedno tego, czym miał być nowy samorząd. Ma się zajmować tym, co jest bliskie mieszkańcom, poprawiać warunki ich życia, robić to z nimi, dla nich, za nasze wspólne pieniądze.

Co z tego wyszło? Bartkowiak przytoczył wyniki badań przeprowadzonych dla "Wyborczej" w 2013 roku w 23 największych polskich ośrodkach. Na pytania o warunki życia w swoich miastach odpowiedziało wówczas ponad 10 tys. osób. W szkolnej skali od 1 do 6, ogólna ocena oraz możliwości spędzania wolnego czasu, poczucie bezpieczeństwa, a także zmiany i inwestycje wypadły na czwórkę z plusem.

Inwestycje już nie wystarczą

- Symbolem ostatnich dwudziestu kilku lat są inwestycje, które przekładają się na jakość życia mieszkańców - mówił Wojciech Pelowski, redaktor naczelny "Wyborczej" we Wrocławiu. - Ale to co będzie się zmieniać w kolejnych latach - widać to w ostatniej kadencji samorządu - to dzielenie się władzą. Z jednej strony tą władzą musieliśmy podzielić się my, dziennikarze - z różnymi aktywistami miejskimi, blogerami, forami dyskusji. Mówię o tym bez żalu. Z drugiej strony władzą musieli się podzielić sami samorządowcy i prezydenci miast. Ci, którzy potrafili się nią podzielić, triumfowali w wyborach samorządowych. Ci, którzy tę władzę trzymali za wszelką cenę, musieli się pogodzić z porażką.

- Polskie miasta są pomiędzy Monachium i Władywostokiem, geograficznie i mentalnie - stwierdził prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak. - Ale jesteśmy w Europie i zmierzamy bardziej ku Monachium niż w stronę Władywostoku.

Jaśkowiak jesienią zeszłego roku pokonał faworyzowanego Ryszarda Grobelnego, rządzącego Poznaniem przez 16 lat. Sam rozpoczynał aktywność w samorządzie jako aktywista ruchu miejskiego.

Wskazał, że włodarze miast, którzy nie słuchają opinii mieszkańców i nie dzielą się z nimi władzą, są skazani na porażkę. - Sądzę, że za cztery lata ta weryfikacja będzie jeszcze bardziej bolesna - przewidywał.

Trudna przesiadka z limuzyny do autobusu

Podkreślił, że tylko będąc blisko mieszkańców można zrozumieć ich potrzeby. Dlatego prezydenci powinni np. sami korzystać z komunikacji publicznej, zamiast oglądać swoje miasto z tylnej kanapy służbowego samochodu prowadzonego przez kierowcę. Mówiąc o mentalności niektórych samorządowców przywołał przykład z własnego podwórka. Kiedy zlikwidował parking dla urzędników na dziedzińcu ratusza, oburzeni radni dyskutowali o tym dwie godziny na sesji, a jeden z nich zarzucił mu, że uniemożliwia mu pełnienie mandatu.

Przemysław Filar, szef Towarzystwa Upiększania Miasta Wrocławia wskazał na rosnąca rolę ruchów miejskich. Stolica Dolnego Śląska wspólnie z nimi jako pierwsza w Polsce tworzy strategię rozwoju. Chwalił także miasta za wprowadzenie budżetu obywatelskiego, który realizuje już większość ośrodków, a pozostałe idą ich śladem. - Nie spodziewałem się, że to będzie taki sukces - stwierdził Filar.

Budżet obywatelski to fasada

Jednak zdaniem prof. Piotra Uziębły, konstytucjonalisty z Uniwersytetu Gdańskiego, budżet obywatelski jest w wielu miastach tylko fasadą - bo ich władze przeznaczają na projekty zgłaszane i wybierane przez mieszkańców zbyt małe kwoty. Ponadto mieszkańcy w małym stopniu mogą nadzorować wykonywanie zadań z budżetu partycypacyjnego, a samorządy bardzo rzadko się z nich rozliczają. Naukowiec podkreślił, że należy zwiększać realny, a nie tylko formalny wpływ ludzi na decyzje dotyczące ich miasta oraz wzmacniać rady dzielnic, które powinny decydować np. o drobnych inwestycjach na osiedlach.

Prezydent Słupska Robert Biedroń skrytykował obecny model rozwoju kraju, w którym duże metropolie mają pobudzać wzrost w mniejszych miejscowościach. Jego zdaniem takie rozwiązanie się nie sprawdza.- Jak spojrzymy na podział środków unijnych, to przede wszystkim skorzystały te większe miejscowości, a małe - z różnych powodów, również wynikało to z ich własnych błędów - nie skorzystały z tego w takim samym stopniu - wskazywał Biedroń.

Zdaniem Biedronia inwestycje w aquaparki i inwestycje nie zastąpią potrzebnego w miastach dialogu i edukacji obywatelskiej. To w nie powinny inwestować dziś samorządy. - Dzisiaj przyszedł czas na obywatelskość, na wzmacnianie głosu mieszkańców - tłumaczył Biedroń.

Rządząca od jesieni zeszłego roku 60-tysięczną Świdnicą prezydent Beata Moskal-Słaniewska wskazała, że do większego dialogu z mieszkańcami nie jest potrzebna zmiana prawa, do której nawoływał prof. Uziębło. - Jeżeli chce się współtworzyć społeczeństwo obywatelskie, czyli to o czym mówiliśmy 25 lat temu, wystarczy po prostu wyjść zza biurka i to robić - wskazała pani prezydent. Jako przykład podała swoje spotkania z mieszkańcami wszystkich dzielnic, z udziałem policji i straży miejskiej. Moskal Słaniewska, która siedziała obok prezydenta Biedronia - również piastującego swój urząd od listopada zeszłego roku, wskazała, że jako debiutanci czują na sobie olbrzymi ciężar odpowiedzialności. Odpowiedzialności, której zabrakło wielu tym, którzy mieli poczucie, że mają tak silna pozycję, iż nikt ich nie oceni, ani nie zweryfikuje ich pracy. Część z nich pożegnała się ze swoimi stanowiskami.

Współrządzić, kontrolować i pomagać

- Udział mieszkańców w zarządzaniu miastem jest w interesie wszystkich. W interesie samego miasta, organów władzy uchałodawczej i wykonawczej, jak i samych mieszkańców. Im bardziej mieszkańcy będą współrządzili miastami, tym bardziej będą czuli się z nimi związani, będą skłonni kontrolować władzę, a z drugiej strony pomagać tej władzy realizować określone działania - mówił prof. Uziębło. - Widać to na przykładzie ostatnich wyborów samorządowych, gdzie ogromny sukces odnieśli przedstawiciele ruchów miejskich, tacy jak np. prezydent Gorzowa.

Wypowiedź Pelowskiego o włodarzach miast, którzy przegrali ostatnie wybory bo nie słuchali mieszkańców, poruszyła Marka Mirosa, byłego burmistrza Gołdapii z 14-letnim stażem. Wskazał on na paradoks: z jednej strony w badaniu opinii publicznej aż 67 proc. Polaków oceniło swoich wójtów, burmistrzów i prezydentów dobrze lub bardzo dobrze; z drugiej 42 proc. uznało, że chce zmienić swoich włodarzy. Wojciech Kruk, prezydent Wielkopolskiej Izby Przemysłowo-Handlowej przyznał, że włodarze miast powinni słuchać mieszkańców, ale ostrzegał, że większość chce populistycznych działań, tymczasem prezydenci powinni mieć odwagę podejmowania czasem niepopularnych decyzji, które służą większości i rozwojowi miasta. Wskazał, że Wrocław i Szczecin 25 lat temu startowały z podobnej sytuacji gospodarczej, a dziś dzieli je przepaść, bo mieszkańcy obu ośrodków wybierali sobie takich prezydentów, a nie innych.

Paweł Orłowski, wiceminister infrastruktury i rozwoju podkreślał, że samorządy korzystają na zaangażowaniu mieszkańców, bo dzięki niej władze mają lepsze rozeznanie w problemach swoich miast.

Rewitalizacja, czyli odrodzenie

Dyskusję o rewitalizacji rozpoczął Grzegorz Piechota z "Gazety Wyborczej". Swoją dziennikarską karierę zaczynał 20 lat temu w Wałbrzychu. Opisywał co dzieje się w tym mieście po zamknięciu kopalń. - Opisywałem nie tylko rozkład ekonomiczny, ale i społeczny, wszystkie straszne rzeczy, które dzieją się, kiedy miasto bardzo szybko biednieje, a ludzie tracą nadzieję - wspominał.

Wskazał, że kiedy zobaczył Wałbrzych po 20 latach, dostrzegł, że miasto się odradza, dzięki nowemu pokoleniu biznesmenów, działaczy społecznych i samorządowców, którzy szukają nowych sposobów na rozwój.

Zdaniem Piechoty przykład Wałbrzycha jest podobny do wielu innych miast w Polsce, takich jak np. Bytom czy Łódź. Dziś wszędzie tam aktywnie działają organizacje społeczne, widać zmiany.

Ale zmian potrzeba więcej. Według szacunków ministerstwa infrastruktury i rozwoju rewitalizacji wymaga ok. 20 proc. powierzchni polskich miast zamieszkanych przez 2,5 mln ludzi.

Jednym z takich miejsc jest Łódź, która przystępuje do potężnego przedsięwzięcia. W ciągu najbliższych kilku lat władze chcą zrewitalizować osiem kwartałów w śródmieściu - gdzie większość budynków należy do miasta. Mieszka tam 50 tys. osób, a projekt pochłonie 2 mld zł, w większości z Unii Europejskiej.

Nie budynki, tylko ludzie

Prezydent Hanna Zdanowska wskazała, że upadek przemysłu włókienniczego, który nastąpił po roku 1989 ma do dziś wpływ na sytuację ekonomiczna Łodzi. Przypomniała, że od momentu, gdy cztery lata temu objęła władzę, zaangażowała się w rewitalizację zdegradowanego centrum. Tak powstał zakończony już projekt Mia100 kamienic, który objął kapitalne remonty 180 budynków - od wymiany dachów i wszystkich instalacji, po przebudowę podwórek i śmietników.

- Ten program stał się dla nas polem doświadczalnym. Staliśmy się okrętem flagowym rewitalizacji - stwierdziła Zdanowska.

Pani prezydent podkreśliła, że rewitalizacja nie ogranicza się do remontów - "to przede wszystkim ludzie, a nie sypiące się mury i budynki grożące zawaleniem." - Nie chodzi o to, żebyśmy stworzyli miasto z betonu, a zapomnieli o ludziach, którzy mają z niego korzystać. To jest podstawa rewitalizacji: ludzie i przywrócenie ich do normalnego funkcjonowania w społeczeństwie.

Łódź ma ogromne problemy społeczne, związane głównie z bezrobociem. W zdegradowanym śródmieściu przechodzi ono często z pokolenia na pokolenie.

Zdanowska wskazała na potrzebę dialogu i zaufania mieszkańców do władz miasta - bo jeśli rewitalizacji towarzyszy konieczność wysiedlenia tysięcy mieszkańców, a więc ingerencji w ich najbardziej intymną sferę życia, musza być pewni, że nie zostaną oszukani. W Łodzi się udało. W pierwszym etapie rewitalizacji śródmieścia zgodę na wysiedlenie wyraziło 2 tys. rodzin.

Prezydent Wałbrzycha Roman Szełemej podkreślił, że miasta, w których zamknięto kopalnie i nastąpił upadek górnictwa, wyjątkowo trudno podnoszą się z zapaści. To reguła nie tylko w Polsce, ale w całej Europie, w Wielkiej Brytanii, Francji, a obecnie także w Hiszpanii.

- Pieniądze wszystkiego nie rozwiążą, choć są niezbędne. Potrzeba pomocnej dłoni, miasto poprzemysłowe, takie jak Łódź czy Wałbrzych samo sobie nie poradzi - stwierdził.

Koniec z paździerzem i prowizorką

- Dość tego paździerza - apelowała Marlena Happach, szefowa stowarzyszeni Odblokuj i wiceprezes warszawskiego oddziału Stowarzyszenia Architektów Polskich . - Oferujemy tymczasowe rozwiązania mieszkańcom, które zostają na całe lata.

Happach podkreśliła, że same działania społeczne, przestrzenne i ekonomiczne nic nie dadzą, jeśli są prowadzone równolegle, ale bez wzajemnej koordynacji. I bez wsłuchiwania się w głos mieszkańców żyjących na obszarach planowanych do rewitalizacji. - Musimy rozmawiać z mieszkańcami i wiedzieć, jak uzyskaną od nich wiedzę wykorzystać - tłumaczyła.

Dr Paweł Kubicki, socjolog z Uniwersytetu Jagiellońskiego mówił o konieczności odkrycia przez mieszkańców rewitalizowanych miast własnej tożsamości. - To słowo stało się synonimem marki miasta, kierowanej na zewnątrz, zwłaszcza do inwestorów i turystów, ale mieszkańcy się w niej nie odnajdują - zauważył.

Tożsamość i kapitał społeczny

Kubicki ostrzegał, że rewitalizacja staje się synonimem remontu, odnawiania. Grozi nam to, że w zrewitalizowanych przestrzeniach nie będzie życia. Jego zdaniem rewitalizacja powinna odbywać się w umysłach mieszkańców, którzy powinni nauczyć się działać wspólnie, z myślą o własnym otoczeniu. - Bez tożsamości miejsca nie zbudujemy kapitału społecznego. Bez kapitału społecznego miasto będzie postrzegane jako suma prywatnych własności - mówił socjolog.

Jako pozytywny przykład odkrywania własnej tożsamości Kubicki wskazał 350-tysięczne hiszpańskie Bilbao, które z upadającego miasta poprzemysłowego stało się stolicą europejskiego design. W Polsce chwalił Katowice i Lublin, które przy okazji ubiegania się o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016 nie siliły się na wymyślanie modnych haseł, tylko wsłuchały się we własną odrębność i specyfikę - i na tym wygrały. - Te miasta postawiły na odkrywanie własnej peryferyjności, własnych zasobów i to się im opłaciło - chwalił Kubicki.

Przysłuchujący się dyskusji z sali wrocławianin skrytykował strefy ekonomiczne, które miały dawać mieszkańcom miast pracę, tymczasem oferują zatrudnienie głównie pracownikom o niskich kwalifikacjach, nisko płatne. Na dodatek nie przyczyniają się do rozwoju miast, w których upadł wcześniej przemysł. - Bo kto będzie inwestował w mieście, jeśli są strefy oferujące ulgi? - pytał. I zaapelował, żeby dać samorządom miast większy wpływ na strefy.

Architekt-urbanistka wskazywała, by przy rewitalizacji miast poprzemysłowych nie zapominać o ich dziedzictwie przestrzennym i architektonicznym. Jej zdaniem to niezbędne, m.in. podczas dyskusji o zagospodarowaniu terenu Stoczni Gdańskiej. Jako pozytywne przykłady wskazała na niemieckie miasta: Lipsk i Berlin.

Najpierw praca, później rewitalizacja

Karol Janas z krakowskiego Instytutu Rozwoju Miast przestrzegał przed postrzeganiem rewitalizacji jak czarodziejskiej różdżki, która rozwiąże wszystkie problemy ekonomiczne miast i przyczyni się do ich ożywienia gospodarczego. Wskazał, że ludzie nie migrują do większych dlatego, że dobrze się w nich żyje, tylko dlatego, ze jest w nich praca. - To nie jest argument przeciwko rewitalizacji, bo ona się doskonale sprawdza, ale niekoniecznie jako narzędzie, które może rozwiązać wszystkie problemy, zwłaszcza w miastach poprzemysłowych, które są często miastami prawie że upadłymi . Ale zachowajmy jakieś proporcje w myśleniu o tym co trzeba zrobić najpierw, żeby te miasta odżyły.

Zdaniem Janasa najpierw powinno się zadbać o stworzenie miejsc pracy dla bezrobotnych, a dopiero później myśleć o rewitalizacji. - Potrzeba dwutorowego działania. Działania społeczne są bardzo wartościowe, ale nie sprawią, że miasto przestanie umierać, bo nie ma w nim pracy - zauważył.

Prezydent Łodzi nie zgodziła się z ta tezą: - Nie ma możliwości rozwoju ekonomicznego śródmieścia Łodzi, która ma zdegradowane ścisłe centrum, jeśli wcześniej nie nastąpi rewitalizacja tej przestrzeni. Bo inwestycje, chęć mieszkania w danym mieście, rozwój i tworzenie miejsc pracy są warunkowane możliwością dostępu do dobrej kultury, ochrony zdrowia, edukacji - wskazała Hanna Zdanowska.

Kolejny głos z sali chwalił projekty społeczne w Wałbrzychu, które aktywizują mieszkańców, np. przez spotkania i imprezy na podwórkach, a kosztują niewiele - wystarczy 500 zł. Dzięki nim ludzie integrują się z sąsiadami a ci, którzy dewastowali podwórka, przestali tam przychodzić. - Bo ta przestrzeń stała im się obca. Mieszkańcy sami zaczęli o nie dbać, pilnować ich - wskazał rozmówca.

25 mld zł to za mało

Dyskusję podsumował wiceminister infrastruktury Pawel Orłowski. Podkreślił, że celem rewitalizacji jest wyprowadzenie zdegradowanego obszaru z kryzysu. - To nie tylko zmiana w infrastrukturze, ale także rozwiązywanie problemów społecznych, związanych m.in. z bezrobociem. Bo jeśli nie zajmiemy się tkanką społeczną, za ile lat te wyremontowane budynki będą wyglądały tak, jak wyglądają dzisiaj?

Orłowski wskazał, że w latach 2014-2020 na rewitalizację wydamy 25 mld zł. Ale jego zdaniem same pieniądze publiczne nie wystarczą. -Trzeba zaangażować w rewitalizację także kapitał prywatny - podkreślił.

Pracownia miast w Kancelarii Prezydenta

Dyskusja "Dokąd zmierzają polskie miasta - jak wykorzystały 25 lat samorządności? Projekt Pracownia miast 2014-2015" podsumowała pierwszą edycję organizowanej przez "Gazetę Wyborczą" akcji społecznej Pracownia miast. Patronat nad nią objął prezydent RP Bronisław Komorowski.
Zajrzyj na profil Pracowni miast na Facebooku oraz na Twitterze